reklama

Gdańsk: Morderca z Kolonii Jordana udawał kominiarza

Ewelina Oleksy, Dorota AbramowiczZaktualizowano 
Dom, w którym doszło do tragedii. Na podwórku ciągle wisi rozwieszone pranie.
Dom, w którym doszło do tragedii. Na podwórku ciągle wisi rozwieszone pranie. Fot. ewelina oleksy
Zabójca długo szukał ofiary przy Kolonii Jordana. Zabił kobietę. Był już karany za przestępstwa seksualne. Mimo że go złapano, mieszkańcy gdańskiej dzielnicy żyją w strachu.

Szok, panika i obawa o własne życie - takie uczucia towarzyszą od kilku dni mieszkańcom gdańskiej dzielnicy Aniołki po zamordowaniu młodej , 28-letniej kobiety. Zwłoki, leżące na podłodze w domu, odkrył mąż.

- To był koszmar - mówią wstrząśnięci sąsiedzi. - Odebrał po pracy synka ze szkoły, weszli do domu, a tam na podłodze leżała martwa żona i matka. Trudno będzie wyrzucić ten obraz z pamięci...

Policjanci już w środę odkryli sprawcę. Pomogły zeznania świadków, opowiadających o krążącym po okolicy mężczyźnie, oraz zapis monitoringu z pobliskiej stacji benzynowej. Zabójcą jest 27-letni Tomasz P., mieszkaniec Gdyni. Przyznał się do dokonania zbrodni. Twierdzi, że kierował nim motyw rabunkowy.

Odtworzyliśmy drogę, jaką w poniedziałek przeszedł Tomasz P. Prawdopodobnie tylko przypadek sprawił, że tego dnia nie zginął ktoś inny. W dniu tragedii sprawca odwiedzał kolejne domy przy ul. Kolonii Jordana. Mówił, że jest kominiarzem, że chce sprawdzić piece na początku sezonu grzewczego.
Niektórzy go rozpoznawali - Tomasz P. do września rzeczywiście pracował jako kominiarz w obsługującej m.in. dzielnicę Aniołki prywatnej firmie Błysk. Nie wiedzieli, że został zwolniony z pracy za oszustwo i że wcześniej, w 2006 roku opuścił zakład karny, gdzie trafił na cztery lata za "obcowanie płciowe z osobą małoletnią".

I chociaż w środę wieczorem mordercę skutego kajdanami policja przywiozła pod dom ofiary, pełne emocji komentarze nie ustają.

- Nie czujemy się bezpiecznie - twierdzi pani Łucja, sąsiadka zamordowanej. - Tylko czekać, kiedy dojdzie tu do następnej tragedii.

A inni dodają: - Drugi zboczeniec kręci się tu od dawna. Dlaczego policja nic z tym nie robi?
Domy w dzielnicy Aniołki wyglądały w czwartek jak twierdze. Przerażeni mieszkańcy zamykają się na cztery spusty. Kominiarza - mordercę kojarzyli od dawna, mężczyzna kiedyś pracował w ich dzielnicy. W związku z tym znał ludzi i większość z nich nie miała obaw, żeby wpuścić go do domu w dniu tragedii.

- Sam go zawodu wyuczyłem - mówi wstrząśnięty Jan Frąc, właściciel zakładu kominiarskiego. - Przyjąłem go do pracy przed trzema laty na prośbę ks. Romana Zroja, pomagającego byłym więźniom. Chciałem dać człowiekowi szansę, słyszałem, że miał bardzo ciężkie dzieciństwo. Nie miałem złych doświadczeń. Inny protegowany księdza pracuje u mnie z dziesięć lat , jest wyjątkowo uczciwy, założył rodzinę, zgrzeszyłbym, gdybym na niego narzekał.

Jednak Tomasz P. w firmie nie został. Właściciel zwolnił go, gdy ten wyłudził pieniądze od jednej z klientek.

- Kazałem oddać ubranie i narzędzia - wspomina. - Potem doszły do mnie informacje, że P. oszukał jeszcze na 500 zł kolejną osobę. Poradziłem jej, by zgłosiła się na policję.

Byłym współpracownikom P. opowiadał, że do więzienia trafił za kradzieże. Kłamał - został skazany na cztery lata za obcowanie płciowe z osobą małoletnią.

Sześć tygodni po wyrzuceniu z pracy P. znów wrócił - jako fałszywy kominiarz - do dzielnicy Aniołki. W kostium kominiarza prawdopodobnie przebrał się w toalecie na pobliskiej stacji benzynowej. Nieoficjalnie ustaliliśmy, że to nagranie z kamery na stacji pomogło policji w schwytaniu sprawcy.
W tragiczny poniedziałek odwiedził ok. siedmiu domów. - Ewidentnie szukał osoby, która w domu jest sama - podkreślają świadkowie. - Pośpiesznie wychodził, gdy okazywało się, że mieszkańców jest więcej.

Zaczynał od góry ulicy. Ok. godz. 12.20 zadzwonił do drzwi pani Krystyny. - Bardzo charakterystyczny, wysoki, postawny mężczyzna. Był bardzo miły, tak mnie zbajerował, że mimo wcześniejszych obaw postanowiłam go wpuścić dla świętego spokoju - opisuje kobieta. Przy furtce wypytywał ją o to, w jaki sposób ogrzewane jest mieszkanie.

- Gdy usłyszał, że mamy piec, stwierdził, że na pewno wymaga wyczyszczenia - opowiada pani Krystyna. Po wejściu od razu zabrał się do pracy. Na szczęście czujność zachowała córka pani Krystyny, która z drugiego pokoju zadzwoniła do administracji i zakładu kominiarskiego z pytaniem, czy wysłali na Kolonię swoich pracowników.

- To go spłoszyło. Jak zobaczył jeszcze dużego psa, zapytał, czy gryzie i od razu wyszedł. Zachowywał się dziwnie, poszedł w dół ulicy - relacjonuje kobieta.

Chwilę później P. zadzwonił do mieszkania starszego małżeństwa. - Drzwi otworzyła żona, ja byłem w ogrodzie - mówi pan Zygmunt. - Powiedział, że musi wyczyścić piec i wszedł. Wolę nie myśleć, co by się stało, gdybym nie wrócił. Od razu wyczułem, że coś jest nie tak. Nie miał ze sobą ani dokumentów, ani narzędzi, a piece sprawdzał gołą ręką. Ubrany był w długi czarny płaszcz i płócienny czarny strój . Teraz kominiarze już takich nie noszą - ocenia pan Zygmunt.
Z jego mieszkania do domu ofiary zabójca miał już kilka kroków.
28-letnia kobieta z mężem i dzieckiem od około dwóch lat mieszkała w budynku na samym końcu drogi. Niżej są już tylko krzaki i cmentarz.

- Cicha, spokojna, nieufna, nie wiemy, dlaczego otworzyła mordercy drzwi - tak opowiadają o ofierze sąsiedzi.

I dodają wstrząśnięci: - Zabójca wrócił na Kolonię we wtorek rano! Zapukał do dwóch mieszkań, ale odprawiono go z kwitkiem.

W środę wieczorem zobaczyli go skutego kajdankami. - Niech dziękuje Bogu, że miał obstawę i szybko zabrali go do samochodu. W innym przypadku doszłoby tu do linczu - zapewniają mieszkańcy Kolonii Jordana.

Tomasz P. przyznał się do zbrodni. Zeznał, że kierował nim motyw rabunkowy.

- Zabrał drobne przedmioty kilkusetzłotowej wartości - mówi prokurator Witold Niesiołowski, szef prokuratury Gdańsk-Wrzeszcz. - Jednak nie wykluczamy innych motywów dokonania zabójstwa - mówi enigmatycznie prokurator Niesiołowski. - Także seksualnych.

Dom, w którym doszło do tragedii, wygląda jakby nic się w nim nie stało. Na podwórku ciągle wisi rozwieszone pranie, w oknach powiewają firanki.

Zima 30-lecia w Polsce, zasypie nas śnieg

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 2

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

l
las

zamknij mordę szmato

P
Patrycja

On nie był złym człowiekiem!!!!!! był chory!!! Gdyby wszyscy znali jego przeszłość!!! Co przerzył!!! To wina jego ojca!! to jego wina że dzieciństwo które przeżył miło takie konsekwecncje!!!! Ojca tego chłopaka trzeba ukrzyżować!!!!!

Dodaj ogłoszenie