Egzekucja w Liniewie. Tragiczny los Wincentego Gruszki i Bazylego Pstronga

Barbara Szczepuła
Rodzina Wincentego Gruszki dopiero 71 lat po jego śmierci dowiedziała się, gdzie jest grób ich krewnego. Pierwszy od lewej ksiądz Leszek Jażdżewski M.Ponikowski
O tym, jak ksiądz Leszek Jażdżewski odnalazł po siedemdziesięciu latach groby Wincentego Gruszki i Bazylego Pstronga i o tragicznym losie tych dwóch Polaków pisze - Barbara Szczepuła

Mam dla pani temat - zawiadomił mnie przez telefon ksiądz Jażdżewski. Kilka lat temu, zbierając materiały do książki "Dziadek w Wehrmachcie", usłyszałam o wejherowskim kapłanie, historyku po Uniwersytecie Gdańskim, który swoją dysertację doktorską poświecił Kaszubom wcielanym podczas II wojny światowej do niemieckiej armii. Po usilnych naleganiach, niechętnie, bo jest nieufnym Kaszubą, podzielił się ze mną swoją wiedzą. Z czasem się zaprzyjaźniliśmy. Gdy więc teraz zatelefonował, z miejsca wiedziałam, że mogę liczyć na pasjonującą historię.

Jakiś czas temu księdza przeniesiono z Wejherowa do parafii Opatrzności Bożej na Zaspie, wrzucono w wielkie blokowisko, gdzie mieszka niewielu Kaszubów i śladów wojny też na pozór niewiele. Byłam więc ciekawa, czym się teraz zajmuje. Okazało się, że z miejsca zainteresował się leżącym w granicach parafii Cmentarzem Ofiar Hitleryzmu. Odmawiając różaniec, spacerował cmentarnymi alejkami wśród starych drzew i czytał inskrypcje wyryte na kamiennych krzyżach. Szukał kaszubskich nazwisk.

***

Groby Wincentego Gruszki i Bazylego Pstrąga znajdują się obok siebie. Dobiegający sześćdziesiątki rolnik urodzony w centralnej Polsce i chłopak z Liniewa mają tę samą datę śmierci: 21 kwietnia 1941 roku. I miejsce to samo: Liniewo koło Kościerzyny. Co ich łączy?

By to wyjaśnić, ksiądz Leszek pojechał do Liniewa, bo swą kolejną pracę historyczną poświęca właśnie cmentarzowi na Zaspie.
Zaraz po przyjeździe do wsi dostrzegł tabliczkę: ulica Pstronga ("on" zamiast "ą") i Gruszki. Poszedł do proboszcza, bo już nieraz się przekonał, że to dobre źródło informacji.

- Pstronga żadnego nie znam, ale Gruszka, Gruszka… - zastanawiał się przez chwilę duchowny. - Mam parafiankę o tym nazwisku, bardzo pobożna, codziennie bywa w kościele.

- Boże drogi! - krzyknęła pani Czesława, łapiąc się za serce. - Wincenty Gruszka to mój teść! Teściowa bezskutecznie szukała jego grobu! Teściowa już nie żyje i mój mąż, syn Wincentego też nie żyje, tyle lat minęło… Przeszło siedemdziesiąt. Darek - zwróciła się do syna - leć po ciocię Władzię!

- Władysława Białas jest córką Wincentego Gruszki - wyjaśniła księdzu Jażdżewskiemu. - Mieszka obok, w tym samym domu.

Wincenty Gruszka spod Wielunia osiedlił się wraz z żoną i czworgiem dzieci w Liniewie po pierwszej wojnie światowej. Kupił duży poniemiecki dom oraz sześć hektarów ziemi i powoli wtapiał się w kaszubską społeczność. Żona wkrótce zmarła, po raz drugi ożenił się z kilkanaście lat młodszą od siebie panną z zamożnej kaszubskiej rodziny Lollów mieszkającej w Zielonym Dworze nad jeziorem Mausz. Małżeństwo było dobre, Monika urodziła mu trójkę dzieci - Ludmiłę, Władysławę i Mieczysława.

Wincenty rzadko zaglądał do karczmy, a gdy czasem trochę za długo zasiedział się z sąsiadami na piwie, w drzwiach pojawiała się młoda żona, a on natychmiast i bez protestu wstawał od stołu. Monika prowadziła sklep kolonialny, syn Wincentego z pierwszego małżeństwa został piekarzem, a dwaj bracia Moniki Bolek i Franek Lollowie założyli warsztat mechaniczny i z czasem kupili autobus, którym codziennie dowozili mieszkańców okolicznych wiosek do pracy w Gdyni, która wtedy wchłaniała wszystkich chętnych do robót budowlanych.

W sierpniu 1939 roku Franciszek Loll dostał powołanie do wojska, a autobus kazano mu doprowadzić do jednostki w Grudziądzu. Na wojnę poszli też dwaj synowie Wincentego.

Gdy w październiku Kaszuby wcielono do Rzeszy, rodzina Gruszków została wysiedlona, a gospodarstwo wraz z domem i sklepem przejął członek SS Karl Wischer z Czarnocina na Kociewiu, który od dawna łakomym okiem patrzył na majątek Gruszki. Do pomocy w gospodarstwie wziął szesnastoletniego Bazylego Pstronga z Liniewskich Gór.

Wincenty Gruszka dostał skierowanie na przymusowe roboty pod Bytów. Monika z małymi dziećmi znalazła schronienie w domu swojego ojca w Zielonym Dworze. Wincenty mógł ich czasem odwiedzać w niedzielę, bo tak się złożyło, że pracował niedaleko.
W styczniową niedzielę 1941 roku, gdy po mszy świętej jadł z dziećmi zupę z brukwi, w drzwiach pojawili się gestapowcy.

Możesz wiedzieć więcej! Kliknij, zarejestruj się i w sierpniu korzystaj za darmo: www.dziennikbaltycki.pl/piano

***

W Liniewie wybuchł pożar w gospodarstwie Gruszki, a właściwie już nie Gruszki, lecz Wischera. Ogień zauważył Bazyli Pstrong, zaalarmował pracodawcę, zbiegła się cała wieś, bo zawsze wszyscy wszystkim pomagali, gdy się paliło, ale - co z miejsca ludzie zauważyli ze zdumieniem - Wischer spokojnie stał na podwórzu i patrzył, jak płonie stodoła. Nawet wiadra z wodą nie złapał.

Kilka dni później Bazylego Pstronga zawieziono do więzienia w Gdańsku. Oskarżono go o podpalenie stodoły. Tam też znalazł się Gruszka, który jakoby Pstronga do podpalenia namawiał. Gdzie Rzym, gdzie Krym, gdzie Liniewo, gdzie Zielony Dwór. Gruszka tłumaczył, że od miesięcy w Liniewie nie bywał, ale go nie słuchano. Obaj trafili do obozu w Stutthofie.

Dwudziestego pierwszego kwietnia do Liniewa przyjechała ciężarówka. Zrzucono z niej kilka belek i na posesji Wincentego Gruszki nieopodal spalonej stodoły więźniowie Stutthofu zmontowali szubienicę. Wkrótce zaroiło się od mundurów. Przyjechali funkcjonariusze SS i SA, żandarmerii i policji. Heil Hitler! Heil Hitler! - niosło się po wsi. Ręce wyciągnięte, trzaskanie obcasami wyglancowanych butów, Wischer witał wszystkich, do wszystkich się uśmiechał, krzątał się, zapraszał.

Z boku stali przestraszeni mieszkańcy Liniewa i robotnicy przymusowi z kamieniołomu, którym też kazano przyjść do wsi. I patrzeć.

- Mój starszy brat wpadł do domu z krzykiem: - Bazylego będą wieszać, już szubienica stoi!!! - opowiada mi Jan Piwowarczyk, który miał wtedy dziesięć lat. - Krzyczy tak i krzyczy, a ja poderwałem się i lecę przez pola, bo Bazylego znałem przecież, to był kolega brata.

Gruszka i Pstrong już są na placu, ojciec Bazylego przypada do syna, pozwalają mu zamienić kilka słów, z krewnych Wincentego nie ma nikogo, bo nie wiedzą nic przecież, siedzą u dziadka w Zielonym Młynie. Bazyli szepcze nerwowo ojcu, że go przekonywali, by Gruszkę obciążył, to go zwolnią…

Żali się, nie chce umierać, nie ma jeszcze nawet osiemnastu lat, życia nie skosztował, dziewczyny nie pokochał, świata nie zobaczył, dlaczego tato, dlaczego, nic złego nie zrobiłem, nie skrzywdziłem nikogo - może tak płacze cicho, ale już odrywają go od ojca, prowadzą pod szubienicę.

- Musiała stać gdzieś tutaj - pokazuje mi pani Władysława, córka Wincentego, która zna tę tragiczną historię tylko z opowiadań, bo miała wtedy cztery lata i z mamą oraz rodzeństwem mieszkała u dziadka w Zielonym Dworze.

Wincenty stoi sam, może się modli, może przeklina Wischera. Zarzucają skazańcom pętle na szyje, Bazyli szarpie się i sznur pęka. Żyje, żyje - rozlega się szmer. Matko Boska, może mu darują, może to znak, taki młody chłopak, ale Niemcy są wściekli, co za fuszerka, Donnerwetter! Po raz drugi zakładają Bazylemu pętlę.

Obaj wiszą tak do wieczora. Ku przestrodze.
Ojciec Bazylego błaga bezskutecznie o wydanie zwłok syna, matka mdleje, nauczycielka Zofia Brandt, która ukrywa się w sąsiednim domu, z okienka na poddaszu robi zdjęcie wisielcom.

Wischer podejmuje gości, słychać gwar rozmów, śmiech, brzęk kieliszków, stukają sztućce, przez otwarte okna rozchodzi się zapach gotowanej kapusty, świeżo palonej kawy, jest okazja do świętowania, gospodarz każe wynieść stół do ogrodu, żandarmi i esesmani wychodzą przed dom, palą papierosy, patrząc na szubienicę, Polnische Schweine - stukają się kieliszkami, zapada zmierzch, zapala się pierwsza gwiazda, wyją psy.

***

Dariusz Gruszka, wnuk Wincentego, pokazuje mi dokument, który rodzina otrzymała z Instytutu Pamięci Narodowej w Gdańsku. Okazuje się, że jego dziadka i Bazylego Pstronga w ogóle nie sądzono. Gdyńskie gestapo prowadziło jakieś postępowanie, zajmował się nim niejaki Fritz Drews, któremu podlegało między innymi zwalczanie aktów sabotażu, ale decyzja o publicznym powieszeniu zatrzymanych zapadła rzekomo w Berlinie. Egzekucja miała zastraszyć polską ludność.

Analizując zgromadzony materiał dowodowy - pisze prokurator Maciej Schultz, naczelnik Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Gdańsku - uznać należy, iż zarzut podpalenia, stawiany Wincentemu Gruszce i Bazylemu Pstrongowi, był całkowicie bezzasadny".

A co mówiono we wsi? Pani Władysława Gruszka-Białas pamięta, że wszyscy byli przekonani, iż Wischer sam podpalił stodołę, by uzyskać odszkodowanie, a także w celu pozbycia się raz na zawsze właściciela gospodarstwa.

- Dla psoty Wischer to zrobił, dla psoty - przekonuje mnie pan Jan Piwowarczyk. - Chciał pokazać, że wszystko może.
W roku 1945, gdy zaczęły się zbliżać wojska sowieckie, spakował manatki, siadł na wóz i uciekł, pewnie na jakiś statek, ale czy gdzieś dopłynął, nie wiadomo, Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy.

Pani Czesława Gruszka kiwa głową i ma łzy w oczach, teścia nie znała, ale gdy słucha opowieści, myśli o tym, co wojna z ludźmi zrobiła, przecież Niemcy to teraz normalni ludzie, a wtedy…

Pochodzi ze wsi Nowy Wiec na pograniczu Kaszub i Kociewia, gdzie hitlerowcy rozstrzelali w listopadzie 1939 roku kilkadziesiąt osób, w tym kilku księży. W jej rodzinie Krakowskich, bo z domu jest Krakowska, było tak: brat ojca, Bronek Krakowski - zginął, mąż siostry mamy, Alojzy Bucholtz - tak samo, brat mamy, Wiktor Flisikowski - ścięty toporem! A tata zginął w wypadku na robotach.

Pani Władysława Gruszka-Białas mówi o zmarłych ze swojej rodziny. Oprócz powieszonego ojca musi wspomnieć o wujku, Franku Loll, tym, który autobusem do Grudziądza na wojnę z Niemcami pojechał. Zginął podczas przeprawy przez Wisłę. Zginęli też we wrześniu 1939 roku dwaj synowie Wincentego Gruszki z pierwszego małżeństwa.

- Po wojnie wróciliśmy z mamą do Liniewa, a tu ani woza, ani powroza, mama musiała uczyć się orać, bronować, siać, my, maluchy chodziliśmy z nią w pole, pamiętam dostaliśmy takiego chudego konika z UNRR-y, nie mógł wozu pociągnąć, musieliśmy pchać, strasznie ciężko było, te obowiązkowe dostawy nas niszczyły, głodni stale chodziliśmy, brakowało chleba.
***

Teraz na ojcowiźnie gospodaruje Dariusz Gruszka, wnuk Wincentego. Wyremontował dom, ziemi dokupił, ma dwadzieścia trzy hektary. Martwi się tylko, że gradobicia zboże mu w tym roku zniszczyły.

***

W niedzielę cała rodzina trzema samochodami wybiera się na Zaspę na odnaleziony grób ojca i dziadka. Córka, synowa, wnuki, prawnuki.

Panie Czesława i Władysława zrywają w ogrodzie białe astry, które położą na pomniku.
- Serce mi się ścisnęło - mówi Darek - bo akurat zrywały z tego miejsca, gdzie stała szubienica.
Ksiądz Jażdżewski prowadzi ich do grobów Wincentego Gruszki i Bazylego Pstronga.
Odmawiamy "Wieczny odpoczynek racz im dać Panie".

- Czy ksiądz wie, dlaczego właśnie tu zostali pochowani? - pytają. - Nieraz przejeżdżaliśmy tuż obok, jadąc do krewnych w Nowym Porcie, i nie przyszło nam do głowy, że ojciec może leżeć właśnie tutaj.

Ksiądz Jażdżewski przeprowadził fachową kwerendę w archiwach. Mówi, że ciała powieszonych w Liniewie Polaków zostały przewiezione do krematorium w Langfuhr. Urny z prochami złożono na cmentarzu na Zaspie, gdzie chowano więźniów obozu Stutthof i jego podobozów, a także osoby zakatowane w gdańskich więzieniach. Miejscowy grabarz skrupulatnie wszystko notował w księgach. Dzięki niemu udało się ustalić losy wielu ofiar.

- Po wojnie - wyjaśnia ksiądz - cmentarz stał się miejscem pamięci narodowej, cmentarzem pomnikiem. Dziś leżą tu obrońcy Poczty Polskiej w Gdańsku, kolejarze z Szymankowa, ofiary zbiorowej egzekucji w Wielki Piątek 1940 roku w Stutthofie. Są groby dwóch księży beatyfikowanych przez Jana Pawła II w 1999 roku: Bronisława Komorowskiego i Mariana Góreckiego. Tu leży zamordowany w Stutthofie Antoni Lendzion, działacz Polonii Wolnego Miasta Gdańska i poseł do Volkstagu. Jest także grób dzielnego harcmistrza Alfa Liczmańskiego, "fanatycznego Polaka", którego rozstrzelano w filii obozu Stutthof w Grenzdorfie. Ale pochowano tu również ludzi innych narodowości. Także Niemców, księdza Ernsta Karbauma na przykład, który w czasach pogardy kierował się Ewangelią i bronił Polaków, za co został zamęczony w Stutthofie.

Jest też wielu mniej znanych lub całkiem nieznanych. Wśród tych nieznanych ksiądz Leszek Jażdżewski nie znalazł niestety kaprala Alojzego Kinowskiego z Kornego, brata jego mamy, który we wrześniu 1939 roku poszedł na wojnę i ślad po nim zaginął.

Ksiądz chciałby, aby na ten cmentarz przychodzili mieszkańcy Gdańska, w szczególności Zaspy. Gdy tu spaceruje, nie spotyka praktycznie nikogo, oprócz mężczyzn popijających piwko w cieniu wielkich klonów. Znicze palą się przy kilku zaledwie grobach - zawsze pod pomnikiem dziesięcioletniej Erwinki Barzychowskiej, spalonej przez Niemców na Poczcie Polskiej. Ksiądz widział kiedyś misia, którego zostawiło tam jakieś dziecko.

Chciałby, by tych kwiatów, zniczy i pluszaków było więcej.

***

Pytam o zdjęcie z egzekucji w Liniewie, które z narażeniem życia zrobiła pani Brandt. Przez lata znajdowało się w kronice szkoły, gdy jednak ją otworzyliśmy, ukazało się puste miejsce. Fotografię ktoś wyrwał.

Barbara Szczepuła
[email protected]

Możesz wiedzieć więcej! Kliknij, zarejestruj się i w sierpniu korzystaj za darmo: www.dziennikbaltycki.pl/piano

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie