Drzewa umierają, zanim zapadnie wyrok

Dorota Abramowicz, Piotr Furtak
Piotr Furtak
Udostępnij:
Przed kwietniową rozprawą w Sądzie Najwyższym do 129-hektarowego lasu, o którego zwrot walczy rodzina z Płęsna, wjechał ciężki sprzęt. Leśnicy tną sztuki stare i młodsze, hektar po hektarze

Pas o długości kilkuset i szerokości kilkudziesięciu metrów wygląda tak, jakby przeszła tędy trąba powietrzna. Drzewa, niektóre zbyt młode aby się nadawały do obróbki w tartaku, rozrzucone są bez żadnego porządku.
- Chcą wyrąbać cały las - 62-letni Ryszard Ryngwelski mówi ze ściśniętym gardłem. - Las, który sadzili moi pradziadowie. Serce boli, gdy widzę, jak pod topór idą i stare, 130-letnie drzewa, i takie, które nie mają jeszcze 60 lat. To, co oni tu robią, nie ma żadnego racjonalnego uzasadnienia. Tną tylko po to, żeby zrobić nam na złość.

Oni, czyli Lasy Państwowe. A konkretnie Nadleśnictwo Przymuszewo. Prace w ramach „planowej gospodarki leśnej” prowadzone są na obszarze prawie 130 hektarów, o których zwrot walczy przed sądami rodzina Ryngwelskich. Po wyznaczeniu posiedzenia w sprawie roszczeń Ryszarda Ryngwelskiego przez Sąd Najwyższy na kwiecień tego roku aktywność leśników wyraźnie wzrosła.

- Specjalnie rąbią na terenach spornych - twierdzi Ryngwelski. - Od początku tego roku z lasów będących do końca wojny w posiadaniu mojej rodziny pozyskano 1500 metrów sześciennych drewna. Łącznie wyrąbano 17 hektarów starego lasu i około 20 hektarów młodszych drzew w ramach trzebieży. To czysta złośliwość, drewno im do niczego nie jest potrzebne. Za kubik płacą dzisiaj 180 złotych, a we wrześniu było to jeszcze 300-330 złotych. Kto rąbie teraz, gdzie tu ekonomia? Drzewo zaczeka, nie trzeba go ścinać. Cykl produkcyjny w lesie trwa około 100 lat. Jeśli tak dalej pójdzie, odzyskamy gołą ziemię.
- Nieruchomość jest własnością Skarbu Państwa - odpowiada Mateusz Stopiński, rzecznik prasowy Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Toruniu. - I ujęta jest w Planie Urządzenia Lasu dla Nadleśnictwa Przymuszewo na lata 2009-2018, zatwierdzonym przez ministra środowiska, co zobowiązuje nadleśniczego do wykonywania określonych w tym planie zadań gospodarczych. Opłacalność ekonomiczna nie jest jedynym kryterium decyzji o wykonywaniu zabiegów pielęgnacyjnych, jak i użytkowania rębnego.

W tej opowieści liczy się nie tylko las. Choć spór z Lasami Państwowymi toczy się o majątek o wartości przekraczającej milion złotych, równie ważny jest honor rodziny Ryngwelskich, która żyje nad jeziorem Płęsno, w powiecie chojnickim, od co najmniej kilkuset lat.

Ringvel rusza na Turka
Obcy będzie miał problem, by tu trafić. Umawiamy się przy kościele w Swornegaciach. Stąd za samochodem pana Ryszarda przez cztery kilometry jedziemy gruntowymi dróżkami, wokół pięknych lasów. W końcu dojeżdżamy do położonego nad rzeką Brdą gospodarstwa, w którym obok murowanego stoi dużo starszy, drewniany dom. - My tu jesteśmy od zawsze - Ryszard Ryngwelski kładzie na stole kronikę rodu. Czerwona skóra, złoty napis „Scytyjski rodowód”. „Tutaj właśnie, u wypływu wód z jeziora Płęsna od czasów pierwszych osiedleń istnieje gospodarstwo zwane też Płęsnem” - czytamy.

- W domu przechowywane były dokumenty rodziny pochodzące z 1700 roku i lat późniejszych - mówi gospodarz. - Poprosiliśmy znajomego, by pomógł nam w szukaniu wcześniejszych informacji. W Archiwum Diecezjalnym w Pelplinie zachowały się ważne dla nas dokumenty. Do tego dochodzi pamięć rodowa, przekazywana z pokolenia na pokolenie.
Choć według specjalistów nazwisko Ryngwelski pochodzi od nazwy miejscowej Ryngwałd, dziś Rynwałd (k. Starogardu Gdańskiego), Ryngwelscy spod Chojnic szukają swoich przodków wśród osadników, którzy trafili na Kaszuby między 300 a 595 rokiem naszej ery. Zajęli teren „ringu”, czyli okręgu nad jeziorem wśród lasów. To właśnie od tego ringu może się wywodzić ich nazwisko. Albo - co jest jeszcze bardziej ryzykowną hipotezą - od sanskryckiego Ringveda, czyli kręgu wiedzy.
- Jeden z naszych przodków, żyjący prawdopodobnie w latach 1655-1742, nosił indyjskie imię Bunyan - pan Ryszard wskazuje na fragment kroniki rodowej. - Ów Bunyan Ringvel, o chrześcijańskim imieniu Teodorius, był przewodnikiem w chorągwi kaszubskiej wyruszającej na odsiecz wiedeńską.

Teodor-Bunyan jest osobą, od której rozrasta się drzewo genealogiczne udokumentowanej historii Ryngwelskich. Pod rysunkiem widnieje napis, że drzewo kolor zielony czerpie z płęsnowskiej ziemi.
- I lasów - podkreślają Ryngwelscy.

Józef dzieli ziemię

Idziemy przez las. Na jednym z drzew wisi krzyż ze śladami od kul i tabliczka: „Krzyż ten umieścił wiosną 1932 roku mój dziad - Józef a poświęcił uroczyście ks. Proboszcz Józef Czapiewski w święto apostołów Piotra i Pawła w 1932 roku. Przestrzelony w 1945 roku przez żołnierzy Armii Czerwonej pozostał jako szczególny znak dla potomnych. Ryszard Ryngwelski, Płęsno, 15 sierpnia 1995 roku”.

- Dziadek Józef był zapobiegliwym człowiekiem - twierdzi Ryszard Ryngwelski. - Przed wojną podjął decyzję, która zapobiegła utracie gospodarstwa.
Józef, który miał dwóch synów - Teodora (ojca Ryszarda Ryngwelskiego) i Brunona, 1 sierpnia 1939 roku zawarł umowę, na mocy której darował Brunonowi prawie połowę gospodarstwa - 87 ha. - Umowa została zawarta na piśmie i ją mamy - mówi znajomy Ryszarda, prawnik (nie chce podawać nazwiska), który wspierał Ryngwelskich w staraniach o odzyskanie lasu.- Zrobiono to aktem notarialnym i wprowadzono do ksiąg wieczystych.
W czasie wojny Teodor i Brunon pomagali partyzantom. Synowie Józefa trafili do obozu w Stutthofie. Józef został wysiedlony. Ocaleli, wrócili do domu.

Kto przeszkadza ...
Ryszard Ryngwelski: Po wojnie ojciec siedział jeszcze dwa lata w obozie za pomoc partyzantom. Cudem przeżył…
Pewnego dnia w drzwiach gospodarstwa stanął komisarz ziemski. Ten sam, który wcześniej żonie Józefa za mleko nawet nie zapłacił.
- Obywatelu kułaku - powiedział - jesteście obszarnikiem. Uciekać musicie 40 kilometrów stąd. Macie dwie godziny na spakowanie walizki.

Nowa władza zabrała całe gospodarstwo. I las. W dekrecie z 1944 roku wyraźnie napisano, że jeśli jakakolwiek parcela leśna przekracza 25 hektarów, to na rzecz państwa przepada wszystko. Jeśli jednak działki są mniejsze - a na takie były podzielone przed wojną lasy Ryngwelskich - to nie podlegają one nacjonalizacji.

Prawnik: W 1944 roku nikt sobie tym głowy nie zawracał. Gdy las przekraczał w sumie 25 hektarów, zabierali wszystko.
Ryszard Ryngwelski: - Ojciec z bratem nie byli głupi i poszli do sądu. Do 1947 roku wszystko funkcjonowało jeszcze jak przed wojną. Sądy były faktycznie niezawisłe. I sędzia wydał wyrok, że państwo musi oddać całość gospodarstwa. Z tym wyrokiem bracia pojechali do starostwa w Chojnicach. W starostwie uszanowali sąd i oddali zabudowania wraz z przeszło 40 hektarami. Kwestię lasu mieli załatwić w Toruniu. A tam, zanim skończyli mówić, człowiek, który się zajmował ich sprawą, wskazał transparent na ścianie: „Kto przeszkadza dekretowi reformy rolnej i dekretowi PKWN, podlega karze więzienia, łącznie do kary śmierci”.
- Czy to obywatelom wystarcza, czy mam zadzwonić po Urząd Bezpieczeństwa? - zapytał urzędnik z Torunia. - Może was zawiozą dziś do domów, a może nie…
Poddali się, wyszli... 40 ha gruntów, które oddano im wraz z zabudowaniami, nie nadawało się do uprawy. Posadzili las.

I po temacie
Przez 43 lata własność państwa była kwestią niepodważalną. W 1990 r. Teodor Ryngwelski jeszcze żył, gdy jego syn Ryszard, w imieniu swoim i kuzynki Ireny, córki Brunona, rozpoczął sądowy bój o zwrot ojcowizny.
Ryszard Ryngwelski: - Odwołaliśmy się do sądu i w 1991 roku sąd w Chojnicach w pełni potwierdził słuszność wyroku z 1947 roku. Nakazano oddanie nam lasów, sąd założył nową księgę wieczystą. Nadleśnictwo jednak odwołało się i sąd wojewódzki, wówczas w Bydgoszczy, uchylił to postanowienie. Sprawa wróciła do Chojnic, sędzina, oddelegowana tylko do tej sprawy, wpisała do księgi nadleśnictwo, nie nas.

Powodem był brak ksiąg wieczystych z pierwszej połowy XX wieku. Wszystkie akta z chojnickiego sądu zostały spalone już po wyzwoleniu, w 1945-46 roku, przez Rosjan. Zachowały się tylko dokumenty geodezyjne. Ocalał na szczęście też kontrakt między ojcem Józefem a synem Brunonem Ryngwelskim zawarty w 1939 roku i w 1957 roku potwierdzony przez Państwowe Biuro Notarialne.
W 2008 roku Ryszard Ryngwelski i jego kuzynka znów ruszyli do sądu.
- Nadleśnictwo upierało się, że jedna działka miała więcej niż 25 hektarów - tłumaczy prawnik. - To jest nieprawda, ponieważ jest orzeczenie Sądu Najwyższego, które mówi, że każda naturalna przeszkoda stanowi granicę parceli. Taką granicę stanowią więc drogi, wody, słupy graniczne...

Prawnik twierdzi, że tej sprawy nie można było przegrać. Od 2008 roku, czyli od dnia złożenia pozwu, aż do 2013 roku nadleśnictwo było kompletnie bezczynne - mówi. - Nie przychodzili na rozprawy, nie składali pism procesowych, nie robili kompletnie nic. Opinia biegłego wyznaczonego przez sąd była druzgocąca dla nadleśnictwa. W sposób jasny i wyraźny wynikało z niej, że żadna parcela z tego lasu nie przekraczała 25 hektarów, a to jest warunek ich odzyskania przez poprzednich właścicieli lub ich spadkobierców.

Opinia biegłego została sporządzona na podstawie wizji lokalnej. I teoretycznie nie było możliwości obalenia jej. Jednak na ostatnią rozprawę, 14 sierpnia 2013 roku, przyjechał przedstawiciel nadleśnictwa. - Sędziemu pokazał mapę, na której Lasy Państwowe same zaznaczyły granice - opowiada prawnik. - I wyszło, że dwie działki mają powyżej 25 hektarów. Sąd zamknął rozprawę, za 15 minut wydał wyrok i było po temacie.
Ryngwelski: Przegraliśmy sprawę w drugiej instancji, skierowaliśmy wniosek o kasację, niestety, nie przyjęto jej do rozpoznania.

Syn odnajduje mapę
Sytuacja wydawała się beznadziejna. I wtedy, jak w dobrym filmie sensacyjnym, doszło do nagłego zwrotu akcji. Średni syn Ryszarda, Michał Ryngwelski, po ukończeniu studiów rozpoczął w Gdyni pracę jako geodeta.
- Przez całe dzieciństwo spędzone w domu ciągle wracała sprawa lasu - opowiada. - Wiedziałem, że przegraliśmy, bo nadleśnictwo przedstawiło w sądzie mapy, które powstały po wojnie. I kiedy ostatnio usłyszałem, że wreszcie odtajniono przedwojenne mapy wojskowe, opracowane na potrzeby wojny przez Wojskowy Instytut Geograficzny, postanowiłem sprawdzić, czy nie ma na nich naszego lasu.

Był. Odtajniona mapa z 1937 roku, opublikowana na stronach internetowych, bardzo dokładnie pokazuje granice leśnych parceli otaczających gospodarstwo Ryngwelskich. Największa z nich nie przekracza 12 hektarów.
- Ta mapa jednoznacznie rozstrzyga spór z nadleśnictwem - mówi mec. Roman Nowosielski, zaprawiony w bojach o odzyskiwanie majątków przez spadkobierców, który teraz reprezentuje Ryngwelskich. - Skoro Sąd Okręgowy w Słupsku odrzucił wniosek o wznowienie postępowania (uznając, że Ryngwelski mógł wcześniej przedstawić utajniony dowód), zdecydowaliśmy złożyć zażalenie na to postanowienie do Sądu Najwyższego. Napisaliśmy w nim, że powód nie mógł przedstawić dowodu, o istnieniu którego nie miał pojęcia. Również jego syn nic o istnieniu poufnych map wojskowych nie wiedział. Sąd Najwyższy wyznaczył rozpoznanie naszego zażalenia w pierwszym wolnym terminie - w kwietniu tego roku.
Na nieczęsto spotykane tempo rozpatrzenia sprawy przez Sąd Najwyższy musiała zapewne wpłynąć przekazana przez mecenasa Romana Nowosielskiego informacja, że po wniesieniu przez Ryngwelskiego zażalenia nadleśnictwo rozpoczęło masowy wyrąb lasu na spornej nieruchomości. I dzieje się tak mimo wysłanych przez prawnika wezwań do nadleśnictwa oraz do Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych „do natychmiastowego zaprzestania naruszeń”.
Dlaczego leśnicy nie czekają na wyrok?

- Sprawa pana Ryngwelskiego toczy się przed sądami od ponad 20 lat - odpowiada Artur Kowalski, nadleśniczy z Przymuszewa. - Pan Ryngwelski składał już wielokrotnie wnioski o tak zwane zabezpieczenie przedmiotu sporu, czyli o wstrzymanie wszelkich prac na spornym terenie. Były one konsekwentnie przez sąd odrzucane i rozpatrywane na korzyść nadleśnictwa. Pisma mecenasa Nowosielskiego nie mają w tej sprawie obowiązującej mocy prawnej i nie będą brane przez nadleśnictwo pod uwagę.

- Ojciec opowiadał, że w czasach okupacji Niemcy przysłali nakaz wyrębu drzewa - mówi Ryngwelski. - Za 14 dni listonosz przyniósł pieniądze. Okupant zapłacił, mimo że nie musiał. Dziadek pytał: - Jak to, wojna, a wy oddajecie pieniądze? - U nas się liczy gospodarka - odpowiedział Niemiec. - Jeśli my nie zapłacimy gospodarzowi, nie będzie miał za co zalesić i las straci. Tak było za Niemca, a dziś co się liczy?

Hektar dziennie
Damian Ryngwelski, który ma przejąć gospodarstwo po ojcu, próbował niedawno zrobić zdjęcia wycinki. Na drodze udostępnionej dla ruchu zatrzymała go Straż Leśna. Damian: - Powiedzieli, że nie mam prawa tu jeździć, bo to państwowe. Tymczasem wszędzie dookoła są lasy państwowe. To niby jak mamy jeździć? Ten strażnik powiedział, że dowody mogę zdobywać jedynie w sposób zgodny z prawem.

W pobliżu domu Ryngwelskich spotykamy robotników leśnych. - Widzicie ten ciężki sprzęt? - pyta Ryngwelski. - Tą maszyną można wytrzebić hektar lasu dziennie. Robią to, by nie oddać nam lasu, a jedynie wyręb.
- Nadleśnictwo pracuje normalnie na terenie wszystkich leśnictw - odpowiada nadleśniczy Kowalski. - Nigdzie nie nasiliło żadnego wyrębu, praca na dwie zmiany to norma przy ekonomicznym wykorzystaniu maszyn wielooperacyjnych do ścinki drewna.

Mec. Roman Nowosielski: - Osoby odpowiedzialne za wycinkę świadomie łamią prawo. Zarówno Konstytucję RP, która mówi, że wywłaszczenie jest dopuszczalne jedynie na cele publiczne i za słusznym odszkodowaniem, jak i kodeks postępowania administracyjnego. A artykuł 5 kodeksu cywilnego wskazuje, że jeśli urzędnik, wykonując swoje czynności, narusza zasady współżycia społecznego, to nadużywa prawa i nie korzysta z ochrony. Może więc go ścigać prokurator. Urzędnicy, którzy podjęli takie decyzje, to rzeźnicy lasu! Proszę to dosłownie napisać. I niech mnie pozwą za te słowa.
Kto zapłaci odszkodowanie, jeśli zapadnie wyrok nakazujący zwrot lasów potomkom Józefa Ryngwelskiego? - pytam rzecznika RDLP w Toruniu.

- Obecnie przed Sądem Najwyższym będzie rozpatrywane zażalenie na postanowienie Sądu Okręgowego w Słupsku na odrzucenie skargi o wznowienie postępowania. Rozważanie na tym etapie kwestii związanych z ewentualnym odszkodowaniem jest więc przedwczesne - odpowiada Mateusz Stopiński.
- Może i przedwczesne - wzdycha Ryszard Ryngwelski. - Tylko dlaczego w oczekiwaniu na werdykt sądu codziennie umierają drzewa?

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze 3

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

g
gość
Rozumiem Tego Pana, że walczy o własność która była jego rodzinie bezprawnie zabrana i tyle lat ta sprawa wciąż trwa. Czasami najtrudniej jest się po prostu przyznać do popełnionego błędu. . .
c
czytelnik
ten pan przegrał już w kilku sądach, i raczej nie ma szans na odzyskanie gruntów. opisano go jako wielkiego poszkodowanego, co według mnie jest szukaniem przez gazetę taniej sensacji
A
Artemis
Lasy Państwowe z zasady nie prowadzą gospodarki na gruntach spornych. Takie są zapisy w Planach Urządzania Lasu.
Skoro tutaj Nadleśnictwo zdecydowało się na prowadzenie gospodarki, podejrzewam, że pan roszczący sobie prawa do lasu przegrał sądowo już w kilku instancjach.

Ale nawet jeśli, faktycznie została mu jakaś ścieżka prawda, i najwyższy sąd przyzna mu te tereny - otrzyma od Nadleśnictwa rekompensatę znacznie przewyższającą wartość wyciętego drewna. Jeśli sąd przyzna mu grunty, oczywiście. Do tego zanim się to stanie - Nadleśnictwo na pewno już dawno zalesi ten obszar.

Naprawdę nie rozumiem, gdzie tutaj jest miejsce na sensację.
Przejdź na stronę główną Dziennik Bałtycki
Dodaj ogłoszenie