reklama

Gdynia: Dom dla bezdomnych z dala od schroniskowego jazgotu

Łukasz BartosiakZaktualizowano 
Dzięki otrzymanej pomocy pan Janusz stanął na nogi<br><br>
Dzięki otrzymanej pomocy pan Janusz stanął na nogi Tomasz Bołt
Gdynia jako pierwsza na Pomorzu otworzyła dom wspólnotowy dla bezdomnych. O jego mieszkańcach pisze Łukasz Bartosiak.

W schronisku jest jak w ulu, jeden krzyczy przez drugiego, a do tego ta zazdrość i nieufność. Konflikty nawarstwiają się, nikt nie jest w stanie ich rozwiązać, a człowiek coraz bardziej pogłębia się w swojej niemocy. Jeśli nikt nie wyciągnie pomocnej dłoni, samemu nie da się z tego wyjść - mówi 55-letni Janusz, bezdomny.

Gdyby w 2002 r. ktoś przepowiedział panu Januszowi, że za kilka miesięcy zostanie bez dachu nad głową, zapewne zostałby wyśmiany. A jednak... Rok później życie tego sympatycznego człowieka legło w gruzach. Małżeństwo się rozpadło i nasz bohater wyprowadził się z domu rodzinnego. Na początku jakoś szło - była praca, pieniądze, dach nad głową. Do czasu aż wiadomość o chorobie spadła jak grom z jasnego nieba. Cukrzyca - zabrzmiał lekarski wyrok. Wszystko się posypało jak wątła konstrukcja karcianego domku. Praca, pieniądze, dach nad głową - w mgnieniu oka się rozpłynęły. Gdy źródło finansowe wyschło, rozpoczęła się walka o życie. Pan Janusz trafił do schroniska dla bezdomnych.

- To był bardzo ciężki okres - wspomina. - Polowanie na wodę i wszechobecna zawiść. Człowiek kurczył się sam w sobie, ogarniał go coraz większy marazm i brak chęci do działania - mówi 55-letni mężczyzna. Dwa lata spędzone w schronisku odcisnęły piętno na jego psychice.

- Bezsilny i ze stanami depresyjnymi, w takim stanie go poznaliśmy - opowiada Beata Świątek-Soldat z zespołu ds. bezdomnych Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w Gdyni.

Mimo pogłębiającego się kryzysu, mężczyzna stanął na nogi. Pomocną dłoń wyciągnęli do niego pracownicy socjalni, którzy pomogli mu w wynajęciu skromnej, jednopokojowej kwatery. Schroniskowy jazgot przestał dźwięczyć w uszach, ale niepewność jutra nadal spędzała sen z powiek, bo pan Janusz nie był pewny, czy właściciel nie każe mu się wyprowadzić.

Niepewność skończyła się w maju ubiegłego roku, gdy MOPS, w porozumieniu z Towarzystwem Pomocy im. Św. Brata Alberta, utworzył dom wspólnotowy, do którego trafiło siedem wyselekcjonowanych osób, w tym nasz bohater, który jest objęty indywidualnym programem wychodzenia z bezdomności.

- Badania socjologiczne pokazują, że nie każdemu da się pomóc. Tylko ok. 30 proc. osób ma realną szansę na usamodzielnienie - mówi Marcin Kowalewski, kierownik zespołu ds. bezdomnych.

W domu wspólnotowym panują skromne, ale dobre warunki - nie więcej niż dwie osoby na pokój. Jest telewizor, pralka, lodówka, wiekowe, ale wygodne kanapy i głębokie fotele - wszystko czego potrzeba do godnego życia. Mieszkanie tu uczy samodzielności, radzenia sobie z codziennymi problemami. I przede wszystkim gwarantuje spokój. Tu nie trzeba myśleć o tym, jak dożyć do jutra. Pan Janusz ma teraz czas na działalność w Pomorskiej Radzie Osób Bezdomnych. Udziela się również w jednym z trójmiejskich stowarzyszeń katolickich. Jego celem życiowym nie jest poprawianie swojego stanu materialnego. Pan Janusz woli pomagać innym bezdomnym w przezwyciężaniu barier.

Zima 30-lecia w Polsce, zasypie nas śnieg

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie