Ekipa Mikołaja zaraża radością pomagania. Grupa znajomych od 20 lat odwiedza dzieci w szpitalach

Dorota Abramowicz
Dorota Abramowicz
Od dwudziestu lat grupa znajomych osób odwiedza dzieci w szpitalach. Najdłużej - na oddziale rehabilitacji dziecięcej w Dzierżążnie. Nie tylko przywozi im prezenty, ale także daje przedstawienia, organizuje gry i zabawy, daje im swój czas. Mówią, że całego świata nie można zbawić, ale warto zacząć od małych kroków.

Samochody z Mikołajem, elfami, śnieżynkami i reniferami podjeżdżają pod szpital. Wymiana uścisków, wypakowanie prezentów, strojów, marsz korytarzami oddziału rehabilitacji dziecięcej w Dzierżążnie. Z sal wyglądają zaciekawione dzieci.
- Czekają od samego rana - mówi Maria Strahl, oddziałowa. - Podpatrywali przez okno do sali, gdzie leżą prezenty. To wielka radość, że jesteście.

Pacjentów jest pięćdziesięcioro, w wieku od dwóch do siedemnastu lat. Z problemami neurologicznymi, skoliozami. Spędzają tu od trzech do sześciu tygodni, często sami, bez rodziców. Starsi na widok gości wymieniają znaczące uśmiechy - wiadomo, że Mikołaja nie ma. Młodsi mają oczy, jak talarki. Może i słyszą komentarze starszych, ale jest tak kolorowo. I będzie się działo.
Ekipa Mikołaja liczy dziewięć osób: Macieja-Mikołaja, jego żonę Agnieszkę, Marikę, Bożenę, Martę, Gosię, Anię, Bogdana i Wiktora. Do tego szóstka ich dzieci, poprzebieranych za elfy. Najmłodszy, Igor, śpi pod ścianą, przykryty kurtką. Sześcioletni Kubuś ściska w dłoni ukochaną grę, którą chce podarować dziecku ze szpitala. Głównym elfem jest Tomek, syn Maćka.

Czytaj także

Opowieść Mikołaja - początki

Zaczęło się wszystko pod koniec lat dziewięćdziesiątych, kiedy pracowałem w agencji koncertowej Colloseum. Prowadziliśmy sklep płytowy w Gdyni przy ulicy Świętojańskiej, organizowaliśmy koncerty o profilu jazzowym. Do sklepu przychodziło mnóstwo ludzi zainteresowanych muzyką, przychodzili też sami muzycy. W sklepie było gwarno, wesoło, kręciło się mnóstwo ludzi.
W grudniu 1996 lub 1997 r. jednej z naszych muzykujących koleżanek zachorowała młodsza, kilkuletnia siostra. Leżała w szpitalu w Redłowie. Koleżanka poprosiła, byśmy poszli do szpitala zaśpiewać dzieciom jakieś piosenki, kolędy. A że w Teatrze Muzycznym organizowaliśmy co jakiś czas koncerty, mogliśmy wypożyczyć stroje. Poprzebierani, z organkami - taka wesoła drużyna pojawiła się w szpitalu.

Miałem w domu odpowiedni, czerwony strój , więc padło na mnie - zostałem Mikołajem. Śpiewaliśmy po tych salach szpitalnych, było wesoło, ale kiedy weszliśmy do sali, w której leżały maluchy po chemii z ogolonymi główkami, nie dałem rady. Wyszedłem na korytarz, popłakałem się.

Po tamtym śpiewaniu zrodził się pomysł: skoro mamy takie możliwości, łatwo nam poszło, to możemy powtórzyć to za rok. Wróciliśmy do Redłowa, potem może raz koncertowaliśmy w szpitalu dziecięcym na Polankach. .
W międzyczasie poznałem koleżankę Marikę studiującą na pedagogice specjalnej, która miała praktyki w Dzierżążnie. Opowiedziała o dzieciach leczonych na rehabilitacji z daleka od mamy, taty, rodzeństwa. Rodzice, jeśli mieli czym, przyjeżdżali do takiego małego pacjenta po pracy raz, może dwa razy w tygodniu. Dzieci nie miały zbytków, nic się nie działo.

Akurat zaczęła się era internetu, dogadaliśmy się na łączach, kto co załatwi, kto kupi tańszą czekoladę, a kto cukierki, kto soczki ze słomką. Przygotowaliśmy 37 paczek. Byliśmy jedyną drużyną Mikołaja, która tam wtedy przychodziła.
Wówczas zobaczyliśmy, jaką radość przynosimy dzieciom i podczas towarzyskich spotkań zaczęliśmy zastanawiać się, co jeszcze można zrobić.

Każdy dawał co mógł. Mój tata, emeryt, wyciągał 50 złotych i mówił: Masz, na dzieci. Tata ma dziś 84 lata, nadal pomaga mi w domu składać paczki.

Tomek, syn Mikołaja: - W 15 minut złożyliśmy 50 paczek!
Mikołaj: Jeszcze żona pomagała, no i syn. Dziadek jest dobrym logistykiem, poustawiał pracę taśmowo.

Królestwo bębnów

Zanim zacznie się rozdawanie prezentów, jest czas na zabawę. Bogdan, szef od bębnów, wnosi na salę bębny duże i małe oraz pochodzące z dalekich krajów instrumenty muzyczne. Bogdan ma doświadczenie w pracy z najmłodszymi, gra na bębnach po przedszkolach.. Naokoło ustawiane są krzesła.
Dzieci podbiegają do bębnów, najpierw nieśmiało, a potem coraz odważniej w nie uderzają. Kakofonia dźwięków, najtrudniej uspokoić Olafa. - Jest autystykiem - mówi mama.
Wystarczy jednak kilka minut, by Bogdan zapanował nad rozbrykaną salą. Jego warsztaty rytmiczno-bębniarskie po chwili wciągają starszych i młodszych. Każde dziecko ma swój instrument, kakofonia dźwięków po chwili zamienia się w potężny, bębniący rytm.

Opowieść Mikołaja - radość dawania

Nie jest łatwo być Mikołajem. Trzeba mieć "gadane". Przyznaję, jestem gadułą. Żona nie ma łatwo.Nikt już nie liczy, który z kolei rok jedziemy do Dzierżążna. Daje nam to ogromną radość. Dawanie drugiej osobie naszej energii, czasu, uwagi, skromnych prezentów sprawia chyba większą radość, niż otrzymywanie tych prezentów. Pokazuje, że w świecie, który nas otacza można zrobić coś dobrego. Pani oddziałowa Maria jest kontaktową, bezpośrednią osobą. Mówi, czego brakuje. W zeszłym roku kupiliśmy lodówkę, bo dzieci przychodzą do szpitala z własnym jedzeniem i nie miały gdzie go przechowywać. Przed laty, na początku naszych odwiedzin, kupiliśmy pralkę dzieciom. Pralka się zużyła po latach i przed miesiącem udało nam się kupić nową, bardzo ładną.

Agnieszka, żona Mikołaja: Powiedz jeszcze, że otacza cię spore grono dobrych ludzi, z którymi pracujesz.
Mikołaj: Nie byłoby Mikołaja bez ogromnego zaplecza. Sam Mikołaj to wisienka na torcie, ukoronowane całej. Zacznijmy od mojego taty, emerytowanego ratownika morskiego. I zawsze w październiku tata rzuca: ale do dzieci w tym roku pójdziesz? Druga osobą jest Agnieszka , która nie tylko toleruje to wszystko, to jeszcze zachęca, bym robił więcej. Gdyby była zołzą i zrzędziła "przestań sobie zawracać głowę głupotami,zarób na dziecko i rodzinę", nie wiadomo, jakby to dziś było. Wspiera mnie także syn, Tomek. Tak mu świat pokazujemy, że można robić bezinteresownie dobre rzeczy.

Czytaj także

Prowadzimy z żona firmę dystrybucyjną, Spotykam się z kierownikami, szefami różnych firm. W luźnych rozmowach wspominam, że aby oczyścić sumienie przed świętami, chodzę do dzieci jako Mikołaj. I ci ludzie mnie wspierają. Nie tylko mówią, że dobrze robię, ale np. deklarują: - To ja ci załatwię 20 kilogramów cukierków. Mam kolegę Irka, który prowadzi luksusowe delikatesy i jest dobrym człowiekiem. I tak, jak mój ojciec, w październiku zawsze pyta: Ale do dzieci pójdziesz? Robi mi paczki ze słodyczami. Wpierają mnie też koledzy z dzieciństwa. Ktoś przynosi czekoladę, ktoś ptasie mleczko, ktoś inny mikołaje czekoladowe.
Zawsze jadąc na spotkanie zastanawiamy się, czy damy radę. Czy dzieci nas dobrze przyjmą, czy pokażemy im taki lepszy, mikołajowy świat. Najważniejsza bowiem jest radość dzieci. Jeden z naszych kolegów kiedyś zapomniał kurtki. Po tygodniu, jadąc na Kaszuby, wstąpiłem po tę kurtkę. Pani pielęgniarka zatrzymała mnie, mówiąc: - Czy pan wie, że one cały czas wspominają o Mikołaju? Bo to nie jest tak, że wręczamy paczkę i do widzenia. Dziecko musi powiedzieć wierszyk, zaśpiewać piosenkę, Śnieżynki podpowiadają, czy Jasio był grzeczny w tym roku. Zawsze staram się pytać dzieci, jak tam w szkole, czy były szóstki, czy uszy myją, mamy słuchają. Gorzej z tymi starszymi, stoją ręka na rękę, z dystansem patrzą, to wołam je i pytam: - Jak to było z tymi papieroskami w czerwcu za szkołą? I zaczyna się: Mikołaju, ja tylko jednego, na spróbowanie! Już nigdy więcej nie zapalę!

Gra- nie gra

W drugiej sali dzieci i nastolatkowie stają w kolejce po barwny tatuaż zmywalny. Marta i Ania dają do wyboru dziesiątki wzorów, potem obsypują każdy z nich brokatem. Siostry, 3,5 -letnia Julitta i pięcioletnia Milenka cierpliwie czekają w kolejce. Wreszcie z dumą pokazują wzory na rączkach. - Dzieci są szczęśliwe - mówi mama dziewczynek.
Obok Gosia i Marika zaplatają kolorowe warkoczyki dziewczynkom. Elfy częstują cukierkami.
Przy oddalonym od szaleństwa tatuażowo-warczykowego stole Agnieszka i Bożena grają w karty z kilkunastoletnimi chłopakami. To taka gra-nie gra. Bardziej rozmowa przy okazji zabawy z kartami. Chłopcy pomagają gościom, podsuwając odpowiednie karty, równocześnie opowiadając o sobie, swoich problemach, zdrowiu, kolegach, rodzinie. Tu jest ktoś, kto ma czas ich wysłuchać, a może też doradzić.

Mam wrażenie, że dla tych dzieci ważniejszy od prezentów jest czas im poświęcony

- mówi Agnieszka. - Nasza pełna uwaga.
Za chwilę przyjdzie tu grupa uczestnicząca w warsztatach Bogdana, a dzieci z drugiej sali ruszą na bębny

Opowieść Mikołaja- ogarnianie

Przynosimy małym pacjentom radość, ale przez nią przebija, niestety, tragedia dzieci. Bywa, że w ślad za niedorozwojem fizycznym idzie niedorozwój psychiczny, umysłowy. To jest przykre.
Poznaliśmy w szpitalu chłopca, którego rodzice nadużywali alkoholu. Oddawali go do szpitala, żeby nie mieć kłopotu. Siedział tam trzy miesiące, rodzina go w ogóle nie odwiedzała. Podczas spotkania z Mikołajem powiedział mi na ucho: Wiesz co, Mikołaju, cieszę się z prezentów, ale najbardziej bym chciał, by mama mnie odwiedziła.
Chłopiec był zaniedbany, nie miał porządnych ubrań. Postanowiliśmy coś mu do paczki dołożyć.
Wzruszające jest oczekiwanie na Mikołaja. Zresztą zobaczy pani. Pielęgniarki w dniu naszej wizyty mówią, że obiad dzisiaj będzie wcześniej, bo przyjedzie ekipa Mikołaja.

Dzieci wieczorem stają pod oknami i patrzą. Nie są w ciemię bite, na żadne sanie i renifery nie liczą, wiedzą, że Mikołaj i jego towarzysze przyjadą samochodami. Są zawsze dwie, trzy dyżurne główki w oknie, które mają dać znać pozostałym. Kiedy samochody stają na parkingu, w pokojach gaśnie światło, a główek tych robi się 15-20. I po korytarzach niesie się: O, Mikołaj przyjechał!

Ważne są nie tylko prezenty, ale także zabawa z dziećmi. Nasze koleżanki, jedna nawet prowadzi przedszkole, na codzień pracują z dziećmi. Przywiozą różne gry, będą zaplatać włosy dziewczynkom, robić tatuaże.
Staramy się przyjechać jak największą grupą, by to wszystko ogarnąć. Ktoś musi podać Mikołajowi paczkę, ktoś musi być elfem.
Jeździmy tam nie tylko jako ekipa Mikołaja. Kiedy Tomek chodził do przedszkola, występowałem wraz z innymi rodzicami w przedstawieniach dla naszych dzieci. Byłem brzydkim kaczątkiem, siódmym krasnoludkiem, dworzaninem. Przedstawienie organizowano na koniec roku szkolnego i wtedy rozmawiałem z rodzicami przedszkolaków o Dzierżążnie. Namawiałem ich na wyjazd do szpitala, opowiadałem o dzieciach, które się tam nudzą, czekając na mamę. Udało się nam ze dwa razy pojechać z przedstawieniem.. Przedstawienie trwało pół godziny, dzieci były wniebowzięte. I od tego czasu jeździ tam razem z nami pani Małgosia, choreografka, ikona Gdyni. Dzieci ją uwielbiają.
Udało się nam też kilka razy pojechać na Dzień Dziecka. Malowaliśmy twarze, pompowaliśmy balony..
Nasza grupa liczy 20-30 osób i sprzęgnąć tych wszystkich ludzi w tym samym miejscu i czasie bywa niezłym wyzwaniem. Czasem słyszymy, nie mogę, nie mam czasu, ale kiedy w końcu uda się wszystko dograć, satysfakcja jest ogromna. Spojrzenie szczęśliwego dziecka jest bezcenne.A Tomek z dumą w głosie mówi: To mój tata.
To nas mobilizuje .

Czas prezentów

Nadchodzi wreszcie czas rozdawania prezentów. Maciek, do tej pory kręcący się między dziećmi "w cywilu" znika, by przebrać się w strój Mikołaja. Śnieżynka zadaje zagadki, elfy podkręcają atmosferę.
Nareszcie jest! Wchodzi, tubalnie witając się z dzieciakami. Gwar narasta, torby wypełnione zabawkami i słodyczami wędrują do rąk pacjentów. Śmiech, krzyki, przymierzanie opasek z rogami reniferów..
Pół godziny później siedzimy w sali jadalnej oddziału przy herbacie i piernikach. Każdy dostaje od oddziałowej gipsowego aniołka w podzięce za przyjazd. Chłopcy-elfy wymieniają się wrażeniami. A rodzice komentują z uśmiechem, że rośnie następne pokolenie, które kiedyś zastąpi ich w ekipie Mikołaja. Niekoniecznie w tym szpitalu. Bo Mikołajem można być wszędzie.

Czytaj także

Opowieść Mikołaja - powrót na skrzydłach

Czasem przychodzi myśl: co ty, chłopie, pajaca z siebie robisz? Moi koledzy gdzieś tam telewizora pilnują, zarabiają pieniądze, a ty w śmiesznym ubranku jedziesz do dzieci. Ale kiedy wychodzimy ze szpitala, wszyscy sobie pogratulujemy, że to zrobiliśmy.W drodze do Gdyni czuję, jakby mój samochód leciał jak na skrzydłach. Dobre wartości biorą górę i wracam za rok, za pół roku.
Osoby, które tam jadą, zarażają innych.Bożenę, przebraną za Mikołajową, też tak zaraziłem. Spotkaliśmy się na gruncie zawodowym i Bożena mówi, że skoro jest taka okazja, to jadę z wami. Nie mogę tego przegapić.
Każde dziecko ma swoje potrzeby. Jeśli potrzebne są ubranka, to każdy coś tam dodaje od siebie i je przywozimy. Wszystko czyste, wyprane, wyprasowane.

Podstawowa ekipa Mikołaja liczy osiem osób. Ta ósemka zbiera dary, zaraża, maile wysyła po znajomych. Jesteśmy przy tym większą grupą znajomych, ale przez te lata dzieci się nam porodziły, rodziny rozrosły i nie każdy może przyjeżdżać. Nadal jednak wszyscy pomagają, na przykład zbierając u siebie w pracy prezenty dla dzieci.
Ze wszystkiego się rozliczamy. Już nie chodzi nawet o utrzymanie wzajemnego zaufania, ale Szef patrzy z góry.To jest najważniejsze. Działamy według Dekalogu.

Dziś chciałbym, by mój syn i dzieci, do których jedziemy, miały równe szanse.Żeby nie było dysonansu - tamten ma dobrą czekoladę, a ja nie mam nic, bo nie stać na nią moich rodziców. Dzieci do pewnego wieku powinny mieć po równo, by nie było kompleksów.Wiem, że świata nie da się w całości zbawić, ale warto pokazać innym, że trzeba zacząć od małych kroków. Narzekasz na coś, to zbierz się, daj komuś coś od siebie.

Taki związek ludzi, jaki my tworzymy, każdy przecież może powołać. Jedźcie do szpitala, domu dziecka, rodzin potrzebujących wsparcia za Kościerzynę, z dala od Trójmiasta Pomóżcie dzieciom, bo uśmiech tego dziecka jest prawdziwy. Kto dostanie pomoc, wsparcie w dzieciństwie, później będzie dobrym człowiekiem. Nieważne, czy lekarzem, hydraulikiem, kimś innym, bo dobro, które kiedyś dostał przekaże dalej. Nie będzie latał z nożem, mordował ludzi, kradł samochodów. Będzie też dobry dla swoich dzieci. I sam świat będzie trochę lepszy.

Święta 2019

Flesz - Polacy żyją krócej. Co nas zabija?

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie