Firma wielopokoleniowa

Redakcja
Przemysław Świderski
Z Grzegorzem Pellowskim, właścicielem firmy Piekarnia-Cukiernia „Pellowski” Grzegorz Pellowski, o rozwoju rzemieślniczego biznesu rozmawia Jacek Sieński Firma Pellowski funkcjonuje na Pomorzu od 94 lat. Jaka jest dzisiaj?

Pod koniec lat 80. nasz nieduży, rzemieślniczy wtedy zakład, prowadzony przez mojego ojca Józefa, zatrudniał w piekarni i w sklepie łącznie 25 pracowników oraz uczniów. Dziś w naszej firmie pracuje w sumie ponad 250 piekarzy, cukierników, sprzedawców, kierowców, pracowników biurowych i ochrony, elektryków, mechaników maszyn spożywczych, a także - budowlańców, bo mamy własną firmę budowlaną. Jej oferta wyrobów piekarniczych i cukierniczych obejmuje ponad 700 pozycji. Dzisiaj sztuką stało się nie tyle wyprodukowanie, co sprzedanie wyrobów na rynku, na którym panuje ogromna konkurencja, w tym wielkich, międzynarodowych sieci handlowych. Dlatego też postawiliśmy na jakość wypieków i wyrobów cukierniczych oraz na rozwój własnej sieci handlowej i kawiarni. Istotne jest także poszerzanie oferty o różne nowe produkty i usługi, choćby gastronomiczne oraz hotelowe.

Dzisiaj struktura biznesowo-organizacyjna firmy Pellowski obejmuje już całą grupę firm rodzinnych.

Zawsze byliśmy przedsiębiorstwem rodzinnym. Najpierw, w latach 80., prowadziłem piekarnię z ojcem Józefem, a od 1989 roku - z moją żoną Katarzyną. Dzisiaj wspierają nas dzieci, mające własne przedsiębiorstwa, ale funkcjonujące pod szyldem „Pellowski”. Są to firmy piekarniczo-cukiernicze, gastronomiczne i kawiarnie synów Łukasza i jego żony Justyny, Jakuba z żoną Karoliną, prowadzących też restaurację Lookier przy ulicy Długiej w Gdańsku, oraz córki Karoliny z mężem..., zajmujących się cateringiem i prowadzących swoje dwa sklepy. Stale modernizujemy i rozwijamy naszą firmę. Stąd przy ulicy Mostowej w Gdańsku budujemy nowoczesny zakład piekarniczo-cukierniczy, który ma zwiększyć nasze możliwości produkcyjne i pozwolić na stałe podnoszenie jakości wyrobów.

Przypomnijmy początki firmy Pellowski.

W 1922 roku mój dziadek Stanisław kupił piekarnię w Wejherowie. Miał liczną rodzinę, aż trzy córki i pięciu synów. Po zajęciu Wejherowa przez niemieckich okupantów piekarnia nadal funkcjonowała, choć bardzo krótko. Zażądali oni od dziadka, żeby podpisał volkslistę. Ponieważ odmówił, zabrali mu piekarnię. Po wojnie dziadek wznowił działalność, ale po kilku latach piekarnię zagarnęła z kolei władza „ludowa”. W 1947 roku dziadek z ojcem, mającym wówczas 22 lata, przyjechali do zrujnowanego w czasie działań wojennych Gdańska. Na rynku wszystkiego wtedy brakowało, a szczególnie - pieczywa. Żeby jednak uruchomić wypiek i zarabiać, należało samemu stworzyć sobie miejsce pracy, a więc zbudować piekarnię.  

Jak powstała i rozwijała się dzisiejsza, gdańska firma Pellowski?

Jej początki nie były łatwe. W roku 1947 w Gdańsku dziadek i ojciec znaleźli działkę, na rogu ulic Stare Przedmieście i Igielnicka, na której znajdowały się trzy zrujnowane kamienice. Odkupili je od pierwszego właściciela, który pojawił się w mieście na krótko po jego opanowaniu przez armię sowiecką. Odbudowa narożnej kamienicy z piekarnią, prowadzona systemem gospodarczym, trwała 2 lata. Materiały budowlane, a przede wszystkim cegły, dźwigary i elementy pieca piekarskiego pochodziły z rozbiórki oraz z gruzów zalegających miasto. Mąkę na pierwszy wypiek ojciec przywiózł z Wejherowa pociągiem, a następnie przeniósł ją na plecach z dworca do piekarni. Pod koniec lat 40. w Polsce opanowanej przez komunistów zaczęła się „bitwa o handel”, mająca wyeliminować z rynku prywatną przedsiębiorczość, jako pozostałość nietolerowanego przez komunistów kapitalizmu. Firmy rzemieślnicze i handlowe miały być zastąpione przez wielkie, niewydolne gospodarczo przedsiębiorstwa państwowe i spółdzielnie. Ojciec gnębiony przez urzędników domiarami i licznym kontrolami, z asystą uzbrojonych milicjantów i zatrzymywany w areszcie „do wyjaśnienia sprawy”, nie dawał sobie rady. W końcu „uspołeczniono” mu piekarnię, przekazaną spółdzielni Gdańskie Zakłady Przemysłu Piekarniczego „Społem”. Postanowił, jak wielu Polaków niemogących pogodzić się z rządami komunistów, uciec z kraju.

Jaki był koniec tej ucieczki?

W roku 1949 ojciec z grupą kolegów spróbował ucieczki z kraju. Schował w butach 200 dolarów i pojechał do Nowego Portu, w którym przedostał się z pozostałymi uciekinierami na barkę z węglem, płynącą do Szwecji. Byli ukryci w drewnianym schowku pod węglem. Na Zatoce Gdańskiej barkę zatrzymał jednak patrolowiec Wojsk Ochrony Pogranicza. Podczas jej kontroli uciekinierów wykryto. Ojciec z kolegami wylądował w celach aresztów śledczych Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa w Gdańsku przy ulicy Kurkowej, a potem - przy ulicy Okopowej i wreszcie w więzieniu bezpieki w Starogardzie Gdańskim. Po brutalnym śledztwie, podczas którego zakatowano na śmierć jednego z jego towarzyszy ucieczki, ojca skazano. Dwa lata spędził w różnych więzieniach i w kopalni łupków uranowych pod Głuchołazami.

Jednakże Pana ojciec powrócił z czasem do zawodu, a nawet - z czasem odzyskał swoją piekarnię.

Po wyjściu na wolność ojciec nie miał już piekarni. Otrzymał nakaz pracy w piekarniach spółdzielczych, w oddali od Gdańska. Najpierw pracował jako piekarz w piekarni GS Samopomoc Chłopska w Jastarni, a potem - w Juracie. Później przeniesiono go do zakładu spółdzielczego w Wierzchucinie. Swoją piekarnię w Gdańsku odzyskał dopiero w 1968 roku, po długotrwałym udowadnianiu, że była jego własnością. Jednakże odzyskał tu tylko piekarnię i sklep, bo mieszkania w odbudowanej przez dziadka kamienicy zajmowało 8 dokwaterowanych lokatorów, a lokale użytkowe zajmowały sklepy. Naszą nieruchomość odzyskiwałem etapami. Ojciec nie doczekał już przemian polityczno-gospodarczych, które umożliwiłyby mu rozwinięcie firmy. Ja aż do początku lat 90. odzyskiwałem naszą nieruchomość, nawet rezygnując z drogi sądowej, zakupując lokatorom komunalnym mieszkania.

Jak zostaje się przedsiębiorcą i czy umiejętności biznesowe wynosi się z domu?

Wszystko zależy od człowieka i jego decyzji o podjęciu trudu, jakim jest wzięcie odpowiedzialności nie tylko za prowadzeniu firmy, ale i za zatrudnionych w niej ludzi. Zapewne liczą się doświadczenia wyniesione z rodzinnej firmy oraz stałe poszerzanie wiedzy fachowej o zarządzaniu przedsiębiorstwami. Z siostrą wychowywaliśmy się w piekarniach geesowskich, w których zatrudniano ojca, a potem - we własnej, gdzie wykonywaliśmy proste prace. Z wiekiem obowiązków nam przybywało. Po ukończeniu szkoły średniej zostałem współpracownikiem ojca. Przystąpiłem do egzaminu czeladniczego w zawodach piekarz i cukiernik, a po trzech latach - mistrzowskiego. Piekarnię prowadziliśmy razem z ojcem do jego śmierci w lutym 1989 roku. Wiedzę wyniesioną ze wspólnego kierowania firmą staram się wykorzystywać, zarządzając nią jak najefektywniej, co robię razem z rodziną. 

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie