Dobry Łotr bierze mopa i pomaga w hospicjum

Redakcja
Pan Antek, skazany za jazdę rowerem pod wpływem alkoholu, pomaga w hospicjum od dziesięciu miesięcy Karolina Misztal
Czasem golą, czasem myją, czasem grają Misia. O wolontariuszach, którzy nie są aniołami, a z hospicjum do zakładu karnego wracają tramwajem, pisze Irena Łaszyn

Najpierw pracowali przy rozbudowie, brukowali parking, sadzili żonkile w ogródku. Trzymali się z dala od chorych. Nawet jak przelecieli z mopem przez korytarze i sale, to się tam nie zatrzymywali. Ale któregoś dnia na łóżko w Hospicjum im. ks. Eugeniusza Dutkiewicza w Gdańsku trafił skazany.

Miał nowotwór mózgu. Inni więźniowie zaczęli do niego zaglądać, pomagać w codziennych czynnościach. Widać było, że się przejmują. Początkowo tylko tym kumplem, potem także tymi, którzy leżą obok.
- Od ośmiu lat skazani są także w wolontariacie medycznym - mówi Maria Mularczyk, pielęgniarka oddziałowa. - Pomagają przy kąpieli i przy posiłkach. Wiadomo, że pacjenta trzeba podnieść, umyć, nakarmić. Tu przeważnie pracują kobiety, więc silny mężczyzna zawsze się przyda.

Przeczytaj także: Pomóżmy dzieciom w pomorskim hospicjum

Niektórzy mają doświadczenie: Pracowali w domach pomocy społecznej, w szpitalach albo opiekowali się chorym w rodzinie. Był nawet lekarz, który spowodował po pijanemu wypadek, dostał trzy lata i pracował w hospicjum jako salowy. Kąpał, golił, ganiał z mopem.
Różnie się ludziom losy plotą. Jeden siedzi za nieumyślne spowodowanie śmierci, inny za pobicie, alimenty albo za kradzież prądu.
- My nie wypytujemy o paragrafy, to nie nasza sprawa - zastrzega pani Maria. - Ważne, żeby się sprawdzali i byli pomocni.

* * *

Pan Antek się sprawdza. Ma 53 lata, słuszną posturę i żółtą koszulkę wolontariusza. W hospicjum od dziesięciu miesięcy, w Zakładzie Karnym na gdańskiej Przeróbce - od maja 2010 roku. Zaczął od terapii, bo wyrok dostał za jazdę po pijanemu.
- Samochodem?
- A gdzie tam, rowerem! Najpierw miałem trzy razy w zawiasach, ale za czwartym razem się nie upiekło, wszystko mi odwiesili. Za nieposłuszeństwo, bo poprzednie wyroki niczego mnie nie nauczyły. Dostałem cztery lata.

- Za tę jazdę rowerem?
- Przecież mówię! W dodatku miałem tych promili tyle co nic. I nie jechałem po żadnej ruchliwej drodze, tylko po takiej piaskowej, wiejskiej. Pić się chciało, kumple kazali więc skoczyć po flaszkę do sklepu. Przejechałem 300 metrów i wpadłem na niebieskich. Też uważam, że dużo. Niektórzy dwoje ludzi zabiją i dostają mniej. Dlatego pisałem o ułaskawienie do Kancelarii Prezydenta, ale mi odmówili. Teraz się staram o warunek.
- Opowiada pan o tym ostatnim razie?
- Nie, to było w środku. Wtedy, jak strop zalewaliśmy i obaliliśmy skrzynkę piwa. Ostatnim razem to miałem chyba 0,47 albo 0,70.

Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

Twierdzi, że do picia nie wróci. Tyle czasu wytrzymał, to i dalej da radę.
- Gdy wyjechałem na przepustkę, na święta, to tylko dwie lampki wina wypiłem. Warto się starać, mam rodzinę. W domu czekają żona, trzy córki i 11-letni syn. Trafił się na stare lata, bo ja już dziadkiem jestem, mam wnuczka.

Maria Mularczyk uważa, że pan Antoni jest dobrym człowiekiem. Podejdzie do każdego pacjenta, zainteresuje się. - Może herbatki? - zapyta.
- Skończyłem trzymiesięczny kurs medyczny - macha ręką pan Antek. - Wiem, jak się zachować. Tu jest jak w szpitalu, można się przyzwyczaić. Tylko jak ktoś umiera, to człowieka rusza.
Pan Antek mówi, że najczęściej pomaga przy opatrunkach, gdy trzeba kogoś unieść, obrócić, przesunąć. Jest przy kąpieli mężczyzn. Przy sprzątaniu i zmianie pościeli.

Przeczytaj także: Karolek szuka rodziców na całe życie

- Pacjenci wiedzą, kim jestem, ale nigdy nie dają odczuć, że to im przeszkadza - opowiada. - Raz tylko jeden chory krzyknął do mnie: - Tu nie więzienie! Ale on to zrobił nieświadomie, bo on nie lubił się kąpać i beształ wszystkich, którzy go do tego przymuszali. Nie wiedział, że jestem z zakładu. Następnego dnia, gdy się do niego zbliżyłem, to powiedział: O, idzie mój oprawca! Potem przez trzy tygodnie do niego nie podchodziłem, aż zapomniał. Teraz nie protestuje, gdy zabieram go do łazienki.

W zakładzie karnym ciężko o pracę. Każdy chciałby się gdzieś załapać, do stoczni albo na orzeszki . Gdzie? No, do hurtowni, bo tam płacą. Niestety, nie każdy może.
- Trzeba być zdyscyplinowanym - tłumaczy pan Antek.
Zanim pan Antek trafił za kraty, to też zarabiał.
- Robiłem w lesie jako pilarz, czasami dorabiałem na budowie. Skończyłem szkołę rolniczą. Nie myślałem, że będę się zajmował chorymi, ale się zajmuję.

* * *

Teraz w hospicjum jest ich siedmiu. Dwóch na oddziale i pięciu do innych zadań. Wiadomo, śnieg trzeba odgarniać, kaplicę sprzątać. Pracują od ósmej. Rano przyjeżdża pan Tomek Majewski, oficjalnie - pracownik techniczny, mniej oficjalnie - opiekun grupy skazanych.
Zabiera ich samochodem do hospicjum. Wracają sami, tramwajem.
- Nie kusi, by wysiąść na innym przystanku?
- A po co? Tylko kłopot z tego - wzrusza ramionami pan Antek. - Raz jeden wysiadł, poszedł do babki i musiał się tłumaczyć.

Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

Tomasz Majewski wozi skazanych od ośmiu lat.
- Przewinęło się ich przez hospicjum około trzystu - informuje. - Ale rzeczywiście, przez tyle lat tylko jeden prysnął.
Pan Tomek mówi, że oni się bardzo zmieniają. Właściwie, to zauważa to już w samochodzie. Wsiadają tacy butni, pewni siebie, a im bliżej hospicjum, to coraz bardziej się wyciszają. Milkną, patrzą gdzieś w dal, coś sobie analizują. Kontakt z chorym człowiekiem uwrażliwia, uczy pokory.

- Najbardziej przeżywali, gdy chodzili na oddział żonkilowy, dziecięcy - wspomina pan Tomek. - Tam leżał Piotrek, z wadą serca, który potem poszedł do adopcji. Byli Wiktoria, Wiktor, Dawid, Julka. Skazani bawili się z nimi, kupowali zabawki.
- Julka przylgnęła do wolontariusza, który był muzykiem - przypomina Maria Mularczyk. - Ona nie mówiła, miała porażone struny głosowe i rurkę tracheostomijną, ale śmiała się do tego pana całą sobą.

Teraz Julki już nie ma w hospicjum, trafiła do dobrej rodziny. W tym roku przystąpi do pierwszej komunii. A ten muzyk, choć wyszedł na wolność, nadal tu zagląda, działa w wolontariacie akcyjnym.
- Więcej jest takich osób - zauważają w hospicjum. - Przychodzą, dopóki sobie nie znajdą jakiegoś sensu życia na wolności.

Ale nie wszyscy się sprawdzają. Tu nie ma aniołów, są tylko ludzie.
- Nie dajmy się unieść - uprzedza Tomasz Majewski.
- Niektórzy nie wytrzymują psychicznie, bo u nas śmierć jest codziennością - zauważa pani Maria. - Odchodzą więc do innych zajęć albo do siebie, na Przeróbkę.
Nikogo jednak nie można skreślać, nawet gdy sobie nie radzi albo zgłasza się tu z wyrachowania, żeby się wykazać, a potem wystąpić o skrócenie kary.

Przeczytaj także:Jolanta Banach opowiada o trudach opieki nad niepełnosprawnym synem

* * *

Teresa Marczewska, była aktorka i wolontariuszka, która podczas mszy w hospicyjnej kaplicy czyta Ewangelię, mówi o Dobrym Łotrze. Dobry Łotr to dwa wykluczające się słowa, przymiotnik i rzeczownik. Oksymoron. Dobry Łotr był grzesznikiem, a jako pierwszy trafił do raju. Każdy z nas dostaje szansę.

Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

Osiem lat temu był tu pan Krzysztof, który siedział za pobicie. Mawiał: - Gdybym nie trafił do hospicjum, nie wiedziałbym w ogóle, że jest takie miejsce. Byłbym uboższy. Bo ja teraz inaczej patrzę na świat, na starszych ludzi. Zacząłem ustępować miejsca w tramwaju, choć dawniej nie miałem takich odruchów.
Krzysztof ganiał z mopem, a w wolnych chwilach zaglądał na oddział żonkilowy, do Wiktorii. Wzruszał się.

Rok temu był tu pan Przemek, który miał wyrok za poważne przestępstwo. Grzeczny, uczynny, wrażliwy. Pani Teresa, która ustalała obsadę do spektaklu "Wiewiórka Łupiskórka" w teatrze hospicyjnym, zaproponowała mu rolę Misia. Zdziwił się, ale nie spanikował. W przeciwieństwie do innego wolontariusza, który miał być Lisem, ale tak się przestraszył, że mało z tego wszystkiego nie zachorował.

Dwa tygodnie przed premierą pan Przemek wyszedł na wolność. Myśleli, że już się u nich nie pojawi. Ale stawił się i zagrał. Potem wyjechał do rodzinnego miasta, gdzie znalazł pracę i dach nad głową. Gdyby miał jakiś kąt w Gdańsku, pewnie nadal by z nimi współpracował.

Wiewiórka Łupiskórka to wielka chytruska, która miała spiżarnię pełną smakołyków, ale nie lubiła się nimi dzielić. Szaraczkowi odmówiła malinowego soku, Misiowi - odrobiny miodu, choć był w potrzebie, a gdy została okradziona ze wszystkiego, co posiadała, usłyszała od swych przyjaciół: Przecież mówiłaś, że spiżarnię masz pustą. Czym się więc martwisz?
Mądrość z tego płynie taka, że nie warto myśleć tylko o sobie, każdy powinien się czymś dzielić.

* * *

Rok temu skazani z Zakładu Karnego na gdańskiej Przeróbce, działający w wolontariacie, zainspirowani przez Tomasza Majewskiego, ufundowali dzwon, który zawisł w hospicyjnej kaplicy. Poświęcony został 25 marca, tuż przed Dniem Dobrego Łotra.
Dzwon odzywa się przed każdą mszą i na Anioł Pański. Gdy się rozlegnie, wolontariusze w żółtych koszulkach pędzą do chorych, żeby ich zwieźć na dół. Jednych w wózkach, innych w łóżkach, jak kto sobie życzy. Na oddziale leży 32 pacjentów. Najstarsza jest pani Jadwiga, która w czerwcu skończy sto lat.

Irena Łaszyn

Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie