Henryka Krzywonos: Mogę rano wstać i powiedzieć - Nie muszę sobie dziś napluć w twarz

Anita CzuprynZaktualizowano 
Henryka Krzywonos
Henryka Krzywonos .FOT.ANNA ARENT
O wydarzeniach sierpniowych 1980, o tym, co z nich zostało dzisiaj, o ludziach Solidarności, chęci pomagania i okolicznościach poznania Jolanty Kwaśniewskiej opowiada Henryka Krzywonos-Strycharska w rozmowie z Anitą Czupryn.

Chce się Pani jeszcze, przy okazji kolejnej, 33. rocznicy podpisania porozumień sierpniowych, wracać do tamtych czasów i wspominać je dzisiaj?
Chcieć to może i by mi się nie chciało, bo powtarzać bez przerwy to samo to jest tragedia. Moim obowiązkiem jest natomiast powtarzać to, co się działo wtedy, a przede wszystkim wspominać rok 1970, kiedy ginęli ludzie na ulicach, tylko dlatego, że na nie wyszli. Rok 1980 jest taką pokazówką, że nie zrobiliśmy tego, co w 1970 r., że zostaliśmy w stoczni, nie wyszliśmy na ulice, że nie polała się krew. To jest bardzo ważne! Dla pokoleń - nawet jeśli nie wszyscy rozumieją to, co się wtedy wydarzyło i jakie były konsekwencje czynów w 1970 r. oraz jakie konsekwencje byłyby, gdybyśmy nie zostali w stoczni.

To, że w niej zostaliście, ocenia Pani jako rozsądne i mądre?
Myślę, że to przede wszystkim przywódcy byli mądrzy. Nieraz mówiłam o tym, że tam było kilkanaście osób, które były bardzo mądre. Mogę wymienić Andrzeja Gwiazdę, Bogdana Borusewicza czy Andrzeja Kołodzieja, który był najmłodszy wtedy wśród tej szesnastki. Alinka Pieńkowska, Ania Walentynowicz - takich ludzi było więcej, ci, którzy wcześniej byli w wolnych związkach. Ja nie należałam do wolnych związków, ale czytałam ulotki z ich nazwiskami, podziwiałam Bogdana Borusewicza, bo na ulotkach był jego adres, telefon. Zgarnąć wtedy człowieka to była pestka, a kiedy jeszcze ktoś się kładł jak na talerzu i pokazywał, gdzie mieszka, było jeszcze łatwiej. Mój podziw dla takich ludzi był więc ogromny. Dlaczego wcześniej nie poszłam i nie zapukałam do drzwi Bogdana, nie powiedziałam: "Dzień dobry, nazywam się Henryka Krzywonos i chciałabym robić to samo co wy" - nie mam zielonego pojęcia. Mogłabym dziś kłamać i mówić, że wychowywałam wtedy siostrę, bo tak rzeczywiście było, i wiele rzeczy mogłabym opowiadać.

No, ale właściwie dlaczego Pani tego nie zrobiła?
Widocznie trzeba było tych pięciu minut, które wydarzyły się później, w 1980 r. Tych pięciu minut, które zdecydowały, że się wśród nich znalazłam. Być może. A może dlatego, że w 1970 r., mimo że nie byłam uczestniczką żadnych strajków, to dostałam po plecach przypadkowo, bo znalazłam się na ulicy. To też mógł być ogranicznik.

Z jakimi więc uczuciami powita Pani rocznicę Sierpnia '80?
Uczucia? Wystarczy, że siedzę z panią i rozmawiamy, i możemy to robić, i żadna z nas nie ogląda się, czy za chwilę nie przyjdą i nas nie aresztują. To, że nasze dzieci chodzą po ulicach dobrze ubrane, nie muszą się wstydzić za tę Polskę, o której mówiło się, że ona jest gdzieś tam, dzika Polska. Dziś jesteśmy cenieni za to, co zrobiliśmy, zagranica może do nas przyjechać, bo jesteśmy cywilizowanym krajem, bo w Polsce nie wolno bić dzieci, a nie w każdym kraju tak jest. To wszystko pokazuje, że warto było. Nie mówię, że to tylko moja zasługa, że to tylko Wałęsa zrobił, ale że my, Polacy, wszyscy to zrobiliśmy.

W 1980 r. był zryw zjednoczenia prawie wszystkich. Co dziś z tego zrywu, ducha, idei wolności i solidarności zostało?
Chociażby to, że dzisiaj można strajkować, wychodzić na ulicę. Oczywiście, nie wszystko mi się podoba. To, że ludzie strajkują, to jest OK, wywalczyliśmy to sobie. To, że palą opony, zaśmiecają środowisko, to mi się nie podoba. I to, że nie umiemy się dogadać. Wtedy dogadaliśmy się ze stroną rządzącą, która była naszym przeciwnikiem, dogadaliśmy się jak Polak z Polakiem. Tymczasem dzisiaj jesteśmy kolegami niemalże i nie potrafimy się dogadać. To mi się nie podoba.

Dalej ma Pani żal do Lecha Wałęsy, że przypisywał sobie zbyt wiele zasług i nie pomógł się podnieść stoczni?
Nie wiem, skąd pani ma te informacje. To nieprawda. Nigdy nie powiedziałam, że mam pretensje do Wałęsy, bo sobie coś przypisuje. Nie mam do niego żalu, tylko zwracałam uwagę, że nie można mówić: "Ja to zrobiłem". Nie można powiedzieć, że ktoś to zrobił sam. Nie zrobili tego ani Wałęsa, ani Bogdan Borusewicz, ani Andrzej Gwiazda. Jasne, każda rewolucja ma to do siebie, że pozostaje jeden zwycięzca. Tylko że mówiąc o Sierpniu '80, chciałabym, aby Leszek pamiętał, że to nie on, że przed stocznią byli ludzie, że w stoczni byli stoczniowcy, że przyjeżdżali tam ludzie z różnych stron Polski i byli z nami. No i byli dziennikarze polscy oraz zagraniczni. Bez nich - nie wiadomo, może by nas tam spacyfikowano, mogło się coś stać. Ale się nie stało. Dzięki nim wszystkim. O tym starałam się powiedzieć. Kto czytał mój wywiad we "Wprost", wie, że ja nie mam pretensji do Wałęsy. Dwa tytuły zdecydowały o tym, że ludzie nie przeczytali tego wywiadu: "Nie skakał przez płot" i "Nie był przewodniczącym". Nigdy nie powiedziałam, że Wałęsa nie był przewodniczącym, przeciwnie, powiedziałam, że Wałęsa nie ogłosił siebie przewodniczącym, a ludzie go wybrali. Powiedziałam też, że nie wyobrażam sobie, gdybym w tamtych czasach miała dzieci i ktoś by przyszedł i powiedział: "Albo podpiszesz, albo sprzątniemy ci rodzinę", bo tak wtedy było, że bym nie podpisała. Pewnie podpisałabym dwoma rękoma. Kiedy jestem na spotkaniach i pytają mnie o "Bolka", zawsze odpowiadam: "Jeśli się nie żyło w tamtych czasach, to nie ma się pojęcia, dlaczego ludzie podpisywali [godzili się na współpracę z komunistyczną władzą - red.]. Pani jest jeszcze młoda, więc nie wiem, czy ma pani pojęcie, że wtedy przychodzili do domu i mówili: "Nie podpiszesz, to ci sprzątniemy matkę, ojca, dzieci". I ludzie podpisywali.
Pani nie.
Nie podpisałam tylko dlatego, że miałam dwóch dobrych nauczycieli. Jednym był Jacek Kuroń, a drugim Andrzej Kołodziej, chłopak młodszy ode mnie, ale był w wolnych związkach. Oni mówili mi: "Choćby nie wiadomo co, nie podpisuj, bo kiedyś to się na tobie odbije". Wzięłam sobie to do serca.

Potrafi Pani dzisiaj przypomnieć sobie atmosferę tamtego dnia, 15 sierpnia 1980 r., kiedy wypowiedziała Pani to zdanie, które przeszło do historii: "Ten tramwaj dalej nie pojedzie"?
Pracując wtedy w WPK, nieraz chcieliśmy strajkować. Mówią, że tramwaj to maszyna, która jeździ po torach. Teraz Dorota Wellman [zagrała Henrykę Krzywonos w filmie Andrzeja Wajdy "Wałęsa" - red.] miała się okazję przekonać, że to nie tylko maszyna, która jeździ po torach, ale trzeba uważać, bo wozi się ludzi. Kiedyś było tak, że tramwaje nie miały zamykanych drzwi, ludzie mogli wsiadać i wysiadać, kiedy chcieli. Później zamykało się je na wiertarki, które często się psuły. Kiedy ludzie wracali ze stoczni, wisieli jak winogrona na stopniach. Wiedzieliśmy, że jeśli ktoś spadnie, to my pójdziemy siedzieć. Psuły się pantografy - wysięgniki do prądu. Za każdym razem, kiedy zgłaszaliśmy to kierownikowi, mówił: "Nie pieprz, wsiadaj i jedź". Ludzie widzieli to inaczej. Nieraz usłyszałam: "Babo? Kartofle wozisz?!". Bywało, że zjeżdżaliśmy na zajezdnię i wracaliśmy tym popsutym tramwajem. Mieliśmy tego dosyć. Tego, że w miesiącu pracujemy po 400 godzin, i tego, że się o nie kłócimy, bo tylko wtedy można było zarobić. Chcieliśmy więc strajkować, ale za każdym razem ktoś przychodził i mówił: "Mam rodzinę, żonę, nie zrobię tego". Nie byliśmy zdziwieni, że tak się dzieje. No, a później stanęła stocznia. Proszę pani, nie jestem bohaterką.

Uprzedza Pani moje pytanie.
Nie wiem, dlaczego wtedy stanęłam. Wiem tylko jedno - kiedy jechałam tramwajem, myślałam: "Stanąć, nie stanąć. Stanąć, nie stanąć". Wiedziałam, że stocznia stoi, że jak dojadę do opery, to tylko tam jest możliwość zatrzymania tramwaju. Wiedziałam też, że jak go zatrzymam, dostanę od ludzi wpiernicz. Stało się inaczej.

Ja to widzę jako moment, w którym Pani samą siebie przezwyciężyła. Była w tym odwaga.
Nie może pani patrzeć na to w ten sposób. Nie wiem, na co liczyłam i dlaczego to zrobiłam. Dzisiaj nie wiem. Więc skąd miałam wtedy wiedzieć. Ostatnio rozmawiałam z młodzieżą i powiedziałam, że to było jak z dziewczyną, która idąc na randkę, wyrywała płatki kwiatka i mówiła: "Kocha, nie kocha". To ja tak samo: "Stanę, nie stanę". Dojechałam do opery, zwrotnica się nie przełożyła, wzięłam zwrotnik, być może to miała być moja obrona, ten kawałek żelastwa, stanęłam i powiedziałam: "Proszę państwa, ten tramwaj dalej nie pojedzie". I czekając na to, że dostanę wiązankę i jeszcze po plecach, zobaczyłam, że ludzie zaczęli klaskać. To było najpiękniejsze. Tramwaj stanął, ale nie ja byłam bohaterką, tylko moi koledzy, którzy podjeżdżali autobusami, tłumaczyli, co zrobić, organizowali dyżury przy stojących tramwajach.

To co to jest odwaga? W tamtych czasach i dzisiaj ciągle znaczy to samo?
Tak. Tak. Ale nie uważam, że to była moja odwaga. To był zryw, coś, co powinnam zrobić. Coś, co może każdy by zrobił. W ubiegłym roku byłam w jury konkursu "Zwykły bohater". Dla mnie odwaga jest wtedy, kiedy człowiek ratuje życie drugiemu. A to, co myśmy robili? Na początku nawet nie byłam pewna, co zrobiłam. Kiedy sobie o tym przypominam, to, przepraszam, ale myślę, że to jest gówno, a nie bohaterstwo przy tym, kiedy człowiek ratuje życie innemu, kiedy może mu coś zaoferować, bo on tego potrzebuje. Kiedy zbierzemy pieniądze, za które zoperuje dziecko, które umiera - to jest bohaterstwo ludzi. A tu? Żadne bohaterstwo. Gdyby wtedy się nie udało, to poszlibyśmy siedzieć. Ale się udało. Cała Polska wygrała. Nie Wałęsa, Krzywonos czy Walentynowicz, Andrzej Gwiazda, Bogdan Lis, mogłabym wymieniać, bo tych ludzi było od groma i ciut-ciut.

Dla Pani wśród tych ludzi od groma i ciut-ciut kto jest bohaterem Solidarności?
Tak jak mówiłam, cała Polska, która zawalczyła wtedy o to, żebyśmy dzisiaj mieli lepiej.

Tylko że dzisiaj ta cała Polska jest straszliwie podzielona. Co się stało z tą Solidarnością i tą Polską?
To trochę tak jak z II wojną światową. Kiedy widzimy kombatantów, ludzi, którzy siedzieli w kanałach, bronili Warszawy, i widzimy ich dzisiaj na defiladach, to mówimy: "A co oni zrobili? Medali sobie nadoczepiali". Jest takie piękne powiedzenie: Zapomniał wół, jak cielęciem był. Ale jeśli nie chcemy, żeby się ta historia kołem zatoczyła, żeby z powrotem czegoś nie wymodzić, to musimy o tym przypominać. Nie zamierzam sobie przypisywać jakiegoś bohaterstwa, bo to bohaterstwem dla mnie nie było.

Ale Solidarność Panią też rozczarowała.
A, tak. Jeśli mówię o Solidarności obecnej, to mówię o ludziach, którzy dziś rządzą Solidarnością. Mówiłam o panu Śniadku, który się nie sprawdził, miał różne powiązania ze Stocznią Gdynia, który doprowadził do tego, że stocznia upadła. Takie mam zdanie i absolutnie się z tego nie wycofuję. Kiedy wybierano nowego przewodniczącego, uważałam, że Duda będzie wspaniałym przewodniczącym. Na Śląsku na spotkaniu kazał zwinąć transparent PiS i mnie się wtedy to podobało, bo uważałam, że Solidarność będzie wtedy pozapartyjna, że będzie naprawdę pomagać ludziom. Nie stało się tak.
To co się stało?
Stało się tak jak ze Śniadkiem, który najpierw mówił: "Ja nie chcę startować w wyborach", raptem jest posłem i jest w PiS. To samo robi Duda - wyprowadza ludzi po to, żeby ugrać coś dla siebie. I tyle. Dlatego nie zgadzam się z Solidarnością. Niemniej w Solidarności jest cała masa ludzi cudownych, którzy naprawdę chcą dobrze, tylko nie mogą rozwinąć skrzydeł. Z niektórymi z nich się spotykam i mówią: "Słuchaj, to nie ja rządzę Solidarnością i niewiele mogę zrobić".

Co ludzi podzieliło, że te drogi ludzi Solidarności tak się rozeszły? W czym Pani upatruje problem?
Nie upatruję żadnego problemu. Dla mnie strona Andrzeja Gwiazdy, czyli "gwiazdozbioru", jak mówili, czy Wałęsy, czy inna nie mają najmniejszego znaczenia. Ja ich wszystkich tak samo szanuję. Oni byli moimi kolegami. Pokazali mi, co to znaczy życie w rzeczywistości. Pochodzę z patologicznej rodziny, nikt mnie po głowie nie głaskał, a przy nich zobaczyłam, że im na mnie zależy. To było coś, co dodało mi skrzydeł. Dlaczego się pokłócili? Nie chcę w to wnikać. Mam takie marzenie, abyśmy wszyscy razem usiedli, powiedzieli sobie, co mamy do powiedzenia.

Jest szansa na pojednanie?
Nie wiem. Jesteśmy coraz starsi.

I coraz trudniej przychodzi nam wybaczać?
To nieprawda. To chyba zależy od charakteru. Na przykład Wałęsa. Ostatnio się na mnie pogniewał za wywiad we "Wprost". Jest trochę zgorzkniały po książce swojej żony, trochę dlatego, że ludzie mają do niego jakieś pretensje, choć uważam, że niesłuszne i wciąż staram się go bronić. Wałęsa ma specyficzny charakter. Czekam, żeby mnie przeprosił. Żeby zadzwonił i powiedział: "Przepraszam, że się wygłupiłem". Chociaż go rozumiem. Wiem, że jest cholernie uparty i tego nie zrobi. No, ale zawsze jest iskierka nadziei.

A gdyby to Pani pierwsza zadzwoniła do niego?
Nie. Jesteśmy w tym samym punkcie. Ja się nie czuję wina. Kto przeczyta wywiad, wie, że go broniłam. Ale jeśli on nie czuje potrzeby, to ja też nie.

Pani wyniosła z tej Solidarności coś dobrego - chęć pomagania.
Wiem, o czym pani mówi. Kiedy dostaliśmy siedzibę na Grunwaldzkiej, zanim doszło do organizacji związków, to trzeba było jeździć po zakładach pracy, organizować spotkania, pokazywać ludziom, jak zakładać związki. Nie mieliśmy księgowości, za pieniądze odpowiadał Stefek Lewandowski, Ania Walentynowicz i ja. Nie było działu interwencji, to wszystko było w proszku. Ludzie przychodzili do Wałęsy, każdy z nich chciał Wałęsę choćby za rękę potrzymać, więc raz się wkurzył i powiedział: "Jak macie jakieś sprawy, idźcie do Krzywonos, ona siedzi w pokoju 76 i was przyjmie". I tak się stało, że ludzie zaczęli przychodzić do mnie. Było ich coraz więcej i różne rzeczy, począwszy od bólu kolana po brak mieszkania, udawało się załatwić. Mieliśmy wtedy wspaniałego prezydenta, mimo że partyjny, był słownym człowiekiem. Jak obiecał, to dotrzymał i udało się załatwić chyba 46 mieszkań ludziom potrzebującym, z których żadnego nie znałam. Ale różne rzeczy się udawały. Znalazłam swoje miejsce i zobaczyłam, że potrafię to świetnie robić. Ale później powstało biuro interwencji, księgowość, nie musiałam się już tym zajmować, a potem wybuchł stan wojenny. Wtedy ze Stefkiem Lewandowskim i innymi osobami pomagałam rodzinom, których członkowie byli internowani. W tym znalazłam siebie jakby na nowo. A potem przypadek - choć nie uważam, że są przypadki, tylko że tak się po prostu dzieje - adoptowałam pierwsze dziecko.

A potem wzięła Pani synka sąsiadki, która zmarła, i ośrodek adopcyjny zaproponował Pani wyjazd z dwójką dzieci na wczasy z pedagogiem.
To był wyjazd w Bieszczady i okazało się, że się świetnie znajduję z dziećmi. Słuchają mnie, chodzimy w góry, gdy nie było się gdzie wykąpać, to razem z nimi umyłam basen przeciwpożarowy, skłamałam, że mam kartę ratownika, ale świetnie pływam, więc wiedziałam, że żadnemu dziecku przy mnie się nic nie stanie. Na te wczasy przyjechała pani Barbara Patyni, która z ramienia rządu opiekowała się rodzinnymi domami dziecka. Zobaczyła, jak się z dziećmi obchodzę, że mam dla nich dużo czasu, dzieci napisały kilka wierszy o mnie, czułam się dumna i potrzebna. To pani Basia mi zaproponowała: "Pani Heniu, niech pani otworzy rodzinny dom dziecka. Dostanie pani jednorodzinny domek, wyposażony". Bardzo się na to napaliłam. Te wczasy z dziećmi to było coś, co - jak uważałam - całe życie powinnam robić. Wróciłam do domu. Mężowi nie dawałam spokoju, namawiałam go na rodzinny dom dziecka.
I wzięliście kolejne dziecko.
Olę, która była trzy razy brana do adopcji i odrzucana. Okazało się, że dziewczynka tylko siedzi i mówi: "Jestem najgorsza, kłamię, kradnę, mam wadę". Jaką wadę? "Sikam". Przecież jest pralka, można uprać. Zobaczyliśmy, że jest stłamszona przez innych ludzi. Kiedy usiedliśmy z nią w drugi dzień świąt przy stole, powiedziała: "Mamo, ja chcę u was zostać". To "mamo" zaważyło. A potem znów zostaliśmy zaproszeni do ośrodka adopcyjnego. Piątka rodzeństwa. Od męża to wyszło: "To będą nasze dzieci".

Wszystkich razem było…?
Dwanaścioro. Dzisiaj już wszystkie są dorosłe, jesteśmy dziadkami.

Wtedy dawni opozycjoniści zarzucali Pani przyjaźń z prezydentową Jolantą Kwaśniewską, która pomagała Pani przy rodzinnym domu dziecka.
Jola Kwaśniewska jest cudowną osobą. Prowadzi fundację, a fundacja pomaga dzieciom. Różnym. Jola zbudowała w Gdańsku szpital dla dzieci chorych na raka. Mogę o niej mówić w samych superlatywach. Poznałam ją w specyficzny sposób. Wtedy, gdy miałam straszne trudności. Przyjęłam dzieci, przez pół roku nie dostawałam na nie pieniędzy, robiłam jednocześnie remont budynku, w którym mieliśmy zamieszkać. Nie dostałam niestety nigdy domku jednorodzinnego wyposażonego i do końca mój dom nie był wyposażony, tak jak bym chciała, żeby był. Wtedy kiedy było mi tak ciężko, przyjechała do mnie pani, która była z nami w Solidarności i razem z Alinką Pieńkowską napisały do Joli Kwaśniewskiej. Alinka Pieńkowska mieszkała z Jolą Kwaśniewską w tym samym budynku kiedyś w Gdańsku. Napisały do Joli Kwaśniewskiej, jako prezydentowej.

Z prośbą o pomoc dla Pani.
Położyłam dzieci spać - telefon. Odbieram. Głos znajomy: "Czy pani wie, z kim rozmawia?". Odpowiedziałam: "Nie chciałabym się wygłupić, ale wydaje mi się, że z pierwszą damą". A ona: "Tak. Poznała mnie pani?". Poznałam, bo znałam głos z telewizji, Jola ma specyficzny głos. Bardzo się wtedy wygłupiłam, bo powiedziałam: "Proszę pani, ale ja na pani męża nie głosowałam". A ona odparła i tym mnie ujęła: "Proszę pani, dzieci na polityce się nie znają i o tym nie będziemy rozmawiać". I to było wtedy najważniejsze. Jola wiedziała, że byłam w trudnej sytuacji, zrobiła mi przysługę. Trzeba było zapłacić za końcówkę remontu, pieniądze dla wykonawcy przelały Zakłady Tłuszczowe, to chyba było na stare pieniądze 42 tys. zł. Jedyne, które dostałam dzięki Joli. No, ale ona potem do mnie dzwoniła, fajnie nam się rozmawiało, zaprosiła nas do Pałacu Prezydenckiego z okazji Dnia Dziecka. Sprosiła rodzinne domy z całej Polski. Później ja zadzwoniłam do Joli, bo ośrodek adopcyjny w Gdańsku chciał ją zaprosić, powiedziała: "Oczywiście. Pod warunkiem, że będę mogła panią też odwiedzić". Zgodziłam się. Przyjechała do mnie, nie zapraszałam prasy, był tylko znany w Gdańsku fotografik Maciej Kosycarz, bardzo go szanuję, był zresztą już wtedy naszym "nadwornym" fotografem, bo kiedy potrzebowałam zdjęcia dzieci do legitymacji, stawiał je przy ścianie i robił. W ośrodku każde dziecko dostało od Joli łyżworolki. Nie zwracam uwagi na to, jaki kto ma status - czy jest prezydentem, czy kimś innym - ale jaki jest i co ma w środku.

Pani zdaniem kobiety Solidarności, które były przy kluczowych i symbolicznych wydarzeniach, odegrały w nich ważną rolę, są dzisiaj odpowiednio uhonorowane?
To była cała masa kobiet. Każda, która wtedy była podczas wydarzeń sierpniowych, te, które zostawiły swoje dzieci i były w stoczni, tkwiły, młode, starsze. One tam były. Dziś się mówi, że tam kobiet nie było. No, ale zawsze tak jest, że mężczyźni bardziej wypływają niż kobiety. Tak było i chyba się niewiele zmieni, mimo że staramy się pokazywać, że jesteśmy czasem bardziej wykształcone, obrotne, że możemy też wziąć młotek w rękę. Ania Walentynowicz była spawaczem i suwnicową. Wiemy, że jesteśmy dużo warte. Czy nas docenią?

Pytam dlatego, bo dostałam zaproszenie od wicemarszałkini Wandy Nowickiej na spotkanie z kobietami Solidarności: Anną Dodziuk, Ewą Kulik-Bielińską, Barbarą Labudą, Agnieszką Maciejowską, Joanną Szczęsną i Ludwiką Wujec. Pani wśród nich nie ma. Dlaczego?
Dlatego, że zrezygnowałam z Kongresu Kobiet. Nie usłyszałam też nazwiska Joanny Duda-Gwiazdy, żony Andrzeja Gwiazdy, to też dziewczyna Solidarności. Nie rozumiem, dlaczego jej tam nie ma. Wanda Nowicka zaprosiła po prostu kobiety z Kongresu, ale one też były w Solidarności. Znam je i szanuję.

Już na koniec - czy spełniła Pani w końcu to swoje marzenie, w którym miała zrobić coś tylko dla siebie, czyli pojechała Pani do Maroka?
Marzenie się spełniło. Dostałam wycieczkę w prezencie od Neckermanna, pojechaliśmy z mężem do Maroka. Mogliśmy być dłużej, ale kiedy się pracuje z dziećmi, to nie można sobie na wiele pozwalać. Byliśmy osiem dni i byłam przeszczęśliwa. Nigdy by mnie nie było na to stać.

Nie ma kolejnego marzenia?
Jest oczywiście - aby moim dzieciom i nie tylko moim lepiej się powodziło. W tej chwili staram się opiekować szkołami na Kaszubach, wczoraj załatwiałam plecaki z wyprawkami. A jeśli zdarzy się, że dostanę jakąś nagrodę, to jest ona u mnie przez chwilę, bo jeśli można ją zamienić na parę plecaków, to ja to robię. Niczego ludziom nie zazdroszczę, żyję własnym życiem. Wiem, że mogę rano wstać, pójść do łazienki, spojrzeć w lustro i powiedzieć: "Nie muszę sobie dzisiaj napluć w twarz". I to jest najważniejsze.

Rozmawiała Anita Czupryn

polecane: Komentarze ze sztabów wyborczych po ogłoszeniu wyników sondażowych

Wideo

Materiał oryginalny: Henryka Krzywonos: Mogę rano wstać i powiedzieć - Nie muszę sobie dziś napluć w twarz - Polska Times

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 28

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

e
emig.

Może w ówczesnych czasach, wypiła sporo alkoholu i za to ją doceniono, choć powinno to pójść w odwrotnym kierunku.

g
g...

Tak, niektórym plują w twarz, a oni udają, że deszcz pada.

A
AJB

"GŁÓPA"??? Ty musisz być równie "wygżtaucony" jak nasz mgr Gajowy Bronek?

k
ket

bo inni to już zrobili, tylko palisz głópa udając bohatera, którym nie jesteś.

A
AJB

Wymiar (nie gabaryty) "bohaterstwa" Człowieki Roku, Hieny Tramwajarki najlepiej skomentował kiedyś trójmiejski bard, Bartek Kali Kalinowski w piosence:
"Brat Albert, Henryka i historia"
Jechał Brat Albert do pracy tramwajem
To sierpień był rok Osiemdziesiąt
jechał mu z gęby potężny zajzajer
w kieszeni miał dolców 5 tysiąc

Dostarczyć miał je do bezdomnych schroniska
Alberta brata dobrego
I nagle hamulec jak potężny wystrzał
Bo strajk już się zaczął kolego

za sterem siedziała Henryka Krzwonos
opuszcza stanowisko pracy
Bo związki strajkują zawodowo pono
na Stocznię niech żyją Polacy

Wysiadła grubaśna – potężna kobita
i pędzi jak strzała na stocznię
Brat Albert za kieszeń z cykorem się chwyta
I wpada milicja niezwłocznie

Czy to kurna jakiś donos?
To Henryka jest Krzywonos!
Dolar mi w kieszeni strzyka
Dokąd pędzi ta Henryka?

Milicjant mu zrobił bolesną rewizję
skąd masz te dolary z libacji?
Brat Albert się plącze udawać chce schizję
A miał on je wprost z defraudacji

Bo był kierownikiem kąpieliska Sopot
ja wiem to zakrawa na drwinę
i je opędzlował niewielki to kłopot
i z lasu splądrował zwierzynę

I nie mógł powiedzieć że to z defraudacji
Brat Albert pomyślał to koniec
i Brata zamknęli bez zbędnej owacji
i trafił do celi z Kuroniem

A Kuroń potężny to był bambaryło
od picia bolała go kicha
Ku ku roń ku ku rwa zza ściany ktoś wzdycha
To głos był Adasia Michnika

Czy to kurna jakiś donos?
To Henryka jest Krzywonos!
Dolar mi w kieszeni strzyka
Dokąd pędzi ta Henryka?

Brat Albert pasował im na polityka
i chcieli go wziąć na Geremka
„Dam ci profesurę do tego gazika”
A bratu opadła wnet sczęka

Co tam kąpielisko się raz opędzluje
tu trzeba kantować na wizji
i przez całe życie się manipuluje
a przez to dostanę ja schizji

Henryka Krzywonos odniosła zwycięstwo
W schronisku śpi Albert na igle
Choć wtedy w więzieniu pokazał im męstwo
Historia nam płata wciąż figle

w
wera

agentura Bolkowa

w
wera

agentura Bolkowa

D
Donek z Wronek

Mkna po Gdansku czerwone tramwaje
nagle jeden spowalnia i staje.
Nie awaria to, stluczka czy blad
lamistrajczce wylaczono prad.

E
Erddill

Dlaczego ,dlaczago , dlaczego ... robi sie wywiad z lami strajkiem i kreuje sie ja na "ikone solidarnosci" ?????????
Drugie wazniejsz pytanie : kto opublikowal to cos na stronie Dziennika Baltyckiego ???? Jako calosc to brak jakiegokolwiek warsztatu dziennikarskiego , plus glupota redaktorow wydania i wydawcow .
Dziennik Baltycki ciagnie juz mul z rynsztoka ..... upadek i degrengolada

u
urzędnik

Pani Henryko, czy Pani się kiedyś opamięta, nie wstyd Pani?...

w
waliza

To nie jest prosta tramwajarka,to po prostu straszna,bezkrytyczna prostaczka! We wszystkich "wywiadach" podkreśla ,że jest na ty z Jolą i to chyba jej największy wyczyn!

P
Polihistor

...... :-)

b
borowczyk

czuj sie zwolniona

w
wachnowski

nie mogie alexis miss

l
leon

Tfu...

Dodaj ogłoszenie