reklama

Gdynia, Gdańsk: Stocznie pod ścianą

Jacek KleinZaktualizowano 
PDB
Stocznie w Gdyni i Szczecinie znalazły się na zakręcie w najgorszym z możliwych momencie. Rynek okrętowy nie wyjdzie na prostą przez najbliższe kilka lat.

Jedynym dla nich ratunkiem, aby odrodziły się choć w części, jest pojawienie się kapitału i know-how. Na odbudowanie produkcji stoczniowej w skali sprzed kilku lat raczej nie ma co liczyć.

O kapitał jednak będzie trudno - to konkluzja z dyskusji o przemyśle stoczniowym na IX Międzynarodowym Forum Gospodarczym, które się w piątek odbyło w Gdyni. Na całym świecie zakontraktowane w ubiegłych latach przez armatorów statki stoją "na sznurku". Do 2011 roku wielkość światowej floty będzie o 30 proc. przewyższać zapotrzebowanie. W sytuacji kryzysu europejski przemysł stoczniowy stanął pod ścianą, w wyniku wyniszczającej konkurencji ze stoczniami Płd.-Wsch. Azji, głównie chińskimi. Ma jednak przewagę wiedzy i innowacyjności. Unia Europejska zamierza wprowadzić program pobudzenia przemysłu stoczniowego do roku 2015 poprzez stymulowanie popytu i zapewnienie finansowania.

- Pomysł jest podobny do tego, jaki zastosowano na rynku motoryzacyjnym, czyli wymiana starych samochodów na nowe z dopłatą - wyjaśnia Jerzy Czuczman, dyrektor Forum Okrętowego.
Jeżeli taki program zostałby wdrożony, mógłby wygenerować portfel zamówień w europejskich stoczniach na poziomie 10 mld euro.

Tymczasem jednak stocznie w Gdyni i Szczecinie mogą z niego nie skorzystać. Oba zakłady zamknięto i od kilku miesięcy bezskutecznie czekają na inwestora. Minusem Stoczni Gdynia jest fakt, że specjalizowała się w budowie kontenerowców i masowców. Popyt na tego typu jednostki odrodzi się, niestety, najpóźniej. W dodatku konkurowała z krajami o niskich kosztach produkcji. Według prognoz analityków, najwcześniej, bo już w 2011 roku, ożywi się rynek zamówień na statki do przewozu skroplonego gazu ziemnego i na jednostki specjalistyczne, m.in. do obsługi przemysłu wydobywczego i energetycznego. Nawet jeśli dla zakładów w Gdyni i Szczecinie znajdzie się inwestor branżowy, produkcja stoczniowa mogłaby się rozpocząć najwcześniej za dwa lata. Wtedy może być już za późno na pozyskanie zamówień na rynku.

Polski przemysł stoczniowy, gdyby się nie udało uratować dwóch największych zakładów, jednak nie upadnie. W dobrej kondycji są firmy zajmujące się produkcją wyposażenia dla statków i specjalistycznego oprzyrządowania.

Flesz - nowi marszałkowie Sejmu i Senatu, sukces opozycji

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie