Dr Joanna Heidtman: Wykorzenienie to dziś największy problem młodych ludzi

Agaton KozińskiZaktualizowano 
Agata Mazur
Papież mówił o „młodych emerytach”, ale on nie będzie tym, który ich poderwie z kanapy czy sprzed komputera. Muszą to zrobić rodzice i dziadkowie. Uda im się, jeśli będą mieli kontakt z dziećmi - mówi dr Joanna Heidtman, psycholog.

„Jeżeli chcesz być nadzieją przyszłości, to musisz dostać tę pochodnię, którą przekażą ci dziadek i babcia” - powiedział w Krakowie do młodzieży papież Franciszek. Co jest tą pochodnią?
To samo, co zawsze dostajemy od rodziców i dziadków. Świat zmienia się i pędzi do przodu, zawsze potrzebujemy bezwarunkowej miłości, a tę dostać możemy tylko od nich. Od nich też musimy się nauczyć, jak budować więzi. Tego nie nauczą nas ani w szkole, ani w internecie. Ta pochodnia się nie zmienia na przestrzeni lat.

Tyle że dziś starsze pokolenia nie są w stanie nadążyć za młodszymi.
Nie muszą, a właściwie nie są w stanie. Świat, w którym żyje młode pokolenie, jest inny niż ten, w którym wyrastało poprzednie. Żyjemy w czasach, które amerykańska antropolog kultury Margaret Mead określiła kulturą prefiguratywną, czyli taką, w której to nie dzieci uczą się wszystkiego od rodziców, ale w której to często rodzice i dziadkowie uczą się od swoich dzieci. Młode generacje żyją już w innym świecie niż oni.

Wręcz radykalnie innym.
Jeszcze moje roczniki, czasem nazywane pokoleniem X, żyły jako dzieci w latach komunistycznego niedostatku, zamkniętych granic i licznych ograniczeń. Żyło się i pracowało całe życie w tym samym miejscu. Dziś młodzież żyje w świecie otwartych granic, mieszających się ze sobą kultur, komunikacji globalnej i natychmiastowej, czyli w innych realiach, niż żyliśmy my. Często łapię się na tym, że moje porady, jeśli dotyczą sposobu życia, uczenia się, tworzenia zawodowej ścieżki, dla nich mogą być już całkowicie nieadekwatne. Za to ja mogę się uczyć i dowiadywać nowych rzeczy od nich. O ile pozostanę na to otwarta.

Millenialsów - tak się określa współczesną młodzież - cechuje zajawkowość. Dziś nakręcają ich Pokemony, ale jutro nie będą o nich pamiętać, zajmą się czymś kompletnie innym. Papież zwrócił im uwagę, że nie należy żyć tylko chwilą, trzeba patrzeć szerzej. Posłuchają?
Zobaczymy. Cechą charakterystyczną młodzieży każdych czasów jest mniejsze przywiązanie do planowania, stabilności. Eksperymentują, próbują, czasem się gubią. Ale to nieprawda, że nie szukają czegoś, co nada ich życiu sens. Niestety w świecie, ja pan to powiedział „zajawkowym”, nikt nikomu nie chce lub nie potrafi poświęcić zbyt dużo uwagi. Prawdziwa uwaga i zainteresowanie poświęcone drugiej osobie są towarem deficytowem. Oni to czują. Antropolog Anna Maria Szutowicz przeprowadziła mnóstwo rozmów z młodymi Polakami. Wydaje nam się, że młodzi są przebodźcowani, robią tysiąc rzeczy naraz, a z badań i rozmów wynika, że często się nudzą i odczuwają trudny do zidentyfikowania brak. Świadomie lub nie czują, że nic ważnego nie robią. Zapewne nie wszyscy, ale mówię o świecie, w którym żyje młodzież. We współczesnym świecie indywidualizmu, nadmiaru, nieustającego porównywania się z innymi trudno o poczucie sensu. W tradycyjnym świecie (Margaret Mead nazywa go postfiguratywnym) nie trzeba było wymyślać sobie życia na nowo - świat niemal stał w miejscu, syn kowala zostawał kowalem i kopiował z powodzeniem gotowy model życia od rodziców i dziadków. Teraz to niemożliwe. Oczywiście, że możemy i chcemy zachować przekazane nam wartości, ale dylematy, z którymi się zetkniemy, próbując je realizować, są już inne.

Dziś jest pewne, że syn kowala kowalem nie zostanie - bo się rynek pracy zmienił. Zmienił się też sposób spędzania wolnego czasu. Ale czy należy to uznać za zmiany zasadnicze? Pracować dalej trzeba, czasu wolnego też mamy mniej więcej tyle samo co dawniej.
Trudno powiedzieć, czy tyle samo. Pamięta pan, że za czasów naszych rodziców nie było wolnych sobót, ale z kolei praca nie absorbowała tak bardzo - więcej czasu było dla dzieci, na życie towarzyskie. Dziś niektórzy z nas pracują po 12 godzin dziennie, a odpowiedzialność, którą jesteśmy obarczeni, nie pozwala nam spokojnie wypoczywać podczas urlopu, że nie wspomnę o komórkach, laptopach i tabletach, które często powodują, że nasza praca ciągle jest z nami, nawet w tzw. czasie wolnym. I z tym trzeba sobie poradzić. Nasi rodzice tego nie znali. Dziś stajemy przed innego rodzaju wyborami, przed innymi dylematami niż dawniej. Przede wszystkim tracimy zakorzenienie, które było czymś oczywistym dla pokoleń naszych przodków. Pędzimy do przodu i tracimy z nimi ciągłość - w tym sensie, że nie mamy tego samego poczucia jedności miejsca i czasu, które było oczywiste kiedyś. Jest trudniej, trzeba wykonać wysiłek, by nie stracić korzeni, by być wdzięcznym za to, co zrobili dla nas i co przekazali nam nasi rodzice i dziadkowie.

Akurat Polacy zwykle mieszkają stosunkowo blisko rodziców, jeśli jest tam praca.
To prawda. I nadal jest to dla nas ważne, by nie tracić tego kontaktu, i to, że jest to wzajemna relacja brania i dawania. Rodzice pomagają dość długo już nawet dorosłym dzieciom, współuczestniczą w wychowaniu wnuków. I mimo wszystko, mimo tej mobilności, trudności, wydaje mi się, że dbamy o naszych starszych tak, jak potrafimy. Ale nie mamy komfortu życia w stałej i znanej społeczności. Podróżujemy, przeprowadzamy się, wyjeżdżamy. Inni ludzie, nowe relacje, nowe twarze. To nie jest sytuacja komfortowa, ale wyobrażam sobie, że są też tego plusy - młodzi mają swobodę w poruszaniu się w tej globalnej wiosce i pokazują, że można tworzyć relacje, przyjaźnie i znajomości także tam, gdzie nie ma wieloletnich sąsiedzkich więzi i wieloletniej historii. Są otwarci. I tego my możemy się uczyć od nich.

Jak dziś rodzice, dziadkowie mogą pomóc złagodzić ten brak poczucia zakorzenienia?
Relacje z nimi są naszym życiowym fundamentem, z nimi tworzymy podstawowe więzi. Najważniejsze potrzeby ludzkie nie uległy zmianie. Wszyscy potrzebujemy miłości, przyjaźni, chcemy być szczęśliwi i mieć poczucie spełnienia. Życie ludzkie to ciągłe dążenie do zrealizowania tych potrzeb, to się nie zmieniło. Jeśli wokół nas znajdują się starsi ludzie, którzy przeszli już tę drogę i mogą nam to pokazać, to jest to najlepsza lekcja, jaką młody człowiek może od nich otrzymać. Nikt nie nauczy nas budowania więzi jak właśnie rodzice i dziadkowie. Tylko oni są w stanie pokazać, czym jest miłość bezwarunkowa - i pomóc ją kultywować we współczesnych, mocno zmienionych realiach.

Cechą XXI w. jest brak poczucia stabilności. Wzrosła liczba bodźców, które do nas docierają, poluzowały się normy życia społecznego. Jak się w tym odnaleźć?
Tego rodzice i dziadkowie nas nie nauczą. W ich świecie tego poczucia nadmiaru wszystkiego nie było - siłą rzeczy więc oni sami nie wiedzą, jak sobie z tym radzić. Ale mogą uczyć nas dokonywania mądrych wyborów, które nie uczynią nas albo innych nieszczęśliwymi.
To co z tą pochodnią, o której mówił papież? Zaczyna wędrować w drugą stronę?
Nie. Przed chwilą mówiliśmy o zmianach we współczesności - ale w narzędziach, którymi tę współczesność obsługujemy. Podstawą są uniwersalne wartości, a te są niezmienne. Miłość, przyjaźń, wymieniałam je przed chwilą. To starsze pokolenia mogą zaszczepić w młodszych i uzbroić je w ten sposób w kompas, którego oni później będą używać przez całe życie, będzie im ciągle wskazywał kierunek, przypominał, co naprawdę ważne.

Podkreślał to papież, mówiąc, że młodzi powinni „zadawać sobie pytanie, skąd przychodzą, pamiętać o miejscu, z którego pochodzą, o rodzinie”. Ich to interesuje?
Na tym polega obowiązek starszych, żeby dopilnować, by młodsi o tym pamiętali. Oni mają zaszczepić w nich potrzebę zadawania sobie tych pytań. Ale nie da się tego zrobić bez zaszczepienia innych wartości, a więc bezwarunkowej miłości, poczucia silnego wsparcia. Jeśli młody człowiek od starszych pokoleń otrzymuje cały pakiet, to będzie o tym pamiętał.

Franciszek wprost określił współczesną młodzież jako „młodych emerytów”. Co to właściwie oznacza?
Tak samo jak wiele osób starszych jest młodych duchem, tak wielu młodych wpada w stan rezygnacji, braku zainteresowania czymkolwiek albo przedwczesnej stabilizacji. Młodzi wchodzą w kołowrotek zajmowania się bieżącymi sprawami, podatni na mody, reklamy, trendy, stają się konformistyczni i w ten sposób kontrolowani.

I w czasach nadmiaru bodźców brakuje im bodźca, który by ich z tej stagnacji, małej stabilizacji wyrwał?
Tu nie trzeba jakiegoś dodatkowego bodźca. Bardziej potrzebna jest wewnętrzna dyscyplina, która pozwoli młodej osobie nie poddać się terrorowi tej małej stabilizacji - bo ona może być walcem, który zgniata wszystko na swojej drodze, przestajemy się zastanawiać nad tym, jaka jest wartość naszego życia poza wygodą. Kluczowe jest tutaj zaszczepienie młodym ludziom przez starszych ducha antykonformizmu, tego, że warto coś robić, nie tylko dla siebie, ale dla innych, że warto się czymś interesować, nawet jeśli od razu nie przynosi to korzyści materialnych.

Rozumiem, że opisuje Pani sytuację na Zachodzie, gdzie dzieci mają właściwie wszystko i nie mają się o co bić. Ale w Polsce? Tu ciągle można dużo osiągnąć - tylko trzeba o to walczyć.
Niestety, w Polsce sytuacja wygląda bardzo podobnie. Współczesna młodzież dorasta w sytuacji względnego dostatku. Nie takiego jak na Zachodzie, ale wyraźnie lepszego niż pokolenie ich rodziców, porównanie z dziadkami to już przepaść. Co więcej, to jednak kultura konsumpcyjna, a pomimo że zrealizowane potrzeby materialne też są ważne, by mieć poczucie bezpieczeństwa, same w sobie nie dadzą poczucia satysfakcji i sensu. A bywa, że współczesnej polskiej młodzieży - tak samo jak tej zachodniej - nie chce się angażować w nic więcej. Mówi pan „bić się”, ale o co? O lepszy samochód?

Na przykład. W Polsce przeciętne auto ma 14 lat - choćby to wyraźnie odróżnia nas od Zachodu. Jest o co się starać.
I starają się, to nie jest dziwne. To też charakterystyka wieku - stworzenie sobie, a potem rodzinie podstaw materialnych. Ale dobra materialne nie są motorem, który będzie nakręcał wszystkich przez całe życie.

To co może nakręcać?
Ważne są motywacje z innych sfer życia, dla niektórych poznawanie świata, podróże, pomoc innym, pasje sportowe, twórcze. To także bardzo istotna rola starszych pokoleń - to one powinny zaszczepić w młodych bakcyla angażowania się w coś, ciekawości, pogłębiania zainteresowań. Rodzice i dziadkowie są i powinni być pierwszymi, którzy zachęcają nas do tego, żeby wyjść ze strefy komfortu, ciekawić się czymś więcej niż własne podwórko, a czasem też umieć pójść pod prąd trendom i modom.

Sławomir Mrożek, kreśląc sylwetkę Artura w „Tangu”, który nie chciał się buntować - mimo gorących zachęt rodziców - świetnie przewidział dzisiejsze czasy.
Na to wychodzi. Dlatego tak ważne mają zadanie rodzice w okresie, gdy ich dzieci są małe. Już wtedy muszą je tak stymulować, żeby od najmłodszych lat nie chciały tylko siedzieć przed telewizorem i komputerem. Może i trudniej buntować się w świecie, który co prawda według mnie pozornie, ale nie ogranicza. A bunt jest koniecznym etapem dorastania.

To pomówmy chwilę o starszych pokoleniach. Kiedyś było im łatwiej - skoro syn kowala zostawał kowalem, to ojciec do końca życia był dla niego naturalnym autorytetem. Teraz te role się mieszają. Jak je uporządkować?
Znów wracamy do relacji rodzice - dzieci i miłości bezwarunkowej. To dzięki niej rodzice i dziadkowie są w stanie stworzyć z dziećmi i wnukami tak silną więź, jakiej nikt inny zbudować nie jest w stanie. Ona jest podstawą. Te wczesne więzi potem zamieniają się w przyjaźnie między dorosłymi dziećmi i rodzicami.
To wystarczy?
Na początku tak - ale gdy dziecko starsze, robi się trudniej. Ma swoje, często inne zdanie, interesuje się czymś, co jest niezrozumiałe dla jego rodziców. Trzeba umieć utrzymywać z nim kontakt. Jeśli bowiem dziecko stworzy sobie własny świat i się w nim zamknie, to szybko ono nam ucieknie, odpłynie. Nastolatek na początku przyjdzie powiedzieć o czymś, co jest dla niego ważne, mamie lub tacie, ale jeśli zostanie zignorowany lub zlekceważony, „bo to głupoty”, drugi raz może nie przyjść. Rodzic, który choć raz na czas nie obejrzy z dzieckiem „jego” filmów, nie zainteresuje się tym, co ono czyta, nie porozmawia z nim o jego pomysłach, które go w danym momencie nakręcają, traci z nim kontakt.

Z drugiej strony, starsze pokolenia są dziś często jak dzieci we mgle. Najlepiej dowiodła tego sprawa Amber Gold - większość osób, które straciły w tej aferze pieniądze, to są emeryci, którzy dali się nabrać na szyty grubymi nićmi przekręt.
Specyficzny przykład, bo jednak dotyczący oszustwa. Starsze pokolenia nie są i nie muszą być dla młodszych autorytetami we wszystkim, nie muszą wykazywać się wysoką umiejętnością poruszania się w internecie czy w świecie finansów. W wielu sprawach młodsi radzą sobie lepiej, w takich dziedzinach jak posługiwanie się smartfonami, komunikatorami, a nawet mediami społecznościowymi mają naturalną przewagę nad rodzicami. Moim zdaniem starsi powinni umieć zapytać o to dziecko, porozmawiać z nim. To wymaga przełamania własnej bariery, uświadomienia sobie, że własne dziecko też mnie może czegoś nauczyć. Wtedy ta szczególna dla naszych czasów wzajemność relacji działa.

Jak Pani ocenia zdolność starszych pokoleń do uczenia się od młodszych?
Różnie z tym bywa. Z wiekiem stajemy się coraz bardziej konserwatywni życiowo, chcemy zachowywać status quo, mniej mamy ochotę uczyć się nowych rzeczy, zaczynamy unikać zmian. Ale jeśli chcemy być dobrymi rodzicami i dziadkami, to nie mamy wyboru - nie możemy sobie na taką zachowawczość pozwolić, musimy choć próbować nadążać za zmianami, a przede wszystkim zachować otwartość. Papież w Krakowie prosił w tej sprawie o pomoc młodych, gdy apelował do nich, by nauczyli starszych życia w różnorodności. To wspaniałe i łączące pokolenia.

Pokolenie współczesnych dziadków ma inny problem. Oni żyją dłużej niż wcześniejsze pokolenia - nie mają więc żadnych wzorców, co na tej emeryturze robić. Jak sobie radzą z rzeczywistością w XXI w.?
Kluczem jest to, czy udało się tym osobom w starszym wieku zachować pogodę ducha, ciekawość świata, czy też odcięły się, a może zgorzkniały. Starość nie jest łatwa, ale gdy zdrowie na to pozwala, może być bardzo dobrym okresem naszego życia. Ostatnio rozmawiałam z 85-letnim panem, byłym profesorem fizyki, bardzo długo aktywnym zawodowo. Całe życie był niezwykle obowiązkowy, zapracowany. Dziś mówi: „Moja droga, jestem tak stary, że teraz robię tylko to, co lubię”. W tym sensie ceni sobie ten okres swojego życia i czerpie z niego satysfakcję. Dziadkowie pokazują wnukom, w jaki sposób się starzeć, jak sobie z tym radzić - tego też nikt inny nam nie pokaże, a wszyscy kiedyś się zestarzejemy.

Co tym wnukom powinno się pokazać?
Pogodę ducha, akceptację bez zgorzknienia, mądrość. Ale też wytrwałość, rozsądek. Patrzę na starszych ludzi, którzy robią coś dla innych, są wdzięczni swoim dzieciom za pomoc, dumni ze swoich wnuków - nie zamknęli się w narzekaniu na świat, który nie jest już taki, jak zapamiętali go z lat młodości. Jeśli to tylko możliwe, utrzymują aktywność - zawodową, towarzyską, rekreacyjną. To nie nowość, ale badania psychologów to potwierdzają - relacje i więzi z innymi pozwalają nam także w późnym wieku czuć się i funkcjonować lepiej.

Emerytom dużo trudniej niż młodym znaleźć cel, który będzie pobudzał do działania. Co nim może być?
Najczęściej jest nim rodzina, przede wszystkim wnuki, które wręcz odmładzają dziadków, są źródłem dodatkowej energii. Ale wszystko zależy od tego, czy chcemy się w coś nadal angażować - czy to własne zainteresowania, czy dalsze uczenie się. Mam między innymi na myśli uniwersytet trzeciego wieku, w którym zdarza mi się także wykładać i jestem pełna podziwu dla starszych ludzi pełnych energii i chęci do rozmowy, dyskusji, poznawania nowych rzeczy i dzielenia się swoim doświadczeniem. Hobby, pasje, zainteresowania - nie gubimy ich wraz z wiekiem, a czasem odkrywamy nowe. One mogą być motorem do działania. Ale, uwaga, trudno oczekiwać, byśmy na starość angażowali się w coś bardziej niż w młodym wieku. Bycie aktywnym, angażowanie się w coś, interesowanie się czymś jest nawykiem, który wyrabiamy w sobie wcześniej. A emerytura to okres, kiedy można temu poświęcić więcej czasu, nawet jeśli sama aktywność się zmienia i ze wspinaczki wysokogórskiej pozostają spacery dolinami w Tatrach albo hodowanie róż.

A może praca? To jednak coś więcej niż aktywność - konieczność chodzenia do pracy to obowiązek.
Oczywiście. Mówiąc o aktywności, miałam na myśli również pracę zawodową. Niektórzy pracują „byle do emerytury”, inni nawet na emeryturze kontynuują pracę, mimo że już nie muszą, ale chcą.

Bo niezwykle inspirujący jest przykład księdza Jacques’a Hamela zamordowanego w kościele w Normandii przez dżihadystów. Wcześniej nikt go nie znał - aż nagle w wieku 84 lat stał się symbolem, punktem odniesienia, a pewnie niedługo będzie świętym. Wszystko dlatego, że dalej wykonywał swoje obowiązki w Kościele, mimo że był sporo po osiemdziesiątce.
Właśnie w taki sposób osoby starsze mogą stać się mentorami dla młodszych, pokazując swoje zaangażowanie. To osoby czymś zaabsorbowane, aktywne, nie rezygnujące tylko z powodu wieku. Liczy się zaangażowanie. Podejmowanie się absorbujących zajęć to najlepszy sposób na zachowanie młodości. To jest zagrożenie współczesnego młodego pokolenia, zalegającego, mówiąc metaforycznie, na kanapach. Kiedy w nic się nie angażują i niewiele prócz usypiającej wygody ich interesuje. To nie dotyczy wszystkich, absolutnie, mówię tylko o „usypiającym” efekcie konsumpcyjnego, bezproblemowego świata, bez celu, bez pasji, który może dotknąć młode pokolenie.

Myśli Pani, że papież, który wprost ich nazwał „młodymi emerytami”, może się okazać iskrą, która ich pobudzi do działania?
Ci, którzy bezpośrednio go słuchali, raczej nie należą do tej grupy - wnioskuję to po tym, że zadali sobie trud podróży, zgodzili się na niewygody, nawiązywali znajomości i przyjaźnie, angażowali się w przeróżne aktywności związane ze świętem. Trudno mi powiedzieć jak szeroko, gdzie i do kogo dotrze ta przestroga. Uważam, że tę iskrę, o której pan mówi, powinni dawać rodzice i dziadkowie. W zmieniającym się świecie nie są w stanie przekazać młodszym pokoleniom gotowego modelu życia i schematów postępowania. Ale mogą - i powinni to robić - przekazać im wartości, pokazać, że warto przeżyć życie, angażując się w coś, a nie tylko wygodnie, że czasem warto dokonać trudnych wyborów, że zrobienie czasami czegoś dla innych przynosi radość i satysfakcję, że wysiłek nie jest passé.

polecane: Wyniki wyborów parlamentarnych 2019

Wideo

Materiał oryginalny: Dr Joanna Heidtman: Wykorzenienie to dziś największy problem młodych ludzi - Polska Times

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 3

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

M
Małgorzata

Mądre słowa to nie tylko wskazówki jak żyć i warto się zastanowić zanim nazwie się to jak to uczynił/a MC dowodem skretynienia społeczeństwa.

M
MC

Hmm, ciekawe ze ludzie potrzebuja papieza zeby udzielil im wskazowek jak zyc. Czyz to nie dowod na skretynienie spoleczenstwa? Zwlaszcza ze niektore z tych wskazowek i zalecen jesli wejda w zycie zaczna ich zyciu zagrazac...

p
pa pa

mam tego dość

Dodaj ogłoszenie