18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

reklama

Hodowla egzotycznych zwierząt w domu może być niebezpieczna

Ryszarda WojciechowskaZaktualizowano 
Kiedy media ogłosiły Izabelę Krause "zastępczą matką"  małej szympansicy, w zoo rozdzwoniły się telefony od chętnych do zaadoptowania małpy
Kiedy media ogłosiły Izabelę Krause "zastępczą matką" małej szympansicy, w zoo rozdzwoniły się telefony od chętnych do zaadoptowania małpy Grzegorz Mehring
Pumy, które terroryzowały pół Polski, dwumetrowy chiński wąż, grasujący na placu zabaw w Lęborku, czy wreszcie ostrzeżenia przed boa dusicielem porozwieszane na gdyńskich drzewach. Już nie mityczny potwór z Loch Ness, ale autentyczne bestie atakują, zresztą nie tylko podczas kanikuły

Tygrys bez paliczka robi się jak kotek

Izabela Krause, kierownik działu hodowlanego w oliw-skim zoo, nie ma wątpliwości, że o takich "uciekinierach" będziemy teraz słyszeć coraz częściej. Dla niej jednak dużo groźniejsza od dzikiego zwierzęcia jest, po prostu, ludzka głupota.

- Zupełnie jak w starożytnych czasach, dziś też o statusie człowieka może świadczyć egzotyczne zwierzę trzymane na salonach. Ludziom już nie wystarczy, że się ścigają na największe domy czy najdroższe auta. Żeby się wyróżnić, fundują sobie nietypowe, żywe maskotki. Szejkowie arabscy trzymają w swoich pałacach gepardy. W Polsce jeszcze gepardów się nie trzyma, na szczęście, ale grzeszymy innymi przykładami. I dopiero, kiedy zwierzę uwolni się spod ludzkiej kontroli, robi się larum - tłumaczy Iza.

Przypomina, że jeszcze niedawno w Ameryce była moda na tygrysy. Trzymano je niemal jak psy. Żeby jednak tygrys nie był tak agresywny, amputowano mu ostatni paliczek, razem z pazurem - i to przy każdej łapie - robiąc ze zwierzęcia kalekę.

- A przecież jemu potrzebne są wszystkie pazury, choćby do spożywania pokarmu. Bo tygrys musi sobie to mięso czymś przytrzymać. Po takich zabiegach dochodziło też często do przykurczy ścięgien. Zwierzęciu podwijały się łapy. W skrajnym przypadku nawet nie mógł się ruszać. Po tamtej koszmarnej modzie pozostały już tylko specjalne ośrodki dla tak okaleczonych dzikich kotów - mówi Iza.

Nie może milczeć, bo wie, że w Polsce też kaleczy się zwierzęta. - Nasza ustawa o ochronie dopuszcza tylko zabiegi ratujące im życie. Ale kto by się tym przejmował? Psom nadal obcina się uszy i ogony. Podobno z miłości. Żeby ładniej lub bardziej bojowo wyglądały. Na wystawach dla zwierząt tylko takie "okazy" są forowane. Na Zachodzie psów z obciętymi uszami i i ogonami do konkursów się już nie dopuszcza. Więc mam nadzieję, że i u nas tak będzie.

Małpka nie musi być miła

Obserwuje jak to nasze konsumpcyjne nastawienie do życia, przenosi się też na zwierzęta. Ludzie kupują je czasami jak auta. Widzą i chcą od razu mieć. Na własność. Nie zastanawiają się nad tym, co z tym zwierzęciem będzie za rok czy dwa. Nie wiedzą o nim nic, jak się opiekować, jak wygląda rozród i tak dalej. Liczy się tylko to, że teraz jest takie słodkie, do przytulenia. Albo takie egzotyczne, do pokazania.
To zjawisko Iza przećwiczyła na własnej skórze przed paroma laty, kiedy została zastępczą matką dla kilkudniowej szympansicy. Małpka nazywała się Liza i została porzucona przez naturalną matkę po urodzeniu. Iza nie rozstawała się z Lizą. Traktując ją jak niemowlaka przez wiele miesięcy. "Adopcja" stała się błyskawicznie medialną ciekawostką. Dziennikarze śledzili każdy tydzień z życia Lizy. Pisali o niej, pokazywali ją w telewizji. Małpka rosła na zoologiczną gwiazdkę.

I nagle wszystko wymknęło się spod kontroli. Zrobiło się groźnie. W ogrodzie zoologicznym rozdzwoniły się telefony. Ludzie pytali, czy mogą kupić sobie takie zwierzątko i za ile? Iza długo z każdym rozmawiała. Nie kończyła na zwykłym: nie sprzedajemy, dziękujemy za zainteresowanie. Starała się tłumaczyć, że trzymanie dzikich zwierząt w domowych warunkach to nieporozumienie. Krzywda dla samej małpki, która nie nauczyłaby się żyć w grupie. Ale też zagrożenie dla człowieka. Bo takie zwierzę może przenosić różne choroby.

Piotr Dziki, asystent działu hodowlanego, nie ma pewności, czy w polskich domach nie trzyma się małp. - W Warszawie znajduje się sklep, w którym można małpki kupić. Skoro jest "towar", to pewnie klient też - mówi ostrożnie.

Jego zdaniem, Polacy świetnie znają się na historii. Ale z biologii, jako naród, nie odrobiliśmy lekcji.
- Ludziom się wydaje, że szympans, na przykład, to miłe zwierzątko do przytulenia. Mało kto zdaje sobie sprawę, że trzymanie go w domowych warunkach jest czystym szaleństwem. Kupią maleństwo. Ale małpa też rośnie, dojrzewa. Dorosła osiąga siłę sześciu chłopa. Wychowywana wśród ludzi bywa agresywna. Nieobliczalna. Pan domu dla samca staje się konkurentem, z którym trzeba walczyć. A samica potrafi znienawidzić panią domu. I gryźć. A potem mogą być telefony - czy zoo taką małpę przyjmie? Nie przyjmie. Bo ona już się nie nadaje do życia w stadzie. Za bardzo "śmierdzi" człowiekiem. I stado ją odrzuci. A w skrajnym przypadku nawet zabije - wyjaśnia Dziki.

Oliwskie zoo tylko raz się złamało. Przed kilkunastoma laty przygarnęło lemura, który błąkał się po gdańskim śmietniku. Trudno powiedzieć - uciekł, czy ktoś go wyrzucił. Ale na pewno był ofiarą ludzkiej bezmyślności. Zabiedzony, ze straszną krzywicą. Obraz zwierzęcej nędzy i rozpaczy.

Nie widzieliście mojego boa?

Przykładów ludzkiej bezmyślności jest wiele. Przez Trójmiasto przewinęło się już kilka gadów.
Przed kilkunastoma laty opisywano aligatora, który mieszkał ze swoją panią w jednym z gdyńskich domów. Latem kobieta wyprowadzała zwierzę do ogrodu. Zimą okupował jej wannę. O tej swojej życiowej maskotce opowiadała z dumą dziennikarzom. Nie rozumiejąc, że robi aligatorowi krzywdę. I wzbudza strach u sąsiadów.
W ubiegłym roku do ogrodu zoologicznego trafił półmetrowy waran stepowy, wałęsający się w okolicach Pucka. Nikt go nie szukał. Nie zgłaszał zguby.

A teraz te ostatnie historie z wężami, z Lęborka i z Gdyni. W pierwszym przypadku chiński wąż (niegroźny, ale może nastraszyć) zawędrował aż na plac zabaw, do dzieci. W drugim - pojawiło się na drzewach ostrzeżenie przed boa dusicielem, który wymknął się właścicielowi. Po zainteresowaniu się prasy, ostrzeżenia z numerem telefonu szybko zniknęły.

Czy można trzymać u nas węża boa?

- Można, ale trzeba mieć odpowiednie dokumenty CITES [konwencja o międzynarodowym handlu dzikimi zwierzętami i roślinami gatunków zagrożonych wyginięciem - dop. aut.]. Wiele osób trzyma jednak zwierzęta bez takich dokumentów. Na dziko.

- To cała, niezbadana, szara strefa - słyszę w zoo.

Piotr Dziki mówi, że ostrożności nigdy dość z wężami. Ale też uspokaja, że boa raczej zagrożeniem dla dorosłego człowieka w naszych warunkach nie jest. Co innego wąż jadowity. W Polsce są już hodowle takich węży. Do gdańskiego ogrodu nieraz docierały wieści, że jakiś hodowca został przez pupila ukąszony. Niedawno w Sopocie odnotowano taki przypadek.

- Właściciel ma zazwyczaj surowicę. Antidotum odpowiednie dla jadu właściwego węża. Ale co będzie, jeśli gad wymknie się na zewnątrz, ukąsi kogoś obcego i ucieknie? Ukąszony nie ma szans na zidentyfikowanie węża. Można tylko liczyć na przyzwoitość właściciela.

A ten, ze strachu przed konsekwencjami, może nie zgłosić zaginięcia. Kiedy pytam w zoo o pumy, które przez kilka miesięcy wędrowały po Polsce (niedawno okazało się, że to nie była kaczka dziennikarska, a zwierzęta potajemnie odstrzelono), Iza i Piotr są zgodni, że pewnie wydostały się z czeskiej hodowli. Tam hodowanie dzikich kotów jest dozwolone. Ale nie bez konsekwencji. Dlatego, do tych dzikich kotów, które się wyrwały spod kontroli, nikt się nie chciał przyznać.

Pumy więc przez kilka miesięcy przemieszczały się po Polsce. To, jak mówią pracownicy zoo, urodzone traperki. Każdego dnia mogą przejść kilkadziesiąt kilometrów. Obeznane z górami. W naszych warunkach czują się świetnie. Mają łatwy dostęp do pokarmu, bo na wsi zawsze jest jakaś kura albo królik do upolowania.
Czy są niebezpieczne?

- Owszem - mówi Iza. - Chociaż koty są generalnie bardzo płochliwe. I unikają kontaktu z człowiekiem. Ale zaskoczone, sprowokowane, mogą zaatakować. Dlatego nie wolno łączyć tych dwóch światów: ludzkiego i dzikiego. Zwierzętami egzotycznymi powinni opiekować się tylko ludzie do tego przygotowani. Ci, którzy o jego życiu dużo wiedzą - powtarza to Iza jak mantrę.

Czerwone żółwie atakują

Ale zagrożenie bezpieczeństwa to tylko jedna strona medalu. Egzotyczne zwierzęta w niewłaściwym miejscu niosą również ogromne konsekwencje dla naszej przyrody - mówią w gdańskim zoo. I podają przykład żółwi czerwonolicych. Dla naszego terenu obcych gatunkowo.

Jeszcze niedawno był na nie szalony popyt w sklepach zoologicznych. Sprzedawano je po pięć złotych za sztukę. Małe żółwiki śliczne, wielkości kapsla od butelki. Wystarczyło malutkie akwarium. I już można było cieszyć oczy. Ale żółwie rosły. I po pewnym czasie osiągały nawet do 30 centymetrów średnicy skorupy. Brudziły, śmierdziały i zaczynały właścicielom zawadzać.

- Więc ludzie - opowiada Iza - zaczęli je wyrzucać do lasu, do wody. Zwracać wolność, jak się niektórym wydawało. I co teraz mamy? Ujście Wisły zapchane przez czerwonolicych. Spływają sobie wodą. I wyjadają ryby oraz ślimaki, które stanowią pokarm dla naszego rodzimego żółwia błotnistego - skarbu narodowego. Są zwyczajnie zagrożeniem dla polskiej fauny. Przetrzymują zimę, hibernują w mule, zakopując się w liściach. Jeszcze, na całe szczęście, się u nas nie rozmnażają. Ale nie wiadomo, czy ta bariera wkrótce nie zostanie przez nich przekroczona. Czasem się przełamujemy i przyjmujemy takiego żółwia czerwonolicego do naszego zoo. Ale brać w nieskończoność nie możemy.

Dla Izy i Piotra jest jeszcze jeden aspekt tej egzotycznej sprawy. Polska jest nadal krajem tranzytowym, przez który przewala się "dziki" towar z Azji i Afryki do Europy. Na tym robi się w dalszym ciągu ogromne pieniądze. Zwierzę kupuje się w tamtych krajach za kilka dolarów, a w Europie Zachodniej sprzedaje za kilka tysięcy dolarów.

Mój goryl jest zbyt wysmażony

Ale zwierzęta przemyca się nie tylko do hodowania. Także na ubój. W europejskich krajach rozwinęła się ostatnio moda na restauracje, w których podają dania z bardzo egzotycznych gatunków.

- Czytałam, że w Berlinie i Londynie są takie dzikie, zakamuflowane restauracyjki dla "smakoszy" mięsa zagrożonych wyginięciem zwierząt, jakiejś rzadkiej antylopy, jaszczurki czy żółwia. Rarytasem staje się też mięso z goryla - opowiada Iza. - Ci, którzy do tej egzotyki zasiadają, nie zdają sobie sprawy z tego, że jeśli mięso jest niedogotowane, nadal może być siedliskiem różnych niebezpiecznych chorób. Ale pazerność i moda zabijają w człowieku zdolność trzeźwego myślenia.
Czy te restauracje są przed nami? Mam nadzieję, że nie. Ale cały czas czekamy na wejście w Polsce ustawy o zwierzętach niebezpiecznych. Jest już przygotowana, ale jeszcze nie podpisana. I ona powinna uregulować wszystkie sprawy dotyczące egzotycznych zwierząt. Jest w niej przepis o gatunkach zagrożonych wyginięciem, których nie będzie wolno trzymać w domu. Miejmy nadzieję, że wreszcie nawet najsprytniejsi nie będą mogli jej obejść.

Flesz - nowi marszałkowie Sejmu i Senatu, sukces opozycji

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie