Gdański żar Siesta Festivalu 2021. Każdy z artystów miał wielki głód grania na żywo

Tomasz Chudzyński
Tomasz Chudzyński
Elida Almeida na scenie Filharmonii Bałtyckiej.
Elida Almeida na scenie Filharmonii Bałtyckiej. Mat. Prasowe Siesta Festival
Udostępnij:
Kameruńczyk Richard Bona i Kubańczyk Alfredo Rodriguez „narzekali” na skwar w Gdańsku. Prowadzący Gdańsk Lotos Siesta Festival, którego gwiazdami byli owi dwaj muzycy, potwierdził, że miasto nad Motławą jest miejscem, gdzie różne rzeczy dzieją się „lepiej” niż gdzie indziej. - Dało się odczuć ogromny głód występów na żywo naszych artystów – podkreślił współorganizator imprezy, Maciej Farski.

Taneczna energia rodem z Afryki, Brazylii i Kuby, melancholia i czar Lizbony, żywiołowe koncerty i wyjątkowa, siestowa publiczność – to wszystko prawda, mimo że brzmiąca jak slogan reklamowy.

Choć to jeszcze nie koniec, bo został jeszcze jeden koncert, to właściwa część XI Gdańsk Lotos Siesta Festival jest już przeszłością. Oczywiście taką, która nadal jest źródłem energii, radości i pozytywnych wrażeń.

- Jest takie zdjęcie Ani Rezulak, które doskonale pokazuje, dlaczego XI Gdańsk Lotos Siesta Festival powinien był się odbyć. To fotografia publiczności festiwalowej, która z powodu wszelkich obostrzeń sanitarnych nie może tańczyć, ale widzimy oczy pełne szczęścia i uniesione ręce. Ludzie są radośni, bo mogli wyjść z domu i przyjść na koncert, który spełnił ich oczekiwania. To było takie… normalne – mówi Maciej Farski, współorganizator imprezy.

Marcin Kydryński, prowadzący festiwal, jego artystyczny dyrektor mówił w czasie trwania XI Siesty, że miejsce, w którym się on odbywa (czyli Filharmonia Bałtycka nad Motławą) jest pełne romantyzmu.

- Gdańsk sprawia wrażenie miejsca wyjątkowego, lepszego od innych – mówił.

Czy bardziej gorącego od Kamerunu i Kuby?

- Gdy w minioną niedzielę, przed swoimi koncertami Richard Bona (z Kamerunu) i Alfredo Rodriguez (z Kuby) czekali na zamówiony obiad, zaczęli narzekać na „skwar”, który tego dnia miał im dokuczać. Wyobrażacie sobie państwo? Tropiki w Gdańsku… - mówił Marcin Kydryński.

A muzycznie? Nikt z zaproszonych artystów nie zawiódł, na co słowo honoru Maciej Farski daje.

- Koncert Lucii de Carvalho – cztery osoby na scenie, a żywioł niesamowity. Muzyka bardziej angolańska niż portugalska. Zaraz potem wieczory z Silvaną Peres. Dziewczyna mówi po angielsku niewiele, zatem trudno jej było opowiedzieć publiczności w Gdańsku o czym są jej piosenki. Natomiast jej taniec, ci akompaniujący jej ludzie, którzy czuli co mają grać… Reakcje publiczności jednoznacznie wskazały, że Silvana nie potrzebuje znać angielskiego, by prezentować swoją twórczość – zaznaczał Maciej Farski.

Co ciekawe, Silvana Peres zaprezentowała instrumentalny utwór… rodem z Polski.

- To kompozycja, którą podobno zna i wykonuje mnóstwo osób w Portugalii. Jej autorem jest Polak nazwiskiem Jantarski (?), emigrant, który osiadł w tym kraju w latach 50. Nikt w Polsce nie miał pojęcia, że on tam komponował. Sprawa ta wymaga pewnego śledztwa – mówi Maciej Farski.

Potem były nerwy, bo muzycy Elidy Almeidy, która występowała w sobotę pomylili samoloty. Ta wokalistka wystąpiła w ubiegłym roku w Gdańsku w czasie koncertów poświęconych Cesarii Evorze, ale jej nowe koncerty dowiodły, że nie jest muzycznym klonem swojej wielkiej rodaczki, nawet jeśli nie zaprezentowała swoich utworów hip-hopowych. Na scenie znów był żywioł…

- Były wręcz obawy, że po pierwszym energetycznym koncercie Elida z zespołem nie będą mieli już sił na kolejny (w Filharmonii z uwagi na obostrzenia koncerty musiały być dwa jednego dnia – red.) i konieczne będzie dożylne podanie energetyków. Nic z tych rzeczy. Wytrzymali – mówi Maciej Farski. - Klubowych brzmień nie było, ale w każdej nucie było piętno i piękno Elidy. Publiczność to doceniła. A po koncercie były dziesiątki selfie z publicznością, rzucanie się na szyję… Warto było w tym uczestniczyć, bez względu na to, czy muzyka luzofońska podoba ci się bardziej, czy mniej.

Potem był już Richard Bona. Niedzielne koncerty kameruńskiej gwiazdy światowego formatu stanowiły środek ciężkości tegorocznego festiwalu. Towarzyszył mu m.in. znakomity kubański pianista Alfredo Rodriguez.

- To był majstersztyk. Całość była fenomenalna - podkreśla Farski. - Weekend zakończyła piękna Brazylijka Ive Greice. Wszyscy, którzy przyszli tego późnego, niedzielnego wieczora tańczyli, bawili się wraz z nią. Atmosfera była niesamowita.

Od początku gdańskiej Siesty, tradycją, obowiązkowym punktem jest wykonanie standardu muzyki cabowerdyjskiej, (rozpropagowanego przez Cesarię Evorę) „Sodade”. I tym razem go nie zabrakło, najpierw w wersji fado Silvany Peres, potem nieco bliższej oryginałowi wersji, choć w nowoczesnym wydaniu, który zaprezentowała Ive Greice.

- Od pierwszego, do ostatniego koncertu, od pierwszej do ostatniej nuty, każdy z artystów bardzo chciał dać niezapomniany występ. Czuło się niesamowity głód koncertowania na żywo. Mam nadzieję, że przyszłoroczny Siesta Festival również przybędzie do Gdańska i wszyscy, którzy zechcą, będą mogli na nim być – mówi Maciej Farski.

Dodajmy, już 12 września, do Filharmonii Bałtyckiej na dogrywkę festiwalu muzyki szczęśliwej zaprosi Andrea Motis. Wokalistka i trębaczka, którą legendarny Quincy Jones nazwał „Cudownym dzieckiem Jazzu” pokaże jak brzmią w jej wykonaniu muzyczne, brazylijskie inspiracje.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Jest już nowy odcinek programu Fight Raport!

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Dziennik Bałtycki
Dodaj ogłoszenie