Do biegu gotowi. Felieton Wojciecha Wężyka

Wojciech Wężyk
Udostępnij:
„Maszerują strzelcy, maszerują” – słowa słynnej legionowej piosenki same wpadają do ucha w okolicy 11 listopada. W tym roku jeszcze dobitniej, bo maszerowanie stało się chyba czymś na kształt rytuału politycznej obrzędowości. Gdzie nie spojrzeć, ktoś organizuje jakieś marsze. Jedne są za czymś, inne przeciwko czemuś, niektóre przyciągają tłumy, inne ledwie garstkę zaangażowanych, ale podkreślanie swojej opinii za pomocą równomiernych kroków, świętuje ewidentne sukcesy.

W pierwszym szeregu „podążają na bój” trójmiejscy politycy samorządowi ze wsparciem kolegów i koleżanek zasiadających w ławach opozycji. Podążają ochoczo do tego stopnia, że nawet osobie zainteresowanej aktualną sytuacją w kraju, ciężko jest rozeznać się w jakim kierunku marsze biegną, czego danego dnia dotyczą i do jakiego celu dążą.

„Oczy ich dumnie utkwione w dal”, a właściwie w kamerki telefonów komórkowych, dzięki którym można zagrzewać swoich zwolenników jakimś tweetem lub wpisem na Facebooku. No bo niestety, odwrotnie niż w piosence, zza płota nie przygląda się marszom żadne dziewczę. Po pierwsze dlatego, że płotów w miastach dziś jak na lekarstwo, a po drugie dziewczyny mają swoje marsze, na których politycy mogą co najwyżej próbować upiec cynicznie swoje pieczenie, zresztą najczęściej ze stratą dla organizatorek.

W innym marszu, oddalonym od Trójmiasta o około 300 kilometrów i budzącym największe emocje, też nie brakuje znanych twarzy, chociaż sprawa nie jest już tak prosta. Ale jako, że polska klasa polityczna jest bardzo elastyczna, to w zależności od koniunktury, albo z maszerującymi 11 listopada w stolicy się sympatyzuje, na przykład podczas kampanii wyborczej, kiedy liczy się każdy głos, albo ich blokuje, kiedy już kurz przy wyborczych urnach dawno opadł.

Maszerują również tłumy zwiezionych na Białoruś emigrantów, kierując się w stronę polskiej granicy. Ten marsz, w przeciwieństwie do pozostałych, może mieć największy wpływ na to, czy kolejne Święto Niepodległości będziemy obchodzili w świecie, jaki znamy. Ja mam co do tego niestety olbrzymie wątpliwości.

Tymczasem większość z nas, jak to w życiu bywa, maszeruje najczęściej do pracy, patrząc na to wszystko mimochodem, w trosce o codzienność. Czasem jest to zresztą jedyne rozsądne rozwiązanie. Maszerujemy też coraz częściej do bankomatów, ze zgrozą obserwując rosnące ceny, bo inflacja już dawno zdecydowała się przyśpieszyć marszowy krok i teraz w najlepszym razie już truchta, szykując się do nieuchronnego sprintu.

Cóż, mówi się, że marsz to zdrowie, dzięki któremu organizm buduje odporność, co w sytuacji kolejnej fali pandemii ma swoje znaczenie. Może to maszerowanie to jakiś nasz wyjątkowy, narodowy sposób na walkę z covidem. Co do wpływu marszów na odporność psychiczną, mam już pewne wątpliwości pewnie dlatego, że z zasady w żadnych spędach nie lubię brać udziału.

Nie oznacza to jednak, że jestem ich przeciwnikiem, wszak maszerowanie dowodzi, że z naszą demokracją nie jest jeszcze tak źle jak sądzą potomkowie autorów „brunatnych marszów”, z żarliwością godną większych wyzwań pouczający nas o tym, jak i gdzie Polacy powinni maszerować.

Radosław Fogiel o komisji śledczej ws. Pegasusa w Sejmie

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie