Dr Paweł Stefanoff: Z COVID-19 musimy nauczyć się żyć

Dorota Kowalska
Dorota Kowalska
30.05.2020 gdansk. zycie codzienne w czasie pandemii koronawirusa.  pierwszy dzien bez obowiazku noszenia maseczek na otwartej przestrzeni. w sobote tlumy pojawily sie na glownych turystycznych szklakach gdanska. ulca dluga. uwaga!!! publikacja wizerunku osob na zdjeciach na odpowiedzialnosc redakcji - brak zgody !!!  fot. karolina misztal / polska press/dziennik baltycki
30.05.2020 gdansk. zycie codzienne w czasie pandemii koronawirusa. pierwszy dzien bez obowiazku noszenia maseczek na otwartej przestrzeni. w sobote tlumy pojawily sie na glownych turystycznych szklakach gdanska. ulca dluga. uwaga!!! publikacja wizerunku osob na zdjeciach na odpowiedzialnosc redakcji - brak zgody !!! fot. karolina misztal / polska press/dziennik baltycki Karolina Misztal
Musimy pogodzić się z faktem, że pandemia koronowirusa jest siłą natury, katastrofą naturalną, która wymaga od nas odpowiedzialnej postawy, wymusi zmianę nawyków i na pewno wpłynie na wiele sfer naszego życia. Po kilku latach ten wirus stanie się po prostu jedną z licznych chorób wywołujących wzrost zachorowań w sezonie grypowym – mówi dr Paweł Stefanoff, epidemiolog, pracuje w Norweskim Instytucie Zdrowia Publicznego

Na jakim etapie pandemii koronawirusa właściwie jesteśmy? Bo mam wrażenie, że nikt tego nie wie.
COVID-19, to nowa choroba, wywołana pojawieniem się nowego wirusa i dopóki pewna część, od 50 do 70 procent populacji, nie zetknie się z nim, będzie się mógł swobodnie szerzyć. Jesteśmy więc w tym sensie w początkowej fazie pandemii i będzie ona trwała dopóki, to wspomniane 50, czy 70 procent ludzi nie zachoruje lub nie zostanie zaszczepiona.

Czyli początek drogi?
Tak, w tym sensie jesteśmy na początku drogi walki z pandemią, bo w wielu krajach, czy regionach około 1-5 procent populacji zetknęło się z tą chorobą. Dzięki lockdownowi mniejsza część z nas jest na koronawirusa uodporniona, bo po prostu nie mieliśmy do czynienia z tym wirusem.

Czytaj także

Mówiło się, że będzie pierwsza fala pandemii, potem druga – w Polsce liczba zachorowań utrzymuje się na stałym poziomie, ostatnio nawet wzrasta. Z czego to wynika?
To wynika to z faktu, że ludzie nie stosują się do pewnych zaleceń, które zostały wprowadzone. Choćby zalecenia zachowania dystansu społecznego, czy częstego mycia rąk. Na początku wprowadzono obostrzenie, żeby ludzie nie wychodzili z domów – gdyby cały czas obowiązywało, pandemia powoli by wygasała, bo wirus nie byłby w stanie znaleźć sobie nowych ofiar, czyli osób, które nie zetknęły się z nim wcześniej, a więc podatnych na zakażenie. Tyle tylko, że ludzie opuścili swoje domy, wcześniej też nie wszyscy stosowali się do wyznaczonych reguł, więc COVID-19 cały czas swobodnie krążył i nadal krąży. Krążył przede wszystkim wewnątrz ognisk domowych – w Polsce są gospodarstwa, które obejmują duże rodziny, więc wystarczyło, żeby jedna osoba zetknęła się z osobą chorą i automatycznie zarażała innych. Działały też niektóre przedsiębiorstwa, które ułatwiały szerzenie się zakażeń. Wiele z tych osób miało łagodne objawy choroby, albo w ogóle ich nie miało, więc nawet nie zwróciły na nie uwagi. Krótko mówiąc: nie udało nam się przerwać łańcucha zakażeń. Prawa jest taka, że w żadnym kraju na świecie się to nie udało.

Mam takie wrażenie, że po chwili oddechu, wiele krajów wraca do wprowadzenia wcześniejszych obostrzeń, prawda?

Tak, trzeba powiedzieć, że urzędnicy decydujący o tego typu działaniach zapobiegawczych nie mają łatwego zadania. Z jednej strony, żyjemy wśród chorób zakaźnych od wieków i musimy nauczyć się żyć z tą nową chorobą. Taktyka unikania zakażeń za wszelką cenę wydaje się nieracjonalna, bo wszyscy kiedyś zetkniemy się z tym wirusem. Z drugiej strony decydenci obawiają się, że w społeczeństwach żyjących w dużym zagęszczeniu i praktycznie w całości podatnych na zakażenia, będzie istniało niebezpieczeństwo, że pandemia będzie wybuchać gwałtownie, a liczba zachorowań będzie wzrastała w sposób wykładniczy. Weźmy na przykład jakąś małą miejscowość: zachoruje tam jedna osoba, zarazi dwie następne, te – kolejne cztery. Po kilku tygodniach może być tylu chorych z cięższymi objawami, że nie starczy dla nich miejsc w szpitalu, nie będzie miejsc nawet dla osób z chorobami serca lub chorobami nowotworowymi. Tego boją się rządy poszczególnych krajów. Boją się nadmiernego obciążenia systemów służby zdrowia, co widać w Ameryce Południowej – tam systemy zdrowia się po prostu załamały. Szpitale nie przyjmują chorych, ci umierają w domach. Przywódcy państw nie chcąc dopuścić do takich sytuacji, wprowadzają lockdowny, ale one są bardzo kosztowne. To trudna sytuacja, bez dobrego rozwiązania, tym bardziej, że nasze pokolenia przyzwyczaiły się do życia w dobrobycie, swobodnego podróżowania, itp.

Dopytam jeszcze o Polskę, w naszym kraju lockdown był dość głęboki, potem wiele obostrzeń zniesiono, chociaż liczba chorych wcale nie malała. Teraz nawet rośnie. Gdzieś popełniono błąd? Z czego ta sytuacja wynika?

Ludzie się częściej przemieszczają, nie zwracają już takiej uwagi na zachowanie środków ostrożności. Nie chcą żyć w nieustannym stanie zagrożenia. A jest też grupa osób, która w ogóle nie wierzy w pandemie koronawirusa i zupełnie się nią nie przejmuje. To wszystko sprawia, że liczba chorych nie maleje, a w niektórych krajach nawet rośnie. Myślę, że rządzący nie popełnili jakichś istotnych błędów w zaistniałych okolicznościach, tylko zabrakło może skutecznej komunikacji i zaufania pomiędzy decydentami a społeczeństwem.

Tak, tylko wszyscy myśleli, że skończy się pierwsza fala pandemii, w lecie trochę odetchniemy, a jesienią pojawi się kolejna, druga fala zachorowań. Mam wrażenie, że od niczego nie oddychamy – zakażonych nie ubywa!

To wynika także z tego, że robi się o wiele więcej testów niż jeszcze kilka miesięcy temu. Na ten stan rzeczy składa się zresztą kilka czynników. Na pewno pandemia nie wyhamowała. Mówiono, że czynnik pogodowy będzie miał wpływ na liczbę zachorowań – na pewno ma, jest ich mniej niż w okresie jesiennym, bo wtedy warunki pogodowe sprzyjają szerzeniu się zakażeń układu oddechowego drogą kropelkową, ale fakty są takie, że COVID-19, to nowy wirus i nie ma powodu, żeby się wycofywał. Jeśli ludzie będą się ze sobą kontaktowali, to będą się zakażali, a nie da się całkowicie zaprzestać kontaktów międzyludzkich.

Mnie osobiście przeraża skala zachorowań w Stanach Zjednoczonych, z czego ona wynika, pana zdaniem?

Nie studiowałem aż tak wnikliwe uwarunkowań, jakie panują w Stanach Zjednoczonych, ale wydaje mi się, że Amerykanie są mniej skłonni do słuchania i stosowania się do zaleceń, są bardziej indywidualistycznie nastawieni do życia, w przeciwieństwie na przykład do społeczeństw krajów południowo-wschodniej Azji. W Chinach, czy Wietnamie, jeśli władze coś zalecają, to ludzie się zasadniczo słuchają i stosują do wytycznych. Wykazują swego rodzaju karność, dyscyplinę. W Stanach Zjednoczonych, moim zdaniem, takiej dyscypliny brakuje. Z tego, co pamiętam w pierwszej fazie gwałtownej fali zachorowań odbyło się tam bardzo wiele demonstracji – ludzie buntowali się chociażby przeciwko lockdownowi. Trudno sobie wyobrazić taką sytuację w Azji. Poza tym, oprócz tego indywidualizmu Amerykanów, wielu z nich nie wierzy w wirusa, wierzy za to w teorie spiskowe.

Czytaj także

Władze nad sytuacją nie panują?
Wydaje mi się, że jest tam problem z przywództwem. Amerykanie mają bardzo dobry system zdrowia publicznego, mają najlepszych ekspertów na świecie, mają wiodące ośrodki, m.in. Centrum Kotroli Chorób (CDC) w Atlancie. Z drugiej strony, oprócz wiedzy technicznej, naukowej ważne jest przywództwo polityczne. Przecież to nie epidemiolodzy decydują o wprowadzanych w danym kraju obostrzeniach, decydują o tym politycy, którzy też przyjmują odpowiedzialność za ich koszty społeczne i ekonomiczne. I w Stanach Zjednoczonych zabrakło, moim zdaniem, takiego przywództwa politycznego, czyli zdecydowanej postawy lidera, dawania jasnych przekazów oraz osobistego przykładu społeczeństwu. Również gubernatorzy różnych stanów w różny sposób wdrażali te zalecenia.

Takie przywództwo polityczne jest pewne bardzo ważne w czasach pandemii?
Zdecydowanie tak. Kraje mające zdecydowanych liderów, którzy mają dobry kontakt ze społeczeństwem, mają w nim posłuch – lepiej sobie radzą w sytuacjach kryzysowych. Jest jeszcze jedna bardzo ważna rzecz, nie mająca nic wspólnego z epidemiologią, to zaufanie między społeczeństwem i władzą. Na przykład w Skandynawii, badania wskazują na wysoki poziom zaufania społecznego do instytucji, co ma związek z systemem edukacji, uwarunkowaniami kulturalnymi i historycznymi. Jeżeli w Norwegii, Szwecji, innych krajach skandynawskich władze przekazują jakieś zalecenia, to zdecydowana większość je stosuje. W Polsce, w Stanach Zjednoczonych, w krajach południowej Europy lub Ameryki Południowej – wiele osób nie ufa rządzącym i przeciwstawia się im na różne sposoby.

A jak sprawa wygląda w Szwecji? Tam władze przyjęły inny model walki z pandemią, nie zastosowały zdecydowanego lockdownu i niektórzy twierdzą, że ta metoda okazała się skuteczna.

Szwedzi starali się nie wywoływać paniki. W pewnym sensie wprowadzanie lockdownu wywołuje atmosferę lęku, niepokoju – oni tego nie zrobili. Podeszli do problemu w sposób racjonalny, powiedzieli sobie: mamy kolejną chorobę zakaźną, oprócz stu innych zakaźnych chorób, które krążą wśród nas od wieków, więc pewnie będzie dużo zachorowań, ale nie będziemy zakazywać, czy zmuszać społeczeństwa do pewnych zachowań, będziemy tłumaczyć i przekonywać ich do postaw obywatelskich. Tłumaczyli ludziom, żeby byli ostrożni, żeby chronili osoby starsze. Szwedzi zakładali, że jeżeli na początku pandemii zakazi się więcej osób, to choroba wolniej się będzie szerzyła w kolejnych miesiącach i latach. Być może mieli racje, na razie trudno to ocenić. Widać jednak, że w Szwecji zmniejsza się liczba zachorowań, chociaż wiele osób umarło tam w ośrodkach opieki społecznej, z tym sobie wadze nie poradziły.

O tym, co dzieje się w Afryce wiemy niewiele, o Amarylce Południowej mówi się jedynie w kontekście Brazylii, gdzie sytuacja jest zła.
W Ameryce Południowej, wspomniałem już o tym, sytuacja jest katastrofalna. Tam system opieki zdrowotnej właściwie się załamał, ale był słaby już wcześniej. Mam w Ameryce Południowej sporo przyjaciół, sam też podróżowałem w tamte rejony, tam służba zdrowia jest dostępna dla nielicznych, dla tych, którzy mają pieniądze i których stać na ubezpieczenie. Większość społeczeństwa nie może liczyć na opiekę lub musi czekać w długich kolejkach. Państwowa służba zdrowia jest niedofinansowana i wiele osób nie ma w ogóle do niej dostępu. Dlatego w wielu krajach Ameryki Południowej systemy zdrowia przestały obsługiwać potrzebujących – bardzo wielu ludzi umarło tam bez pomocy, czasami nawet nie z powodu pandemii – po prostu nie mogli się dostać do przepełnionych szpitali. Afryka ma także bardzo słaby system opieki zdrowotnej, słabą dostępność do służby zdrowia. Trudno powiedzieć tak naprawdę, co dzieje się w krajach Afryki subsaharyjskiej, bo tam wykonuje się bardzo mało testów. Z tego, co wiemy, może tam być mniej ciężkich zachorowań na COVID-19, bo mają bardzo młodą populację. Starsze osoby i tak tam umierają z powodu innych chorób: malarii, chorób układu krążenia. W Afryce średnia oczekiwana długość życia jest dużo niższa niż w Europie, czy Ameryce Północnej. A to wśród osób starszych choroba ma cięższy przebieg. Więc być może jest tam więcej lekkich zachorowań, które są rzadziej potwierdzane.

Zastanawiam się jak może wyglądać druga, jesienna fala pandemii, skoro teraz, latem, jest źle?
Będzie jeszcze więcej zachorowań. Pozytywnym aspektem jest fakt, że wiemy, iż takie ryzyko występuje, jest czas, żeby się do tej sytuacji przygotować. Przygotowanie się do nawrotu zachorowań polega głównie na przygotowaniu do niej i odpowiednim zaopatrzeniu służby zdrowia. To ona jest głównym frontem walki z epidemią, a jej nadmierne obciążenie stanowi sedno kryzysu, ponieważ wiele osób może umrzeć z powodu innych chorób: udarów, zawałów, wypadków, nowotworów. Tych chorób nie będzie się leczyć, bo szpitale będą przepełnione. Poza tym, COVID-19, to choroba zakaźna – jeśli szpitale przepełnione są chorymi zakaźnie, to zakażenie szerzy się także wśród personelu i pomiędzy hospitalizowanymi pacjentami. Teraz jest czas, aby zaopatrzyć szpitale w sprzęt, przeszkolić personel, zapewnić obsługę chorych, którzy trafią do szpitala z COVID-19, bo wcale nie ma ich aż tak wielu.

Lewandowski, Messi, Ronaldo i inne gwiazdy sportu, które prz...

Dlaczego właśnie jesienią eksperci spodziewają się drugiej fali zakażeń, dlatego, że to czas sprzyjający chorobom dróg oddechowych?
COVID-19 możemy porównać do grypy. Sezon grypowy, to jesień, zima – szczyt przypada w styczniu, lutym, ale już w październiku i listopadzie rośnie liczba zachorowań na grypę. Przy przeziębieniach, grypie, zakażenie przenosi się drogą kropelkową. W naszych warunkach atmosferycznych jesienią i zimą ludzie ciepło się ubierają, częściej przebywają w zamkniętych, słabo wietrzonych pomieszczeniach, częściej korzystają z komunikacji miejskiej. Wiele innych czynników w tych warunkach pogodowych również sprzyja zakażeniom drogą kropelkową.

Jesienią uderzy COVI-19, uderzy grypa – sytuacja może być niewesoła, prawda?

To prawda, może być niewesoło.

Boris Johnson, premier Wielkiej Brytanii, zachęca Brytyjczyków, żeby masowo szczepili się przeciw grypie. To może pomóc w tej sytuacji?
Wszyscy eksperci zalecają szczepienia przeciwko grypie. Szczepionka przeciwko grypie nie uchroni przed koronawirusem, ale jeśli ktoś zarazi się jednym i drugim wirusem na raz, będzie w dużo gorszej sytuacji.

Bo oczywiście można jednocześnie chorować na grypę i koronawirusa?
Można chorować na COVID-19, na grypę i kolejną chorobę. Osoby chore na grypę na przykład często chorują także z powodu zakażenia pneumokokowego – to choroba bakteryjna, która najczęściej występuje u dzieci. Osoby, które mają takie podwójne zakażenie układu oddechowego, mają znacznie mniejszą szansę na przeżycie. A bakterie-pneumokoki są często przenoszone przez dzieci w wieku przedszkolnym.

Wyobraża sobie pan jesienny tak głęboki lockdown, jak ten, który mieliśmy wiosną? Bo ja, mówiąc szczerze, nie.

Decyzja o lockdownie, jak już mówiłem, nie wynika tyle z powodów epidemiologicznych, co z troski o kondycję służby zdrowia. Wydaje mi się jednak, że jesienny lockdown, byłby trudny z powodów ekonomicznych. Tym bardziej, że brakuje naukowych dowodów na skuteczność poszczególnych zaleceń (np. zamykania szkół). Wiemy, że całościowo były skuteczne – w wielu krajach, w których wprowadzono lockdown liczba zachorowań się zmniejszyła, ale które konkretnie zalecenia miały na to największy wpływ – tego dokładnie nie wiemy. Poza tym, głęboki lockdown skutecznie niszczy gospodarkę poszczególnych krajów. Nie wyobrażam sobie, mówiąc szczerze, zamknięcia granic, zamknięcia zakładów usługowych. Ludzie by się temu sprzeciwili.

Właśnie zastanawiam się, czy ludzie daliby się po raz drugi zamknąć w domach?

Też mam co do tego wątpliwości. Dlatego w pewnym sensie podziwiam szwedzkich decydentów, bo nie poddali się ogólnoświatowemu trendowi. Uznali, że ludzie przez tak długi czas nie będą w stanie poddać się tym wszystkim restrykcjom. Z jednej strony - ludzie boją się choroby, z drugiej – nie są w stanie przebywać w zamknięciu przez rok, do czasu pojawienia się szczepionki. A przecież, kiedy już pojawi się szczepionka, też będzie wdrażana stopniowo – wpierw dostanie ją służba zdrowia i najbardziej potrzebujący, a dopiero potem, po wielu miesiącach lub nawet latach, uda się ją udostępnić wszystkim chętnych. Tak na marginesie, badania opinii społecznej wskazują, że Polacy są nieufni wobec szczepionki przygotowywanej w tak szybkim tempie.

Mnie osobiście zaniepokoiła relacja pewnego włoskiego lekarza, który mówił, że wrócili do niego ludzie, którzy przeszli COVID-19 i okazało się, że mają poniszczone organy wewnętrzne. Myśli pan, że koronawirus sieje większe spustoszenie w naszych organizmach, niż nam się wydaje?
Mimo tych wszystkich doniesień, wydaje mi się, że ta choroba nie różni się tak bardzo od innych chorób zakaźnych. Różnica jest taka, że mamy efekt skali, ogromną liczbę zachorowań i masową diagnostykę. W przypadku np. grypy nie robi się badań diagnostycznych dla każdego podejrzenia grypy. Większość zachorowań przebiegających z objawami grypy rejestruje się jako tak zwane zachorowania grypopodobne. W Polsce choruje rocznie na grypę kilka milionów ludzi, a bada się w kierunku grypy może kilka-kilkanaście tysięcy osób. Z COVID-19 sytuacja jest wyjątkowa, robi się miliony testów i większość zachorowań jest wykrywana. Więc, po pierwsze, wiemy o wiele więcej o tej chorobie. Po drugie, jeśli w takiej Europie chorują dziennie setki tysięcy osób, to siłą rzeczy może dojść do nietypowego przebiegu zachorowań z powodu indywidualnych predyspozycji. I pewnie będą do nas ciągle docierały relacje równych lekarzy o nietypowym przebiegu choroby. Takie przypadki mogą być omawiane w mediach, na przykład ciężkie zachorowania u młodych osób, które wcześniej nie chorowały. To nic dziwnego, że każda osoba reaguje trochę inaczej na wirusa, ale mimo wszystko większość zachorowań przebiega według określonego schematu. Młode osoby najczęściej mają łagodne objawy, a część starszych osób, powyżej 60 roku życia, przechodzi to zakażenie ciężej. Układ immunologiczny u starszych osób jest słabszy i słabiej broni się przed tym wirusem. To pokazują statystyki we wszystkich krajach świata. Im starsza osoba – tym większa śmiertelność i cięższe zachorowania.

Z tego, co pan powiedział już na początku wywiadu wynika, że my tę walkę z pandemią właściwie przegrywamy. Drugiego lockdownu nie będzie, musi się zarazić przynajmniej 50 procent populacji, żeby COVID-19 trochę nam odpuścił, a póki co szczepionki na niego nie ma.
Z COVID-19 musimy nauczyć się żyć. Każda z chorób zakaźnych, które znamy, kiedyś przeniosła się na ludzi ze zwierząt. Odra przeniosła się na człowieka z krowy ponad 1000 lat temu – wtedy też dochodziło do masowych zgonów. Tyle tylko, że zagęszczenie było mniejsze, ludzie nie mieszkali obok siebie. Wiemy jednak, że kiedy odra dotarła do Ameryki Południowej, spowodowała spustoszenie w tamtejszych społeczeństwach. Na szczęście nowy wirus SARS-2 nie jest tak groźny jak odra. Musimy pogodzić się z faktem, że jest to siła natury, katastrofa naturalna, która wymaga od nas odpowiedzialnej postawy, wymusi zmianę nawyków i na pewno wpłynie na wiele sfer naszego życia. Po kilku latach ten wirus stanie się po prostu jedną z licznych chorób wywołujących wzrost zachorowań w sezonie grypowym. Jedni będą zachorowania przechodzili łagodniej, inni ciężej, jak grypę. Pandemię grypy mamy przecież niemal co roku.

Czytaj także

To może za bardzo histeryzujemy? Może, jak pan mówi, trzeba nauczyć się żyć z COVID-19, przechorować swoje i tyle!
Może zalecenie przechorowania nie jest najtrafniejsze w obecnej sytuacji z powodu możliwości przyczynienia się do sytuacji kryzysowej oraz ułatwienia dotarcia zakażenia do osób najsłabszych. Powinniśmy zachowywać się w sposób odpowiedzialny, ale też nie demonizować tej choroby. Jak zachorujemy lub będziemy w kontakcie z osobą chorą, stosujmy się do zaleceń służb sanitarnych i pomóżmy społeczeństwu przejść tę ciężką próbę.

Starsze osoby muszą uważać, to jest chyba najważniejsze.
Starsi muszą uważać i to jest największy problem, bo tak naprawdę, trudno starszym osobom zamknąć się na rok w domu. A dzisiaj nie ma dla nich innego wyjścia – muszą zachować ostrożność i liczyć na odpowiedzialne zachowania swoich bliskich.

Tak realnie, kiedy możemy liczyć na szczepionkę?

Kilka szczepionek, które działają mniej lub bardziej skutecznie, będzie być może dostępnych do końca roku, ale to nie znaczy, że będziemy mogli wszyscy się zaszczepić. Myślę, że druga połowa 2021 roku, to czas, kiedy pierwsze szczepionki zostaną zatwierdzone przez odpowiednie urzędy i dostępne w krajach, które je wcześniej zamówiły. Te szczepionki trzeba będzie po prostu sprawdzić w wielomiesięcznych badaniach obejmujących duże grupy ochotników, sprawdzić, czy wywołują długotrwałą odporność i nie wywołują działań ubocznych. Odpowiedzialne instytucje będą starały się oprzeć presji i utrzymać wysoki standard procedur dopuszczania produktów do masowego użycia. Pamiętajmy, że przeciętnie procedury te trwają około 10 lat!

Szczepionka na COVID-19 odkryta przez Rosjan?

Wideo

Materiał oryginalny: Dr Paweł Stefanoff: Z COVID-19 musimy nauczyć się żyć - Polska Times

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

I to jest właśnie sedno kapitalizmu. MUSIMY żyć z pandemią . A musimy bo biznes jest najważniejszy. Właściwie narody zostały pozostawione same sobie. Epidemii się nie leczy, nie próbuje się jej przerwać. Obywatel ma sam jej zapobiegać przy pomocy "maseczek"

oraz dobrowolnej kwarantanny jeśli już odpracują kasę na fortuny bandziorów. Wydaje się biliony na testy i inne ( biznesmeni je produkujący dostają szału ze szczęścia bo tyle koszą kasy) ale nie stać na całkowite zatrzymanie krajów do miesiąca w miejscach gdzie są ogniska zachorowań. Obywatel pracuje haruje, zaraża się umiera , płaci ogromne pieniądze za zakup środków ochrony, zużycia wody, w związku zee spekulacyjnymi podwyżkami cen itp. Ale on nie dostanie dofinansowania . Miliardy jakie wypracowal idą na "tarcze" czyli ośmiorniczki dla biznesmenów by nie zbiednieli. Kapitalizm, demokracja to zbrodnia na ludzkości, to sam bandytyzm i czysta patologia. Polski suweren na własne życzenie ma teoretyczne państwo, bandycką melinę bo pozwolił garstce bandziorów, zdrajców, zachodnich najemników imperialistów sprzedać kolejny raz swój kraj na biznes, grabież, zniszczenie, śmietnisko. Prawdziwie wolna Polska.

Dodaj ogłoszenie