18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

reklama

Gerda śpiewa Wagnera

Barbara SzczepułaZaktualizowano 
Gerda (z lewej) z koleżankami chórzystkami przed spektaklem "Śpiewaków norymberskich", 23 lipca 1942 Archiwum prywatne
O młodej chórzystce i operach Wagnera wystawianych w "starogermańskim lesie" w Sopocie pisze Barbara Szczepuła.

Zdjęcie Gerdy zobaczyłam na wystawie przygotowanej z okazji stulecia Opery Leśnej w Muzeum Sopotu. Pod zdjęciem podpis: "Śpiewacy norymberscy - 1942". Na pewno rok 1942? - nie wierzyłam własnym oczom. Czy to nie pomyłka? W czterdziestym drugim w sopockiej Waldoper wystawiano Wagnera? Wojna przetaczała się przecież przez Europę już trzeci rok.

Umówiłam się z Gerdą na rozmowę. Pogodna, osiemdziesięciosześcioletnia pani, mieszka nadal w Sopocie, w mieszkaniu wydzielonym z dużego przedwojennego apartamentu, który przecięto kiedyś bezlitośnie na pół, nie bacząc na płacz dużych pokoi w amfiladzie i krzyk werandy! W letnie przedpołudnie oglądamy stare fotografie i przenosimy się w nieistniejący już świat Ostseebad Zoppot.

W 1942 roku Gerda miała 19 lat, jasne, falujące włosy, niebieskie oczy i świetną figurę. Pracowała u doktora Müsheima, przy reprezentacyjnej ulicy, która wówczas nazywała się Seestrase, a dziś Bohaterów Monte Cassino. Doktor Müsheim był jednym z najlepszych dentystów nie tylko w Zoppot, ale w całym Wolnym Mieście Gdańsku, jego pacjentem był sam biskup Splett. Gerda lubiła biskupa, bo wychodząc od doktora, zawsze wsuwał spory napiwek do kieszeni jej białego, wykrochmalonego fartuszka. Gdy po południu doktor zamykał gabinet, Gerda, stukając obcasami, biegła do domu. Nie miała daleko, mieszkała w pobliżu Łazienek Południowych, morze szumiało tuż za progiem. Wkładała kostium kąpielowy, boso biegła na plażę i wskakiwała do wody. Pływała znakomicie, bez problemu kilka razy opływała molo. - Syrenka - komplementowali ją chłopcy. Ale w 1942 roku chłopców było w mieście niewielu. Walczyli na różnych frontach. Szczególnie groźny był oczywiście wschodni. W sierpniu generał Paulus wydał rozkaz ataku na Stalingrad i wojska w krwawych walkach przesuwały się ku Wołdze... W Warszawie rozpoczęła się likwidacja getta, w Treblince w tym właśnie roku zginęło 6 tys. Żydów, a obóz Stutthof zmienił status na obóz koncentracyjny.

Właściwie tylko ten brak młodych mężczyzn w nadmorskim kurorcie wskazywał, że się toczy wojna. Kasyno jak zwykle zapełnione było bogatymi panami i wystrojonymi damami, na plaży siedziały matki z małymi dziećmi i ich piastunkami, a wieczorami w oświetlonych rzęsiście kawiarnianych ogródkach grała muzyka. Czasem tylko, gdy któraś z kobiet otrzymywała oficjalny list informujący, że jej mąż, syn lub brat poległ za Führera, przez jakiś czas przestawała się pojawiać na plaży, ale po kilku dniach z zaczerwienionymi oczami i zaciśniętymi ustami siadała w swoim koszu, patrzyła twardym wzrokiem na zatokę i pilnowała, by pluskające się w wodzie dzieci nie oddalały się zbyt daleko od brzegu. Może tylko częściej i bardziej niecierpliwie zwracała uwagę piastunce.
Nikogo więc nie dziwiło, że w słynnej Waldoper nie zaprzestano wystawiania dzieł Wagnera. Ze względów oczywistych nie zjawiali się już cudzoziemscy melomani, ale wieczorami tłumy ciągnęły w górę miasta do "świętego starogermańskiego lasu". Bogate pacjentki doktora Müsheima, które nie opuszczały żadnej premiery, w przerwach między borowaniem zęba a zakładaniem złotej koronki wspominały o zatykających dech w piersiach inscenizacjach "Tannhausera" czy "Lohengrina".
- Och, co za wspaniałe pomysły - opowiadały, wypluwając waciki - ta płynąca przez scenę za wielkim łabędziem srebrna łódź, którą przybywa Lohengrin, by uwolnić piękna Elzę! Albo rycerze wjeżdżający z lasu na prawdziwych koniach! Zachwytom nie było końca… Pozytywnie wyrażano się o dyrektorze opery, Hermannie Mertzu, który uczynił z Zoppot drugie Bayreuth. Wspominano rok 1938, gdy z okazji 125 rocznicy urodzin wielkiego kompozytora wystawiono wszystkie cztery części "Pierścienia Nibelunga", czyli "Złoto Renu", "Walkirię", "Zygfryda" i "Zmierzch bogów". Angielskie parowce zwiozły tu wtedy z całej Europy wielbicieli muzyki Richarda Wagnera, a w hotelach nie można było znaleźć wolnego miejsca.

Gerdy nie stać było na bilety do Opery Leśnej, ale chodziła z koleżankami na porośnięte bukami wzgórza, by zza płotu słuchać muzyki. Widziała wytworne limuzyny podjeżdżające pod bramę opery i wysiadające z nich eleganckie panie otulone futrzanymi etolami, bo wieczory bywały chłodne, szczególnie gdy wiał wiatr od morza. Soprany, basy i tenory operowych solistów mieszały się ze śpiewem ptaków, a gdy o zmierzchu na wzgórzu nad sceną zapalano ogniska i wchodzili statyści z pochodniami, przyklejonym do płotu nastolatkom wydawało się, że same uczestniczą w niezwykłym misterium zmagań bogów o panowanie nad światem.

Potem z bijącym szybko sercem biegły do domu przez ciemny las, a w głowach tłukł się im wiersz Goethego "Król olch", którego się uczyły w Pestalozzi Schule, przy Adolf Hitler Strasse. Złowrogi król wyłaniał się zza każdego drzewa i wabił: "Pójdź chłopcze w las, w ten głuchy las/Wesoło będzie płynął czas."

W domu na Gerdę czekała z rybną zupą Oma, czyli babcia. To nie była jej prawdziwa babcia, ale żadna, nawet najprawdziwsza nie mogła być tak dobra jak ta. Ojciec Gerdy zniknął jeszcze przed jej urodzeniem, a matka zmarła na gruźlicę. Skąd pochodziła i czy miała jakąś rodzinę, nie wiedział nikt. Frau S., która adoptowała dziewczynkę, sama urodziła kilkanaścioro dzieci, a wychowała siedmioro. Najstarsze dawno już się usamodzielniły, a najmłodszy Hans był w wieku Gerdy. Mąż babci, czyli Opa, wykonujący ciężki zawód murarza, rzadko bywał w domu, pracował to tu to tam, raz na Litwie, raz pod Berlinem. A gdy przyjeżdżał do domu, to nie trzeźwiał, no, ale jakieś pieniądze przywoził. Rodzina mieszkała w części rybackiego domku przy Helastrasse, dziś ulicy Drzymały. Na parterze były dwa pokoje z kuchnią, a na poddaszu klitki, do których wszyscy się przenosili na lato, bo parter dla podreperowania rodzinnego budżetu wynajmowano letnikom. Może więc warunki nie były najlepsze, ale do morza - dosłownie dwa kroki, a popołudniami można było odpoczywać przed domem i przyglądać się idącym w stronę parku wczasowiczom. Siadali więc pod jabłonią i śpiewali gromko, Gerda grała z zapałem na organkach, a Oma częstowała sokiem porzeczkowym i swoim znakomitym ciastem z agrestem, które dzieci wcinały z apetytem.
Gerda pokochała Omę, a Oma odwzajemniała jej uczucia. Stroiła dziewczynkę we własnoręcznie uszyte śliczne sukienki i fartuszki, wiązała kokardy na jasnych włosach, podsuwała słodycze.
- Czemu ty jej dajesz tyle cukierków? - denerwowała się starsza córka Omy. - Przecież to nie twoje dziecko. I przypominała Omie złoty krzyż otrzymany od Hitlera za to, że wychowała pięciu synów. To zobowiązuje.

Niektóre sąsiadki także uważały, że mają prawo ingerować w życie dziewczynki: gdy zobaczyły, jak Oma, która była katoliczką, zabiera Gerdę na mszę do Gwiazdy Morza, złożyły doniesienie do władz. Wszak rodzona matka Gerdy była luteranką! Odebrano więc Omie Gerdę i umieszczono w gdańskim domu sierot, prowadzonym przez zakonnice. Ewangelickie - ma się rozumieć. Były dla niej dobre, ale mała płakała i tęskniła za Omą. Na prośbę Omy opiekun społeczny, który swego czasu namówił ją do adopcji, interweniował u władz i udało mu się przekonać, kogo trzeba. Szczęśliwa dziewczynka wróciła na Helastrasse.

Gerda nie tylko chodziła teraz z Omą na msze do katolickiego kościoła Gwiazda Morza i na pielgrzymki do katedry oliwskiej (och, jakie to były podniosłe uroczystości!), ale zaczęła śpiewać w kościelnym chórze. Śpiewała tak pięknie, że zachęcano ją do szkolenia głosu i wróżono karierę. Gdy w gazecie leżącej w poczekalni doktora Müsheima przeczytała ogłoszenie, że Opera Leśna poszukuje chórzystów, z miejsca zgłosiła się do konkursu. I dostała angaż!

Pani Gerda wyciąga wreszcie to zdjęcie zrobione przez fotografa w Waldoper w 1942 roku: cztery młode chórzystki w strojach, w których występowały w "Śpiewakach norymberskich" Wagnera. Czarno-biała fotografia nie oddaje kolorów spódniczek, widać jednak ciemne, sznurowane na piersiach serdaczki i białe bluzki. A we włosach stroiki. Ta blondynka z lewej to właśnie Gerda.
Co to były za emocje! Co za przeżycie! Zejść, śpiewając, ze wzgórza na scenę i stanąć obok wspaniałych solistek i solistów, których podziwiał cały świat! Usłyszeć aplauz po przedstawieniu! Zobaczyć kosze kwiatów wnoszone na scenę! Pani Gerda, nalewając kawę do filiżanek, mówi samymi wykrzyknikami i się uśmiecha na wspomnienie tych kilku cudownych wieczorów. I nagle parska śmiechem, bo przypomina sobie, że kiedyś spadł rzęsisty deszcz i makijaż spływał czarnymi smugami po twarzach operowych diw.
"Śpiewacy norymberscy" trafiali doskonale w ówczesny nastrój Gerdy. Po pierwsze, opera oparta jest na pieśniach i chorałach kościelnych, które znała i lubiła, a po drugie, opowiada o miłości, a Gerda była wtedy zakochana. Z wypiekami na twarzy śledziła miłosne perypetie bohaterów: oto młody i dzielny rycerz frankoński Walter von Stolzing zakochuje się w Ewie, pięknej córce złotnika, ale by zdobyć jej rękę, musi wygrać konkurs śpiewaczy. Komponuje wspaniałą pieśń i po wielu perypetiach, unikając pułapek, które zastawiają na niego źli ludzie, zwycięża i bierze Ewę za żonę. Tak będzie i z nami - myślała Gerda, czytając po raz nie wiadomo który listy od Heinza. Szczęście ją rozsadzało, czuła, że może się wznieść w powietrze i polecieć jak ptak, gdzieś daleko nad Bałtyk i dalej nad ocean, gdzie Heinz służył na okręcie podwodnym. Był wysoki i przystojny. Wszystkie dziewczyny się oglądały, gdy w czarnym marynarskim mundurze szedł sprężystym krokiem przez Seestrase. Spojrzeli na siebie i już było wiadomo, że zaczyna się coś niezwykłego. Długie spacery w parku nadmorskim, popołudniowe kawy w jelitkowskim Kurhausie, spóźnione powroty brzegiem morza... A rano znów słońce i pogoda, kąpiele w czystych wtedy jeszcze wodach zatoki. Ale w końcu okręt Heinza odpływał i Gerda stała smutna na molu, patrząc na połyskujące fale.

To była miłość jak w operze, albo nawet jeszcze piękniejsza. Ale nagle zagrzmiały złowrogo Wagnerowskie tuby, zatrzęsła się ziemia, runął las, zaszło słońce, a morze wystąpiło z brzegów. Gerda dostała list od matki Heinza: okręt, na którym pływał jej syn, został zatopiony.
- Ja nazywałam się po mamie Wrobel - wzdycha pani Gerda, dolewając mi kawy. - A Heinz nosił nazwisko Sperling, co znaczy po niemiecku wróbelek. Jaki dziwny zbieg okoliczności. A może zrządzenie losu? - zamyśla się, głaszcząc suczkę Korę, która pcha nos do talerza z ciastkami.

Gerdę skierowano do pracy w szpitalu przy Łąkowej w Gdańsku, gdzie zwożono rannych żołnierzy, bez rąk, bez nóg, z przestrzelonymi głowami i klatkami piersiowymi, krew się lała, personel nie mógł nadążyć z opatrunkami i zabiegami, krzyki, jęki, płacz słychać było od rana do wieczora, co drugi ranny umierał. Na podwórku rosły stosy trupów.

W Zoppoter Waldoper jeszcze w 1943 roku można było obejrzeć koncertowe wykonanie "Zygfryda" i "Walkirii", a w roku następnym, co prawda w okrojonej wersji, Hermann Mertz wystawił "Zygfryda". Odnotowano, że na widowni zajął miejsce generał Erich von dem Bach-Zelewski, nadzorujący budowę umocnień pasa nadmorskiego. Kilka dni później, na początku sierpnia 1944 roku, na rozkaz Führera generał pojechał do Warszawy, by tłumić powstanie.
Zimą wojna dotarła do Gdańska. Przerażeni mieszkańcy zaczęli pakować swój dobytek.
- Dlaczego pani nie wyjechała? - pytam.
- Dokąd? Oma została w Sopocie, nie miałam żadnej innej rodziny, a Heinz nie żył. Słyszałam straszne wieści o tym, co się działo podczas ucieczki. Koleżanki umarły po drodze z głodu. Do Sopotu weszli Ruscy.

- Złapali mnie na ulicy. - Pajdzi sjuda - zawlekli mnie na swoją kwaterę. Tam siedział straszny mężczyzna z jednym okiem, wielki jak Cyklop, ja w płacz, a on odzywa się po niemiecku: - Posprzątaj tu trochę i uciekaj do domu! To był cud, bo dobrze wiedziałam, co sowieccy żołnierze robią z Niemkami. Starszą panią, właścicielkę kamienicy sąsiadującej z naszą chałupką, Sowieci zgwałcili i w okrutny sposób zamordowali. Godzinami leżałam skulona pod materacykiem, na którym spały bliźniaki mojej przyszywanej siostry Marii, chowałam się w wilgotnej piwniczce albo biegłam świtem na teren wyścigów konnych i tam siedziałam pod ławką, licząc, że nikt się nie pojawi, bo wyścigi się nie odbywały - pani Gerda zamyka na chwilę oczy, jakby chciała odgonić od siebie tamte obrazy.
- Polacy wyrzucili nas z domu. Maria zabrała dzieci, Oma, Opa i ja zebraliśmy swoje klamoty w poszewki od poduszek. Razem z grupą starców, kobiet i dzieci z sąsiedztwa pognano nas ulicą, która dziś nazywa się Grunwaldzka. Ludzie stali na chodnikach, pluli na nas, wygrażali pięściami i krzyczeli: hitlerowcy, szwaby! Jeden z konwojujących nas żołnierzy chciał uderzyć kolbą karabinu ciężko chorą Omę, która opóźniała pochód. Rzuciłam się na niego z wyciem. - Zostaw - powiedział drugi. Trafiliśmy do baraków na Żabiance. "Kleine Berlin" - tak się na nie wtedy mówiło.

- To była istna Sodoma i Gomora - pani Gerda znowu zamyka oczy. - Nikt nie wiedział, co się z nami stanie, otoczeni byliśmy nienawiścią, kobiety wariowały, chowały się po piwnicach, szopach, strychach. Nocą niebo było czerwone jak krew, strzały słychać było przez całą dobę. Niektórzy Niemcy próbowali wyjechać, inni umierali z głodu i chorób, jeszcze inni próbowali jakoś żyć. Ja chciałam żyć. Ruska kapitanowa, która zajęła piękną willę w górnym Sopocie, przyjęła mnie na opiekunkę swoich bliźniąt. Potem pilnowałam innych dzieci, już polskich. Mówiłam po polsku coraz lepiej, ale kiedyś w kolejce do sklepu zwątpiłam, czy mówi się "dwie bułki" czy "dwa bułki". Kupiłam więc jedną i stanęłam drugi raz w kolejce.
A doktor Müsheim został zakatowany w więzieniu. Nie wiem, czy coś złego zrobił, nie wiem, czy był w NSDAP, ale wydaje mi się, że nie, bo także Żydom zęby leczył.

Edmund dobrze wyglądał w battle-dressie. Poznali się w Sopocie, po jego powrocie z Anglii. Był Kaszubą, wcielono go do Wehrmachtu, uciekł do aliantów. Znał oczywiście niemiecki, więc mogła z nim swobodnie rozmawiać, no i miała się do kogo przytulić. Po ślubie poczuła się trochę pewniej. Ale tylko trochę.

- Gdy spotykałam czasem w mieście jakąś znajomą z dawnych czasów, to ledwie szeptem zamieniałyśmy kilka słów, rozglądając się wokół, bo nieraz rozlegał się krzyk: szwabki, niemry, hitlerówki! Jeszcze przez długie lata słyszałam go we śnie, budziłam się przerażona, a Edmund brał mnie za rękę i mówił: Nie bój się, sen mara. Był dobrym mężem i ojcem - zamyśla się pani Gerda. - Szkoda tylko że z zazdrości spalił wszystkie listy od Heinza.

- Owszem, chodziłam czasem z mężem do Opery Leśnej. Najpierw na występy Mazowsza, potem na festiwale piosenki, bardzo lubiłam słuchać Ireny Santor. Nie, na "Złoto Renu" Wagnera teraz nie poszłam. Powiem pani w zaufaniu, że wcale się tym Wagnerem nie zachwycam. To dla mnie zbyt ciężka muzyka. I smutna. Wolę operetki.

Zima 30-lecia w Polsce, zasypie nas śnieg

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie