Dlaczego zginął Karol?

    Dlaczego zginął Karol?

    Zdjęcie autora materiału

    Dziennik Bałtycki

    Jeden z najbardziej zagadkowych procesów, dotyczących tragedii z udziałem polskich marynarzy na morzu, zakończył się pod koniec ubiegłego roku przed Sądem Rejonowym w Gdyni.
    Sędzia uniewinnił kapitana oraz pierwszego oficera ze statku "Tsuru" od zarzutu nieumyślnego spowodowania śmierci Karola K., 26-letniego oficera z Gdyni, który w tajemniczych okolicznościach zginął na masowcu cumującym u wybrzeży Trynidadu. Tragedia wydarzyła się w maju 2002 roku, a śmierć młodego człowieka odbiła się szerokim echem w marynarskim środowisku całej Polski. Zbyt dużo w tym wypadku było bowiem zbiegów okoliczności i niewyjaśnionych faktów.

    Po pierwsze - statek przewoził bardzo niebezpieczny ładunek rudy żelaza, która w kontakcie zarówno z wodą, jak i tlenem może się zapalić. Poniekąd oczywiste w takim przypadku jest zachowanie bardzo rygorystycznych warunków bezpieczeństwa. Tymczasem, odpowiedzialny i rozsądny młody marynarz miał rzekomo bez aparatu tlenowego i odpowiedniego zabezpieczenia wejść do ładowni, gdzie w atmosferze znajdowało się tylko 7 procent tlenu i po prostu się udusić!

    Po drugie - jego zwłoki zostały przewiezione do Polski w metalowej trumnie, opatrzonej opaskami i pieczęciami konsularnymi. Tymczasem, podczas późniejszej ekshumacji z grobu na cmentarzu Witomińskim wydobyto... zwykłą trumnę drewnianą. Po trzecie - przewożona samolotem z Trynidadu do Londynu trumna... przybrała na trasie na wadze około 160 kilogramów.

    Ale to nie wszystko - będzie więc po czwarte. Wyniki sekcji zwłok, przeprowadzanej w Zakładzie Medycyny Sądowej w Gdańsku, wykazały bezspornie, że ciało Karola K. pozbawione zostało większości narządów wewnętrznych, o czym rodzina wcześniej nie została powiadomiona.
    Po piąte - tragedia rodziców i ich próby wyjaśnienia okoliczności śmierci syna trafiały przez sześć lat na mur obojętności, a także spotykały się z zastanawiającą wrogością.

    Tych wątpliwości nawarstwiło się tak wiele, że gdyńska pisarka i dziennikarka Marzena Burczycka-Woźniak przedstawiła je w poruszającej książce "Prawda i prawo". Do wyjątków bowiem należą sytuacje, by matka, która straciła dziecko, znalazła w sobie tyle siły, by przez sześć lat w imię miłości do tego dziecka i pamięci o nim, prowadzić samotną, heroiczną walkę o wskazanie winnych zaniedbań, które doprowadziły do śmierci syna.

    Ale matka tę siłę ma. W programie telewizyjnym Irena K. powiedziała krótko: "miłość domaga się prawdy". I samotnie walczy dalej. Już zapowiedziała apelację od wyroku, który zapadł przed sądem 29 grudnia. Twierdzi, że jeśli swoim działaniem ocali choć jedno marynarskie życie, tragedia jej syna nie pójdzie na marne.

    Czytaj treści premium w Dzienniku Bałtyckim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo