reklama

Gdynia: Strzały na amerykańskim okręcie USS "Ramage"

P. Weltrowski, S. SzadurskiZaktualizowano 
Grzegorz Mehring
Huk trzech wystrzałów zmącił ciszę panującą w środę w gdyńskim porcie. Nikt nie wie, kto i z jakiej broni strzelał. Wiadomo tylko, że około południa strzały padły na pokładzie mającego wyjść w morze amerykańskiego niszczyciela USS "Ramage".

W ciągu kolejnych godzin w całej Gdyni było głośno od plotek. Mówiło się o nieudanej salwie honorowej, o wypadku ze ślepym pociskiem i - najczęściej - o strzałach z karabinu kaliber 7,6 mm.
Policja, która w początkowej fazie pojawiła się w porcie, aby sprawdzić, czy ktoś nie został poszkodowany, odmawiała jakiegokolwiek komentarza, odsyłając nas do Prokuratury Wojskowej. Ta z kolei odesłała nas do Żandarmerii Wojskowej.

Jej rzecznik, ppłk Marcin Wiącek, przyznał początkowo, iż badane są okoliczności zdarzenia. Stwierdził także, iż wedle jego wiedzy, nikt nie został w wypadku poszkodowany. Nie był jednak w stanie powiedzieć nam, kto i dlaczego strzelał. Po kilku godzinach, gdy zwróciliśmy się do niego z prośbą o więcej informacji, skierował nas do... Prokuratury Wojskowej.

- Materiały powinny do nas wpłynąć w czwartek rano, wtedy będę mógł udzielić jakichś informacji - stwierdził płk Dariusz Furmański, wojskowy prokurator garnizonowy w Gdyni.
Gdy z nim rozmawialiśmy, formalnie prokuratura śledztwa w sprawie tajemniczych wystrzałów jeszcze nie wszczęła.

O śledztwie takim wspomniał jednak komandor porucznik Tom Williamson, attaché wojskowy ambasady Stanów Zjednoczonych w Polsce. Zapewnił nas także, że stronie amerykańskiej bardzo zależy na wyjaśnieniu całego incydentu.

- USS "Ramage" będzie stał w Gdyni tak długo, jak będzie potrzeba. To, kiedy opuści port, zależy od polskiej żandarmerii - stwierdził.

O tym, gdzie konkretnie okręt będzie czekał na wyjaśnienie sprawy, nie poinformował jednak. Na pewno już środę po południu nie było go przy nabrzeżu Francuskim gdyńskiego portu, gdzie cumował wcześniej przez kilka dni, podczas swojej wizyty w Polsce.

Policja, Żandarmeria Wojskowa i Wojskowa Prokuratura Garnizonowa w Gdyni jednym chórem odmawiają odpowiedzi na pytanie, kto i dlaczego strzelał. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się jednak, iż na pewno nie strzelano z pistoletu, co tuż po zdarzeniu sugerowała część mediów.

Jak zapewnił nas komandor porucznik Tom Williamson, attaché wojskowy ambasady Stanów Zjednoczonych w Polsce, nikt nie został ranny. - Nie stwierdzono także żadnych zniszczeń - powiedział.

Wersję taką potwierdzają też świadkowie zdarzenia, do których dotarliśmy, czyli wędkarze, którzy, jak co dzień, łowili przy nabrzeżu ryby.

- Usłyszałem donośny huk - mówi Ryszard Dzięgiel, jeden z nich. - Początkowo, razem z kolegami byłem zdezorientowany, bo nie wiadomo było dokładnie, co się stało. Domyślałem się, że do incydentu doszło na okręcie wojennym, myślałem jednak, że to jakaś zabawa czy fajerwerki urodzinowe.

Dopiero, gdy na miejscu zjawiły się służby mundurowe, wędkarze zrozumieli, że mogło się wydarzyć coś poważnego. Ich zdaniem jednak, podczas wypadku nikt nie ucierpiał. - Nie widziałem, aby karetki pogotowia ratunkowego odwoziły na sygnale rannych do szpitala - dodaje Dzięgiel.

Sprawdziliśmy. Ani na pogotowie ani do ambulatorium nie zgłosił się w środę do wieczora nikt, kto ucierpiałby w wyniku zdarzenia.

Gdy około południa rozmawialiśmy z attaché wojskowym amerykańskiej ambasady, zapewnił nas, że okręt pozostanie w Gdyni do momentu wyjaśnienia wszystkich okoliczności zdarzenia. Wieczorem w kapitanacie gdyńskiego portu dowiedzieliśmy się jednak, że niszczyciel opuścił już redę i wypłynął w morze. - Czynności prowadzone przez nas na okręcie zostały zakończone - stwierdził ppłk Marcin Wiącek, rzecznik Żandarmerii Wojskowej.

W kwestii pozostałych informacji o zdarzeniu i sprawy wypłynięcia okrętu z portu odesłał nas do Prokuratury Wojskowej. Ta jednak, przynajmniej po południu, gdy udało nam się skontaktować z szefem jej gdyńskiego oddziału - płk Dariuszem Furmańskim, nie dysponowała materiałami dotyczącymi incydentu na okręcie.

- Powinny dotrzeć do nas w czwartek rano - stwierdził.
Zaznaczył także, że na razie prokuratura formalnie incydentem się jeszcze nie zajęła.w Czwartek powinno się wyjaśnić, czy zostanie wszczęte śledztwo.

FLESZ: Elektryczne samoloty nadlatują.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 2

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

m
mawo

Bedzie tak jak zawsze amerykanie narozrabiają i maja naś gdzieś rok albo dwa lata temu amerykańscy żołnierze pobili naszego taksiarza bądż nie chcieli zapłacić za kurs (już nie pamiętam dokładnie) i co odpłyneli i mają polaczków gdzieś.Chcieli pewnie wystrzelić paru białych murzynów.

m
mawo

Bedzie tak jak zawsze amerykanie narozrabiają i maja naś gdzieś rok albo dwa lata temu amerykańscy żołnierze pobili naszego taksiarza bądż nie chcieli zapłacić za kurs (już nie pamiętam dokładnie) i co odpłyneli i mają polaczków gdzieś.Chcieli pewnie wystrzelić paru białych murzynów.

Dodaj ogłoszenie