Gdańsk był dla nich jak inna planeta

Irena Łaszyn
Od lewej: Oleg, Olga, Wadim, Nikołaj Griniowie w gdańskim mieszkaniu
Od lewej: Oleg, Olga, Wadim, Nikołaj Griniowie w gdańskim mieszkaniu Fot. Tomasz Bołt
Parę miesięcy temu przyjechali z Kazachstanu do Gdańska. Doznali szoku. W porównaniu z ich miasteczkiem, położonym gdzieś wśród stepów, tu było jak na innej planecie. Zachwyciło ich morze, architektura, przyroda. Zdziwiły śmieci i dzikie wysypiska. Barierę stanowił język. O rodzinie Griniów, repatriantach z Kazachstanu - pisze Irena Łaszyn

Wszystko się im podoba. Gdańsk, zabytki, architektura, sklepy, multipleksy, morze, przyroda, pogoda. Mieszkanie, które dostali od władz miasta. Odremontowane, wygłaskane. Z nowymi meblami i tym kindżałem na ścianie. To jedyna rzecz, oprócz Matki Boskiej z Dzieciątkiem, jaką przywieźli z Kazachstanu. Podarunek od dwóch najbliższych kolegów Nikołaja, Kazacha i Rosjanina.

Urodzili się w Kazachstanie. Podobnie jak ich rodzice. Zarówno u Nikołaja, jak i u Olgi, matka - Polka, ojciec - Ukrainiec. Dziadkowie wywiezieni w daleki step w 1936 roku, z rozkazu Stalina. Osiedli w miasteczku Tajynsza, po kazachsku - Młoda Krowa, 380 kilometrów od Astany, stolicy kraju. Rodzice nie mogli wrócić do Polski, przed młodymi pojawiła się szansa.

Osiem lat się starali o wyjazd. I nagle przyszła wiadomość, że jest zgoda. Pojadą do Gdańska. O, jej! A gdzież to ten Gdańsk? Jak tam jest? Rzucili się do internetu.
- To nie my, ale los zdecydował o naszym dalszym życiu - tłumaczy Nikołaj. - Sud'ba. Szczęśliwy traf.
- Pierwszy raz widzieliśmy takie duże miasto - zachwyca się 11-letni Wadim. - Byliśmy w szoku.

Z Tajynszy do Gdańska jest 4500 kilometrów, jechali cztery doby. Dotarli 19 czerwca 2010 roku.
- Najpierw zatrzymaliśmy się w… domu pomocy społecznej - opowiada 15-letni Oleg. - Ale takim luksusowym. Czekali na nas życzliwi ludzie i lodówka pełna jedzenia.
Potem odebrali klucze do wyremontowanego mieszkania., które pachniało świeżą farbą i czystością. Tylko urządzić i mieszkać.

- Zaczęliśmy jeździć po sklepach i szukać mebli - wspomina te pierwsze dni Olga.
Nie poruszali się po omacku. W Gdańsku mieszka bowiem, od pięciu lat, kolega Nikołaja z Kazachstanu. Uczyli się w jednej klasie. Kolega trafił do Polski 15 lat temu. Początkowo osiadł w Zamościu, potem przeniósł się nad morze. Jest cenionym fachowcem, inżynierem, zajmuje kierownicze stanowisko. Podobnie jak Lech Bogucki z Urzędu Miejskiego starał się być dla nich przewodnikiem.

Niebawem znaleźli pracę w zakładach elektronicznych przy ul. Mickiewicza, 15 minut pieszo od domu. Oboje zostali tam zatrudnieni. - Jesteśmy monterami układów elektronicznych. Skręcamy, wkręcamy, lutujemy, pakujemy. Nigdy nie mieliśmy z tym do czynienia, ale nauczyliśmy się.
To pierwsze lato minęło jak z bicza strzelił. Chodzili na plażę, zachwycali się morzem. Ale wakacje minęły, przyszedł wrzesień. Szkoła. Wadim miał iść do czwartej klasy Szkoły Podstawowej nr 52, Oleg - do Gimnazjum nr 25.

- Trochę się baliśmy - nie ukrywają chłopcy. - Przecież my wcześniej nie uczyliśmy się języka polskiego. Znaliśmy tylko "dzień dobry" i "do widzenia".

- Uczyliście się podczas wakacji - przypomina Nikołaj. - Pomagała córka tego kolegi z Kazachstanu.
- I pojechaliśmy całą rodziną na kurs językowy do Lublina - przypomina Olga. - Tam spotkaliśmy więcej takich rodzin. Takich, które mają polskie korzenie, ale urodziły się na terenie dawnego Związku Radzieckiego i na co dzień rozmawiały po rosyjsku. Najszybciej uczą się dzieci. Posłuchają, poczytają i już chwytają. Starsi mają opory. Wstydzą się mówić z tym śpiewnym akcentem, kalecząc słowa. Do tej pory zdarza się, że chłopcy rozmawiają z rodzicami po rosyjsku. Bo oni denerwują się, gdy podczas konwersacji po polsku synowie wytykają im błędy.

- A mnie już po polsku łatwiej, nawet gdy piszę list do Kazachstanu, to wyskakują mi polskie literki - wyjawia Wadim.

W szkole szybko zaczęli się dogadywać z kolegami.
- Już czuję się tam jak u siebie - przyznaje Oleg. - Przychodzę, witam się z kolegami…
- A jak się witasz? - Normalnie: Cześć albo sie ma!
Oleg gra w piłkę nożną, jest kapitanem szkolnej drużyny. Ma doświadczenie, w Kazachstanie uczestniczył nawet w mistrzostwach kraju.
- Gram dla zdrowia - tłumaczy. - Wiem, że najważniejsza jest nauka. Początkowo miałem problemy z rozumieniem lekcji. Potem nawet angielski opanowałem, choć w Kazachstanie zajęcia z tego przedmiotu były na niskim poziomie. Na koniec semestru dostałem czwórkę.

- Ja od początku wiedziałem, że nie trzeba się bać - podkreśla Wadim. - Musiałem tylko różne rzeczy kolegom tłumaczyć. Oni pytali, na przykład: - A dlaczego tu przyjechaliście? Wojna tam jest? Odpowiadałem: - Wojny nie ma, ale my jesteśmy Polakami i chcieliśmy mieszkać w Polsce.
W styczniu zmarł Nikołajowi ojciec. Poleciał do Kazachstanu na pogrzeb. Zdążył w ostatniej chwili, w Tajynszy był dwie godziny przed ceremonią. Wracał 27 stycznia, przez Moskwę. Skupiony na własnej tragedii, nie bardzo był świadom wydarzeń, które rozegrały się na lotnisku Domodiedowo trzy dni wcześniej. - Zobaczyłem dużo kwiatów i zapłakaną, klęczącą na posadzce kobietę - wspomina. - Dopiero wtedy do mnie dotarło, że tu niedawno wybuchła bomba, zginęło 36 osób.

W Tajynszy została mama, brat z rodziną. Oczywiście, że za nimi tęsknią, ale nie chcieliby tam wracać. Ich miejsce jest w Polsce. Żałują tylko, że nie przyjechali tu wcześniej, gdy mieli więcej energii i jeszcze mogli rozwinąć skrzydła. W Kazachstanie Nikołaj miał własną firmę, był przedsiębiorcą. Tu jest zwyczajnym pracownikiem. Pewnie, cieszy się, że ma stałą pracę. Ale nie ukrywa, że ma też ambicje. Nierealne, w obecnej rzeczywistości, głównie ze względu na barierę językową.

- A ja jestem zadowolona - mówi Olga. - Nie chcę niczego więcej, tylko zdrowia. W Kazachstanie nikogo nie mam. Rodzice nie żyją, rodzina w Polsce, na południu. To repatrianci, którzy wyjechali wcześniej.
Co się nie podoba? Śmieci. Pełno ich w różnych miejscach. Aż dziw bierze, że tak mało szanuje się przyrodę.
W ramach Gdańskiego Programu Repatriacji przybyło do Gdańska 35 rodzin z byłych republik azjatyckich Związku Radzieckiego. Przeważają repatrianci z Kazachstanu.
Lech Bogucki, inspektor ds. repatriacji w Wydziale Spraw Obywatelskich UM w Gdańsku, podkreśla, że miasto wyprzedziło rozwiązania ustawowe, gdyż pierwsi repatrianci przyjechali tu już w roku 1996. A potem, systematycznie, dołączały do nich dwie rodziny rocznie.

- Wszystkim zapewniliśmy pełnostandardowe mieszkania, przekazaliśmy pieniądze na zagospodarowanie, zainteresowanym pomagaliśmy znaleźć pracę zgodnie z wykształceniem - przypomina.
A Nikołaj mówi, że pan Lech to nie urzędnik. On jest dla repatriantów jak ojciec.

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

d
dobrze

trochę szacunku nawet nie wiesz co prrześli ci państwo a jeszcze wyjeżdżasz z takim tekstem pomyśl jak cos poteem powiesz

D
Dzingis Chan

Do wyremontowanych mieszkan pachnacych farba sciaga sie azjatycka dzicz a prawdziwi Polacy koczuja po kanalach i przytulkach Brata Alberta, no coz propaganda przede wszystkim i tzw. polityczna poprawnosc. Kacapom zawsze bylo lepiej, szczegolnie tym z kalmuckimi pyskami ktorzy wyzwalali Gdansk gwalcac wszystko co nie ucieklo na drzewo.

Dodaj ogłoszenie