Hanna Foltyn-Kubicka: Opowiem wam o Leszku i Marylce

Ryszarda Wojciechowska
Pokrewieństwo bliźniaczych dusz  - Lech Kaczyński z  Hanną Foltyn-Kubicką  (z prawej) i jej siostrą Inką Forycką
Pokrewieństwo bliźniaczych dusz - Lech Kaczyński z Hanną Foltyn-Kubicką (z prawej) i jej siostrą Inką Forycką Zdjęcie z archiwum prywatnego H. Foltyn-Kubickiej
Myśmy nie byli ludźmi salonu. Cokolwiek by to miało znaczyć. Myśmy byli ludźmi od kuchni. Czy pani wie, o jakich dziwnych rzeczach w tej chwili człowiek myśli? Zamykam kuchenne drzwi i dopiero teraz widzę, na co Leszek patrzył, kiedy tu siedział. Na moje mopy i ścierki. Taki miał widok prezydent Najjaśniejszej. Ale jemu to nie przeszkadzało. On był taki zwyczajny. Wiedział, że mopy należą do życia - mówi Hanna Foltyn-Kubicka opowiadając Ryszardzie Wojciechowskiej o swojej wieloletniej przyjaźni z prezydencką parą


Miejsce pod świetlikiem

Teraz też siedzimy w jej kuchni. Ja na ulubionym miejscu Lecha Kaczyńskiego, ona na krześle, które zazwyczaj zajmowała Maria Kaczyńska, kiedy przyjeżdżali do niej, do Sopotu, w odwiedziny.
- Jak pani widzi, u nas kuchnia jest dla ludzi, a salon zaanektowały zwierzęta. U Leszka i Marylki było podobnie - próbuje żartować.

Co chwilę wchodzi i wychodzi od niej jakaś telewizja. Dzwoni dziennikarz z Holandii, zapowiadają się ekipy z Niemiec. Ona odpowiada. Opowiada. Przybita, opuchnięta od płaczu. Potem łapie się na tym, że media mogą z niej zrobić głupią, rozhisteryzowaną blondynkę. Ale mimo to nie odmawia. Bo tylko tyle może zrobić dla Maryli i Leszka. Pokazać ich w prawdziwym, a nie krzywym zwierciadle, jakie stworzyły media.

Przyjaciółmi z Marylą i Leszkiem byli od 30 lat. Ta sama chemia. Nadawanie na tych samych falach.
A teraz zostały jedynie jakieś myśli i obrazy... Przewija je nieustannie od paru dni, jak film.
- Leszek nienawidził tych wielkich salonów, tych niebywałych dekoracji. Nie lubił tego pałacu. I nie dlatego że był niewysoki. Tylko, po prostu, nie lubił wielkich wnętrz. My, ludzie wychowani w komunie, nie byliśmy do takich przestrzeni przyzwyczajeni. Zawsze żyliśmy na kupie. W tej kuchni to się godzinami siedziało. Chociaż przez ostatnie cztery lata miałam go tak mało. Wpadał na chwilę. I jak to on, zaczynał coś mówić i szedł w dygresje. A ja go wtedy ponaglałam: Błagam cię, skup się, bo my do puenty nie dojdziemy.

Po jego ostatnim pobycie w lutym tego roku pod stołem w kuchni znalazła plastikową kartę na nazwisko Lech Kaczyński. Uprawniającą do korzystania z saloniku dla VIP-ów na lotnisku. Musiał czegoś szukać w portfelu i karta mu wypadła. Już wtedy była nieważna, ale teraz będzie ważną pamiątką.

Ten świetlik w dachu kuchni też był dla niego zrobiony. Kiedy przyjeżdżał, na każdym piętrze ich klatki stał "borowiec".
- To stary, poniemiecki dom i wiadomo, jak się tu wszystko niosło dokoła. A my tu często o ważnych sprawach rozmawialiśmy. Więc żeby nie otwierać okna, pojawiło się takie rozwiązanie.
- I teraz on z góry przez ten świetlik na mnie patrzy - mówi.

Radość z małego autka

Przypomina sobie, że mieli taki żartobliwy pomysł na wspólną starość.
- Moja siostra bliźniaczka Inka 20 lat temu kupiła stuletnią szkołę w Bukowcu. To w Borach Tucholskich. Nie za 20 tysięcy - jak się niektórym udało... ale drożej. Ponieważ jest plastykiem, przerobiła to miejsce na pałacyk. Dwa tysiące metrów ogrodu, las, jezioro. W domu jest kilka łazienek. Żartowałam do Leszka i Marylki, że jak zarobię duże pieniądze, to stworzymy tam wesoły dom starszaków. Jeszcze Jarka weźmiemy, żeby nie był sam. Bo Marylka zawsze powtarzała, że Jarkiem się trzeba zaopiekować. Mój szwagier kardiolog miał nam zapewnić opiekę medyczną. Będziemy sobie chodzić do lasu, nad jezioro, będziemy mieć dużo zwierząt. I będzie pięknie - snuliśmy plany. Nie będzie.

Nie ma przed oczami Leszka w garniturze, z tą lekką nadwagą. Widzi go z czasów, kiedy był jeszcze szczupły, z wąsikami i kręconymi włosami, wciąż w tej samej kurtce siódmy rok... jak śpiewała Krystyna Prońko.
- Woziłam go wtedy na różne spotkania maluchem. On miał prawo jazdy, ale nie prowadził auta.
Przypomina sobie, że Leszek lubił nie tylko małe wnętrza, ale również małe samochody. Był przywiązany do ich malucha, którym jeździła Marylka. Do tego strasznego rzęcha. Ale on się w nim bardzo dobrze czuł.

- Swego czasu miałam forda ka. A on mnie prosił: - Hanka, przewieź mnie tym "żabem". Kiedy już podczas kadencji w Europarlamencie kupiłam sobie używanego smarta za całe 4 tysiące euro... bo jak pani wie, ja nie jeżdżę mercedesem, to on też chciał, żeby go przewieźć. Bo takim autkiem jeszcze nie jechał. Potrafił się cieszyć tak niewielkimi, zwykłymi rzeczami. Tym że się przejedzie samochodem, którym jeszcze nie jechał. Poważny pan po sześćdziesiątce, prezydent państwa... Taki był Leszek - wspomina ze wzruszeniem.

Inny film... bliźniactwo. To również ich jakoś łączyło. Jest takie zabawne zdjęcie, które trzeba oglądać tylko na trzeźwo. Ona i jej siostra bliźniaczka siedzą na krzesłach, a nad nimi stoją Lech Kaczyński i Jarosław Kaczyński.

- Jedną parę bliźniąt ludzie zdzierżą, ale dwie to już za dużo - śmieje się przez łzy. I zaraz dodaje: - Czy pani wie, że na Jarka były dwa zamachy? To od tamtego czasu Leszek się obsesyjnie o niego bał. Wiecznie chodził z tą nokią do ucha przyklejoną.
Marylka była dla niej Marilsien. To mogła wymyślić tylko germanistka z wykształcenia. Czasami Marylka jej żartobliwie dogryzała: Aleś sobie język wybrała. Hanka - bo lubiła, jak ją tak nazywali - odpowiadała jej: ty też. Robiąc aluzję do rosyjskiego, który Maria Kaczyńska znała perfekcyjnie, podobnie jak angielski i francuski.
- Marylka się na nic nie sadziła. To był tak naturalny człowiek. Obserwowałam, jak ten jej image został troszkę przez ubiór zmieniony. Oni nigdy nie byli zamożni... Ja nie widzę tych strojów, tej jej fryzury. Ja widzę tylko tę moją Marilsien. Tę jej bystrość. To, jak natychmiast potrafiła się pięknie, słownie odwinąć...
Gdy u Foltyn-Kubickiej po północy dzwonił telefon, wiedziała, że to może być tylko Maryla. Wtedy w telefonie słyszała to jej zabawne "sześć", zamiast cześć. Wymyśliły ten szyfr jeszcze w stanie wojennym, kiedy telefony były na podsłuchu. I ten żart przetrwał lata.

Podkówka na ręce

- Człowiek czasami zachowuje się tak, jakby miał żyć 300 lat. Z ostatniego naszego sylwestra w rezydencji na Helu nie wywołałam jeszcze zdjęć. Mam je na płycie. Marylka, która lubiła wszystko fotografować i wszędzie chodziła z aparatem, prosiła: Wywołaj mi te zdjęcia.... Gdybym wiedziała. Wcześniej wszystkie fotki, które sobie wspólnie z nimi robiłam, wiozłam do wywołania w Brukseli. Nigdy nie robiłam tego w Polsce od czasu, kiedy Lech był już prezydentem. Bo daj film do fotografia, to tabloidy będą miały odbitki już następnego dnia. Parę filmów mam jeszcze niewywołanych w szufladzie - opowiada.

Najbardziej wzruszająca była ich miłość. Żeby po 30 latach małżeństwa chodzić, trzymając się za rączkę? I to jego głaskanie Marylki po twarzy grzbietem dłoni. Czasami Marylkę to nawet denerwowało. Bo ona tu w ferworze rozmowy gestykuluje, a Leszek podchodzi do niej i po policzku ją głaszcze, mówiąc czule: - Mój ty "babusku".
Ludzie się Marylki nie bali. Nie sztywnieli na jej widok. Była dla nich jak... sąsiadka. Ale nie kura domowa. To raczej żona żołnierza, zawsze z własnym zdaniem. A Lech?

- Lech był inny. Bardziej osaczony. Człowiek publiczny. Wiedział, że media go nie kochają. Spinał się, jak każdy z nas, kiedy nie czuje życzliwości. Mało kto potrafi sobie z tym poradzić - tłumaczy.
Obie z Marylką były w niewielkim Klubie Babeczek. Tylko osiem kobiet.
- Każda babeczka dostawała srebrną bransoletkę w kształcie podkowy. Jedna z ich przyjaciółek taką bransoletę widziała u żony powstańca wielkopolskiego. Zapytała, czy może skopiować. Dostała pozwolenie. W Poznaniu znalazły fachowca, który im wykuł te małe podkówki na ręce. Z jednej strony jest napis po łacinie divina amicitia, co znaczy godna przyjaźń. Ja mam wygrawerowany numer dwa na bransolecie, a Marylka ma jedynkę. Tak ją prosiłam, żeby tę bransoletę zabierała w każdą podróż. Wierzyłam, że nas chroni. Widocznie tym razem nie zabrała - mówi.
Po Marylce zostało jej kilka pamiątek. Ten kubek, z którego lubi pić kawę, to prawdziwy Ćmielów.
- Kiedy mi go wręczała, usłyszałam: Dostałam dwa. Ale jak wiesz, Leszek pije ze szklanki, to ja ci ten kubek dam. Maryla zawsze lubiła sprezentować rzeczy ładne i szlachetne. Mojej siostrze podarowała filiżankę ze złotym brzegiem i obrazem Pałacu Prezydenckiego. To także był Ćmielów, ze wzorem z lat trzydziestych, przed wojną.

Dla Foltyn-Kubickiej jasny był i widoczny ten duży dystans Marii Kaczyńskiej do kolejnego kandydowania na prezydenta jej męża. Ona najlepiej wiedziała, jak może być. Jak ta kampania może wyglądać. Kiedy myślała o tym, używała takiego określenia - skóra się w jaszczur zmienia. Miała też parę innych powiedzonek.

Trudny moment z Tytusem

- U nich w kuchni na stole było mniej więcej tak samo jak u mnie. Bałagan jak sto pięćdziesiąt. Książki, gazety. Kiedy jeszcze byłam dyrektorem biura Leszka, to te ważne pisma brałam w zęby i niosłam im do domu. Następnego dnia pytałam - gdzie to jest? I słyszałam, że gdzieś tu. Marysiu, błagam cię, znajdź to - mówiłam. I wtedy od niej słyszałam, że diabeł ogonem to nakrył. Albo jej inne powiedzenie: jestem w wiecznym niedoczasie. Kiedyś wybierałyśmy się razem do Bukowca. Pytam, czy już spakowana, i słyszę, że nie. Ile może trwać pakowanie? Dzień, dwa, ale nie tydzień. Dzwonię do niej i mówię: Marylka, jeśli w ciągu czterech godzin się nie spakujesz to... dobranoc, nie jedziemy. Bo ja nie będę tracić moich wakacji na twoje pakowanie. Przyjechałam pod ich sopocki dom. Marylka pakowała się do malucha. Szlochała nad tymi bambetlami. I potem jeszcze chwilę siedziała obrażona nad kierownicą. I jak to ona, tym noskiem pociągała. Ja na to: Marylka, zobaczysz, będzie fajnie. Siądziemy sobie w ogrodzie, zrobimy dobrej herbatki, popatrzymy na zachód słońca. Będzie super. I było - wspomina Foltyn-Kubicka.

Potem miały jeszcze jeden trudny moment, przez psa. O to już mogła się nawet przyjaźń rozbić. To Hanna Foltyn-Kubicka ich na tego szkockiego teriera namówiła. Tytus, miał zasłużoną ksywkę Tyfus. To były lata dziewięćdziesiąte. Maria Kaczyńska z mężem wybrała się do Paryża, prywatnie. To było normalne, że ich pies znajdzie się u przyjaciółki. Ale Tytus był wyjątkowo agresywny.
- Pamiętam, że na krześle stała moja torba. A Tytus wymyślił sobie, że jej pilnuje. Co chcę po nią sięgnąć, to on mnie chwyta za rękę zębami. Potem ugryzł mojego męża. Tydzień z nim wytrzymaliśmy. A oni z Paryża nie wracają. Nie zostawili nam żadnych na siebie namiarów. I wie pani, co zrobiłam? Znalazłam dla Tytusa hotel dla zwierząt, wraz z trenerem. I na te kilka jeszcze dni oddałam. Marylka po powrocie nie była szczęśliwa z tego powodu. A ja jej wtedy powiedziałam: Maryla, przyjaźń jest od tego, żeby ją pielęgnować, a nie żeby ją wykorzystywać. I ty mi takich numerów nie rób. Ona się nawet nie nadąsała. Powiedziała jedynie: Masz rację. Ta ich Lula z kolei to jest bardzo kochany pies. Marcie mówiłam nawet, że jak z Luluchną nie będzie co zrobić, to ją z mężem weźmiemy do siebie. Co prawda mamy już psa. Ale trudno. Jest jeszcze jeden problem... z Rudolfem Valentino. To kot pary prezydenckiej. Prawdziwe cudo. Ma tylko jedną wadę, ponieważ został wzięty ze schroniska, nie potrafi korzystać z kuwety. I załatwiał się tam, gdzie stał. W pałacu więc wszystkie dywany były pokryte grubą folią, bo Marylka miała świadomość, że to miejsce kiedyś opuści. I teraz, co z tym kotem? Dla nich zwierzęta były bardzo ważne.
***
Kiedy następnego dnia zadzwoniłam do Hanny Foltyn-Kubickiej z pytaniem - jak myśli, czy Lech Kaczyński chciałby spocząć na Wawelu, odparła, że on by nawet w najśmielszych myślach o tym nie marzył. Tak skromnym był człowiekiem.

- Ale ja uważam, że jemu się to należało. To historia go oceni - powiedziała.

Najnowsze informacje dot. koronawirusa

Wideo

Materiał oryginalny:

Komentarze 7

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Podaj powód zgłoszenia

w
wioletta

tak bardzo sie ciesze ze mielismy TAKIEGO PREZYDENTA brak slow na to co sie stalo dobrze ze zyje brat blizniak zycze mu dlugich lat dobrego bo zasluzonego zycia

h
he1ku

Przeczytałem pani biografię i dziwię się że raptem z Łodzi do Gdańska przniosłaś sie pani,po to by niańczyć dzieci dla Dubienieckich.Kto pani dał nazwisko Kubicka,też jakiś serwilista bez honoru, a gdzie pani dzieci,wnuki,małe Kubiczczątka ?
Z poważaniem Kubickikubicki@wp.pl

j
jasio

skoro jest pani taka wspaniała to dlaczego bierze się pani za czystki w PIS na życzenie Jarosława Kaczyńskiego, za co panią kupił, albo ma na panią haka

G
Gabi

Dziękujemy Pani za te wspomnienia jakże normalni i wrażliwi oraz dobrzy Ludzie to byli szkoda wielka, że odeszli

l
lila

Nawet maltretowana kobieta wspomina po śmierci swojego "pana" dobrze. Więc po co to pisanie? Bez sensu.

w
wielka pustka...

czuje się, że jest tak wiele płaszczyzn tej przyjaźni....
tak wiele cieni i blasków...tak wiele zakamarków...
przyjaźń do końca życia.......więc bez końca....
Pani Hanno, życzę siły. Siły, aby kontynuować, z klasą Pani właściwą, dzieło wielkiej prawdy i wielkiej prostoty naszej najwspanialszej Pary Prezydenckiej...

S
Stoczniowiec 70..

Panstwo Kaczynscy zawsze sprawiali na mnie wrazenie przemilych ludzi Wierze, ze wasza przyajazn byla wspaniala i wiem co znaczy stracic tych najblizszych i ukochanszych. Jednak prawda jest , ze Pan Kaczynski byl zupelnie innym czlowiekiem jako polityk i ten Pan Kaczynski niestety nie byl zbyt popularny, nie mowic juz o Panu Jarku.I to jest to najsmutniejsze, zo ptrafili byc cudownymi przyjaciolmi, ale zabraklo im serca dla Polakow. Moze oni sami tego nie dostrzegali, ale nie sa i nie beda popularni.
Jednak potrafie rozdzieli ich jako politykow od zycias prywatnego i dlatego ubolewam za tymi fajnymi i oddanymi przyjaciolmi tak bliskim Pani.

Dodaj ogłoszenie