Festiwal dobrej energii i niskiej frekwencji

    Festiwal dobrej energii i niskiej frekwencji

    Marcin Mindykowski

    Aktualizacja:

    W piątek i sobotę odbył się w Sopocie IX Festiwal "Muzyka Przeciwko Nietolerancji i Przemocy". W tym roku impreza po raz pierwszy zanotowała tak niską frekwencję i tak mocno straciła na znaczeniu.
    Genezą pierwszej edycji festiwalu było przykre zdarzenie z 2000 roku. Larry Okey Ugwu, trójmiejski działacz kulturalny, dowiedział się nad ranem, że jego samochód został roztrzaskany i pokryty rasistowskimi napisami. Na znak solidarności jego przyjaciele zorganizowali koncert, podczas którego zebrano pieniądze na naprawę zniszczonego auta.

    Festiwal rozpoczął się już tradycyjnie od parady bębniarzy, która w piątek o 13 przeszła sopockim Monciakiem. Jej tegoroczna odsłona była jednak wyjątkowo skromna - zabrakło szczudlarzy i tancerek, którzy uświetniali poprzednie edycje.

    Tym razem zdecydowano się przenieść imprezę z sopockiej plaży na Łysą Górę - miejsce z pewnością urokliwe i malownicze, ale pozostające zupełnie na uboczu, ze słabym połączeniem komunikacyjnym. Skutek był łatwy do przewidzenia: na pierwsze koncerty zjawiły się garstki zainteresowanych (nieco gęściej zaczynało się robić dopiero po zmroku). Z powodu braku zainteresowania nie odbyły się też wszystkie zaplanowane punkty programu, m.in. integracyjny piknik muzyczny, na który zaproszono osoby chore i niepełnosprawne.

    Mniejszy rozmach miała też w tym roku część muzyczna. Wystąpili m.in.: Addicted to Rock, Pawilon, Petarda, Radio Bagdad i Majestic. Zabrakło znanych z poprzednich edycji gwiazd: Brygady Kryzys, Izraela, Tymona Tymańskiego, Andrzeja Smolika czy Leszka Możdżera. Z powodu słabego nagłośnienia (zwłaszcza pierwszego dnia) słuchanie niektórych występów stanowiło wątpliwą przyjemność.

    Hasło tegorocznej edycji brzmiało: "Wszyscy jesteśmy Polakami". Gdzieś jednak zagubiła się idea festiwalu - walka z nietolerancją, przemocą i rasizmem.

    Prezentowana na scenie twórczość młodych zespołów nieszczególnie się do niej odnosiła, a prowadzący ograniczał się do zapowiadania kolejnych wykonawców i wywoływania aplauzu. I choć można było spotkać ludzi w koszulkach z napisami "Muzyka przeciw rasizmowi", to większość przybyłych miała chyba jednak inne motywacje - przyszli posłuchać muzyki po pracy (jak młode małżeństwo z Trójmiasta) lub przyjechali tu w ramach wycieczki rowerowej (jak 24-letni Jarek, turysta ze Śląska).

    - Skoro jest nas tak mało, to może w Polsce nie ma już rasizmu - mówił na otwarciu festiwalu Jacek Staniszewski, trójmiejski grafik.

    Organizatorom udała się jednak pewna rzecz. Skumulowali dużo pozytywnej energii. Najlepiej było to widać podczas pierwszego dnia, kiedy zawiódł agregat prądotwórczy i na ponad pół godziny na scenie i wokół niej zapanował mrok. Sytuację uratował zielonogórski zespół Tupot Białych Mew, który zagrał swój akustyczny set na bębnach i instrumentach perkusyjnych.

    Widownia przyjęła ich gorąco, bawiąc się i tańcząc w rytm muzyki. I niech ta dobra energia będzie kapitałem, który pomoże wskrzesić festiwal za rok. Tym bardziej, że będzie to jubileuszowa, dziesiąta edycja. W tym roku było to jednak bardziej spotkanie starych znajomych niż znaczące wydarzenie kulturalne.

    Czytaj treści premium w Dzienniku Bałtyckim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo