Gaz łupkowy czyli eldorado zamiast żyta i kartofli

Dorota Abramowicz
- Gdzie tu eldorado? - zastanawiają się Paweł Okoń i Alfons Doppke T.Bołt
Czy eksploatacja złóż gazu łupkowego odmieni życie mieszkańców Lubocina? Dwa dni po wizycie premiera gminę Krokowa, gdzie zlokalizowane jest pomorskie "zagłębie łupkowe", odwiedziła Dorota Abramowicz

Wójt gminy Krokowa ma swój prywatny plan. Kiedy wreszcie nadejdzie dzień, w którym po raz pierwszy popłynie do odbiorców gaz łupkowy, wójt podjedzie najpierw, by popatrzeć na odwiert w Lubocinie . Następnie wyruszy do położonej niespełna cztery kilometry dalej wsi Sobieńczyce, skąd rozciąga się widok na morze.

- Stanę twarzą do Bałtyku, na dnie którego Rosjanie położyli omijającą Polskę rurę, dostarczającą gaz do Niemiec i dalej, do Europy Zachodniej - mówi z lekkim uśmiechem wójt Henryk Doering. - I wie pani, co zrobię? Pokażę Putinowi i Schroederowi gest Kozakiewicza.

Wójt ma mnóstwo nadziei związanych z odkryciem w jego gminie bogatych złóż gazu łupkowego. Mówi o nich z pasją i dużą pewnością.

Ostrożniej o nadziejach mówią natomiast mieszkańcy niewielkiej, liczącej zaledwie 24 domy wsi Lubocino, położonej w pobliżu drogi Wejherowo -Krokowa. Wsi, którą już teraz niektórzy dziennikarze nazywają gazowym eldorado.

- Gdzie tu eldorado? - pyta Paweł Okoń, pokazując rozkopaną, pełną wybojów drogę przez wieś.

- Nikt tego dziś nie wie - odpowiada, wzruszając ramionami, Alfons Doppke. Stoimy w trójkę przy płocie, popatrując na pole Piotra Dampca. Na polu, kilkaset metrów od wsi, wznoszą się baraki PGNiG. Nocą nad barakami zapala się kilkumetrowa świeczka, pokazująca obecność gazu, który ukrył się kilka kilometrów pod ziemią w łupkach osadowych. Gazu, który ma pokrywać potrzeby energetyczne kraju przez 300 lat, sfinansować nasze emerytury i zamienić Polskę w drugą Norwegię.

Wieś się kurczy

Maria Woeske zaprasza gości do szkolnej kuchni, szybko zalewa mocną kawę. Szkoła w Lubocinie, choć z ciekawą historią (najstarsze dzienniki pisane po niemiecku pochodzą z XIX wieku) i pięknym nowoczesnym boiskiem, od dawna broni się przed próbami likwidacji. No cóż, dzieci coraz mniej...
- To miejscowość z tradycjami, sięgającymi XIII wieku - stwierdza z dumą pani Maria i ściąga do szkolnej kuchni nauczycielkę, Halinę Hennig, która pięknie opowiada legendy o pobliskim Jeziorze Dobrym, w którym księżniczka Morena zgubiła perłę, o głazie porzuconym przez diabła przy Jeziorze Żarnowieckim i o Bożej Stopce, gdzie w czasie bitwy z Krzyżakami ukazała się trzem braciom ich zmarła matka.

Klasy lekcyjne wprowadziły się do zabytkowego dworu ostatnich właścicieli - Rodena-ckerów. W 1903 roku majątek przeszedł na własność Skarbu Państwa i został rozparcelowany przez władze pruskie.

Po pierwszej wojnie światowej Lubocino znalazło się w granicach Polski. Po drugiej stronie Piaśnicy byli już Niemcy. W dworze do września 1939 r. znajdował się polski posterunek celny.

- A wie pani, że ten nasz dworsko-szkolny komin jest tak duży, że może pomieścić 17 kobiet? - pani Maria przypomina sobie opowieść mamy. - Mieszkanki wsi schowały się tu pod koniec wojny przed żołnierzami sowieckimi.

Pani Maria jest związana, jak większość mieszkańców, z Lubocinem od pokoleń. Tu urodziła się jej matka, a ojciec pochodzi z pobliskiej wsi. Władze się zmieniały, a oni tu trwali. W domu mówiło się zawsze po kaszubsku. Zresztą język ten rozbrzmiewa tu w prawie każdym domu, w sklepie i na przerwach w szkole. Na lekcjach też, bo dzieci uczą się także kaszubskiego. Stąd pomysł, by nadać szkole imię Jana Drzeżdżona, zmarłego przed 19 laty pisarza, tworzącego w języku polskim i kaszubskim.

O historii, legendach i tradycji można mówić z dumą. Gorzej z teraźniejszością.
- Wieś się kurczy - wzdycha pani Maria, nalewając czerwony sok do szklanek i podając je maluchom z zerówki, które wbiegły do kuchni podczas przerwy. - Tu większość żyje tylko z ziemi. Nie ma pracy, co drugi dorosły jest bezrobotny. Póki jeszcze działały stocznie, mężczyźni jeździli do Trójmiasta. Teraz szukają zatrudnienia gdzie się da. W kraju, w Niemczech, Anglii, Irlandii.

Pan Grzegorz jeździ do prac na budowie w Niemczech. - Trzeba utrzymać rodzinę, nie ma innego wyjścia - wyjaśnia. - Tu nie ma propozycji roboty, a jeśli już jakaś jest, to po 5 złotych za godzinę.

Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

Strach przed wywłaszczeniem

Młodzi uciekają zaraz po szkole. Zresztą wcześniej, kiedy już ukończą miejscową podstawówkę, do szkoły też mają daleko. Po likwidacji części połączeń PKS ostatni autobus dociera tu kilka minut po godz. 16. Jeśli ktoś nie ma samochodu - dramat. Młodzież, wracająca później ze szkół w Pucku, dociera tylko do Krokowej. A stamtąd pozostaje już tylko szukanie okazji lub 17-kilometrowy marsz do domu. I gdzie tu Norwegia?

- Z tym gazem to rzeczywiście nie wiadomo, jak będzie - zastanawiają się mieszkańcy wsi. - Jeśli zrobi się niebezpiecznie, mogą nas wszystkich wysiedlić. Czekamy na zebranie wiejskie, by nam wreszcie dokładnie powiedziano, czego możemy się spodziewać.

Do dziś w Lubocinie żywa jest pamięć o losach niedalekiego Kartoszyna, starej kaszubskiej wsi położonej nad Jeziorem Żarnowieckim. Przed 29 laty planiści ze stolicy dotknęli palcem małego kółka, oznaczającego wieś na mapie. Zadecydowali, że w tym właśnie miejscu powstanie elektrownia atomowa Żarnowiec. Ludzi zmuszono do opuszczenia rodzinnych domów i przeniesienia się do niedalekiego Odargowa. Elektrowni atomowej do tej pory nie wybudowano, ale mieszkańcom wsi wywrócono świat do góry nogami.

- Żadnych wywłaszczeń z Lubocina nie będzie - deklaruje wójt Doering. - Wydobywanie gazu jest całkowicie bezpieczne. Ponadto trzeba wiedzieć, że dodatkowe pieniądze zasilą budżet gminy, więc będzie można obniżyć mieszkańcom podatki. Liczę na rozwój biznesu, nowe miejsca pracy.
Wójt zastanawia się głośno, czy wobec faktu, iż planowana budowa elektrowni atomowej w Żarnowcu miałaby być zlokalizowana zaledwie 7-8 kilometrów od Lubocina, warto w tym rejonie w ogóle wchodzić w atom.

- Trzeba pomyśleć o postawieniu całej puli na gazówkę - twierdzi wójt. - Na pewno spotka się to z pozytywnym przyjęciem turystów, przyjeżdżających do nas z Warszawy, Katowic, Krakowa. My się atomu nie boimy, ale czy musimy chwytać w garść dwie okazje na raz? Powiedziałem o tym premierowi.

Rolnik nie będzie milionerem

Geolodzy pojawili się we wsi sześć lat temu.
- Chodzili po polach, brali jakieś próbki - mówi Jerzy Dampc. - Nikt się nie spodziewał, że z tego wyjdzie jakieś eldorado...

Rozmawiamy na skraju pola Dampców, tego samego, z którego kawałek dalej ma być wydobywany gaz. Pole jest równo zaorane aż pod las.
- Ziemię dostałem po wujku - mówi gospodarz. - Nie najlepsza, głównie pod żyto i ziemniaki. Razem mamy tu siedem hektarów.

W ubiegłym roku, gdy było już wiadomo, że próbki wzbudziły zainteresowanie geologów i zaczną się odwierty, pan Jerzy przepisał ziemię na syna. Mówi, że nadeszła pora - dzieci założyły rodziny, pojawiły się wnuki...

Syn przed rozpoczęciem negocjacji z PGNiG uznał, że potrzebna jest mu fachowa pomoc. Zaangażował więc prawnika z Wejherowa. O jak dużą stawkę toczy się gra?
- Nie dają za ziemię tyle, ile syn by chciał - mówi ogólnikowo były właściciel. - O szczegółach nie chcę opowiadać, a tym bardziej syn nic nie powie. Musiał podpisać zobowiązanie, że będzie przestrzegać tajemnicy.

Kilka godzin później wójt Doering tłumaczy, że polski rolnik jest w mniej komfortowej sytuacji niż amerykański farmer, który staje się bajecznie bogaty po tym, jak na jego polu wytryśnie ropa. Według polskiego prawa podziemne złoża są własnością Skarbu Państwa, więc właściciel pola, gdzie dokonano odkrycia, nie ma szans na stanie się milionerem.

- A poza tym odwierty idą najpierw w głąb ziemi, by następnie odejść poziomymi korytarzami ciągnącymi się w różnych kierunkach i obejmującymi większy obszar - tłumaczy wójt. - Z tego wynika, że jeśli właściciel nie zgodzi się na wiercenia, firma może rozpocząć eksploatację z pola bardziej skłonnego do kompromisu sąsiada.

Nieoficjalnie wiadomo, że oferta firmy wydobywającej gaz nie przekracza trzykrotnej wartości ziemi rolnej.

A wracając do nowych miejsc pracy - mieszkańcy Lubocina już we wrześniu ub. roku pytali o możliwość znalezienia jakiejś roboty przy odwiercie. Albo chociaż przy ochronie obiektu.
- Nic z tego nie wyszło - mówi Alfons Doppke. - Firma wzięła swoich ludzi.

Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

Tajemnice i interesy

We wtorkowe przedpołudnie świeczka w Lubocinie nie płonie. Nad ogrodzonym terenem zajętym pod odwiert gazu, prowadzonym przez Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo SA, powiewa biało-czerwona flaga.

- Zawiesiliśmy ją 17 września, przed przyjazdem premiera i w rocznicę wejścia wojsk radzieckich do Polski - mówi Inżynier. - Potem kolega zwrócił uwagę na symbolizm daty.

Inżynier wiertnik jest bardzo miły, ale nie pozwala wejść na zamknięty teren. Zakaz i już.
- Widzi pani moje ubranie robocze? - obraca się w granatowej kurtce. - To ubranie antyelektrostatyczne, by nie było iskrzenia. Takie jest w pełni bezpieczne. A pani takiego nie ma.
Ograniczeń jest więcej. Nikt z ekipy, która przyjechała na Pomorze z Zielonogórskiego, nie może udzielać prasie informacji o szczegółach technicznych.

- I tak jesteśmy bardziej tolerancyjni niż Amerykanie. Fotoreporter, który chciałby zrobić zdjęcie ich odwiertów, miałby szansę na ujęcie jedynie z odległości kilkuset metrów - tłumaczą pracownicy PGNiG.

Z mieszkańcami wsi raczej się nie kontaktują. A i wieś do nich nie przychodzi. Mieszkają w niedalekim Nadolu, robią swoje. I radzą, by do ich pracy podchodzono bez uprzedzeń i obaw o środowisko. - Tu, gdzie stoję, zamiast betonowych płyt, będzie trawa - mówi Inżynier. - Jeśli zacznie się wydobycie gazu, wzbogaci się gmina. A straszenie gazem łupkowym leży w interesie tych, którzy na wydobyciu gazu łupkowego mogą stracić.

We Francji, czerpiącej energię z elektrowni atomowych, informacja o podziemnych zasobach gazu z łupków wywołała natychmiastową reakcję. Lobbyści przemysłu jądrowego postawili na kampanię związaną z ochroną środowiska. Pojawiły się tam opinie, że chemikalia używane do wydobywania gazu szkodzą środowisku. I zaczęli straszyć zatruciem wody pitnej. Przemilczano fakt, że złoża gazu znajdują się kilka kilometrów niżej, niż złoża wody pitnej i zatrucie nie wchodzi w rachubę...
Polska niezależna od dostaw gazu z Rosji i chcąca sprzedawać go do innych krajów może stanowić też zagrożenie dla interesów sąsiada ze Wschodu.

Do dziś w Polsce wydano 103 koncesje na poszukiwanie złóż gazu niekonwencjonalnego. Otrzymały je zarówno nasze firmy (PGNiG, Orlen Upstream, Lotos,), jak i kilka amerykańskich i jedna angielska. Premier Donald Tusk nieprzypadkowo w ostatnią niedzielę odwiedził odwiert prowadzony przez PGNiG. Bo co nasze, to nasze.

- Jak było? - zastanawiają się pracownicy firmy. - Normalnie. Zajrzeli do nas wcześniej BOR-owcy, pytając, czy czegoś nam nie podrzucono. Kolega przytomnie odpowiedział, że raczej trzeba uważać, by nam czegoś nie podprowadzono... A potem były przemówienia, kamery, uściski rąk. Premier zamienił z nami parę zdań i odjechał.

Mamo, czy to wesele?

Wizyta Donalda Tuska we wsi nie została zauważona. A wszystko przez wybrany przez organizatorów termin - niedzielny poranek.

- Msza w kościele w Tyłowie zawsze jest o 9 rano - tłumaczy Alfons Doppke. - Wielu ludzi pojechało do kościoła, domy pozamykało. Nawet słyszałem potem, że jacyś ludzie - albo urzędnicy w imieniu premiera, a może dziennikarze - stukali do sąsiadów i klamkę pocałowali.

Maria Woeske, wracając z kościoła, zobaczyła po raz pierwszy płomień świeczki nad polem sąsiada. A potem przybiegł do niej syn: - Mamo, cztery czarne wozy, jak na wesele, przez wieś przejechały - relacjonował. - Tylko baloników brakowało.

Chwilę później zadzwonił telefon z Krakowa. Od kuzynki, znanej aktorki Teresy Budzisz- Krzyżanowskiej, która rodzinną wieś oglądała w relacji na żywo.

- I ja się w końcu z telewizji dowiedziałam, co się u nas działo - uśmiecha się pani Maria.
W telewizji usłyszeli także o zasobach gazu, które mogą wystarczyć na 300 lat. I o przygotowywanych przez rząd przepisach, które przyniosą z wydobycia gazu łupkowego "konkretne pieniądze polskiemu państwu". Specjalny fundusz, podobny do stworzonego w Norwegii, wesprze emerytury, ochronę środowiska i działalność gmin. Komercyjna eksploatacja gazu powinna rozpocząć się już w 2014 r.

- Zobaczymy, czy wówczas będzie dla nas praca - komentuje obietnice pan Grzegorz, jeżdżący za chlebem do Niemiec.

- Czy drogę zrobią i czy autobusy zaczną częściej jeździć - dodaje pani Maria.
- Drogę zrobi PGNiG - odpowiada wójt. - A do PKS gmina dopłaci, gdy będzie miała większy budżet.
Jerzy Dampc umawia się ze mną za trzy lata. Na reportaż o eldorado. Albo wręcz przeciwnie. A Henryk Doering ma nadzieję, że stojąc twarzą do morza pokaże z pełną satysfakcją gest Kozakiewicza.

Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

J
Jokel

Też mam cholernie dużo obaw

D
Dudek

cały gaz to wam jeszcze bokiem i uszami wyjdzie !!!

Dodaj ogłoszenie