Depresja na depresji? Sprawdzamy, jak się żyje na Żuławach

Tomasz SłomczyńskiZaktualizowano 
Brunon Allaut jest jednym z ostatnich mieszkańców Żuław, którzy pamiętają przedokupacyjne czasy. Na zdjęciu z wnukiem Tomasz Słomczyński
Nie lubię Żuław, zaraz tam łapię doła - słychać obiegową opinię. Może nie wszechobecną, jest przecież wielu miłośników błotnistej ziemi pod Gdańskiem i Elblągiem. Jednak wielu jest takich, którzy raczej omijają równinę położoną miejscami poniżej poziomu morza. Skąd więc ta depresja na depresji? - pyta Tomasz Słomczyński.

Nie ma to jak teza do artykułu - zbieżność znaczeń musi zakwitnąć zgrabną konstatacją: rzeźba terenu powoduje taki a nie inny stan ducha.

Na przykład tu, zaraz za skrętem z krajówki w kierunku miejscowości Trutnowy: Idzie smutny pan, prowadzi rower.
- Dlaczego tu, na Żuławach wszyscy tacy smutni? - słysząc to, pan się zatrzymuje. Ma minę jakby usłyszał najdurniejsze pytanie w międzynarodowym konkursie na durne pytania.
- Bo diabły tu mieszkają.
- Jakie diabły?
- No... Poniemieckie jeszcze. Chowają się po rowach, we mgle.
- A nie idzie się z nimi dogadać?
- Niemce to jeszcze umieli. A tutejsi to już nie umią.

Pan pozostanie anonimowy, bo na "gazetach się nie wyznaje", samochód pomknie dalej, buksujac w błocie co jakiś czas.
Z reporterskiego wywiadu z panem rowerzystą wynika więc niezbicie, że trzy są powody depresji na żuławskiej depresji: brak kulturowych korzeni (Niemce to jeszcze umieli...), diabły (bezpośrednia przyczyna) i krajobraz (po rowach się chowają, we mgle).

Korzenie wyrwane

Diabły musiały się czuć niekomfortowo. Nie zdołali ich wywieźć Niemcy w 1945 r., zostały i musiały nauczyć się polskiego. Choć, jak się niebawem okaże, wciąż zdarza im się przemówić po niemiecku.

Żuławy na fotografii - to miejsce ma swój klimat

Wiosną 1945 roku mieszkańcy Żuław i całych Prus Wschodnich uchodzili przed Armią Czerwoną. Brunon Allaut, wówczas szesnastolatek, został przepędzony do Helu, tam zbiegł Niemcom i wrócił do Krzywego Koła. Bo przecież był Polakiem. Chociaż...

- Dla Niemców byłem Polakiem, dla Polaków byłem Niemcem - mówi dziś 83-letni pan Brunon. Jeden z ostatnich, żyjących jeszcze, przedwojennych mieszkańców Żuław. I dodaje: - Nie brakowało takich, którzy nazywali mnie Szwabem.

Nowy siew w błotnistej ziemi

Kim byli nowi mieszkańcy Żuław? Przyjeżdżali najczęściej z Kielecczyzny, spod Lublina. Biedni ludzie, którzy nie mieli nic do stracenia, którzy za namową ówczesnych władz szukali szczęścia na Ziemiach Odzyskanych.

Ludzie ci, co by nie mówić o ich odwadze i pionierskim uporze, przyjeżdżali tu z zupełnie innej rzeczywistości. - Generalny remont dawni właściciele zrobili tuż przed wojną. Mieli tu trzy łazienki - słyszę, stojąc przed domem podcieniowym we wsi Trutnowy.

Budynek, wybudowany w 1720 roku, jest siedzibą Stowarzyszenia Żuławy Gdańskie. Gospodyni, Elżbieta Skirmuntt-Kufel sprowadziła się tu z Gdańska w 1989 roku, jej mąż kilka lat wcześniej. Są jednymi z tych, którzy wybrali Żuławy zupełnie świadomie, nie w wyniku powojennego exodusu.

- Po wojnie sprowadzili się tu nowi mieszkańcy... Kilka rodzin w jednym budynku. W latach osiemdziesiątych, kiedy kupiliśmy z mężem ten zabytek, rozpoczęliśmy remont. Po łazienkach nie było śladu, a cały obiekt, kompletnie zdewastowany, stanowił ruinę bez drzwi, okien i podłóg. Za to nowi właściciele postawili sobie wychodek na podwórku.

Czytaj również: Żuławy: Zbudują system ostrzegający przed powodzią

Cóż, dokonana w ten sposób charakterystyka ludności napływowej, byłaby krzywdząca i jednostronna, gdyby pozostawić ją bez innych, na przykład takich relacji: "Cały bagaż, jaki mieliśmy ze sobą stanowiło parę sztuk odzieży... Całej reszty musieliśmy się dorobić. (...) Pozostali we wsi Niemcy musieli się strasznie bać, ponieważ w ogóle nie wychodzili z domów. Wiele budynków nie miało okien, w ścianach straszyły dziury. Mieszkaliśmy po parę rodzin w jednym domu, bo tak czuliśmy się bezpieczniej - wspominała pani Władysława Wojdyr, jedna z najstarszych mieszkanek miejscowości Trutnowy.
W innych, zebranych przez żuławską młodzież opowieściach przewijają się wątki - partyzantka, wywózka na Sybir, potem, już na miejscu: zalane pola, głód, bieda, ryby w rowach mielioracyjnych, plagi komarów, myszy...

- To trudna ziemia, trudne miejsce - mówi Elżbieta Kufel, która stara się w Stowarzyszeniu odkrywać zaginioną cywilizację Żuławiaków - bo tak nazywa tych, którzy tu mieszkali przed 1945 rokiem. Nie Niemcy, nie Polacy, tylko Żuławiacy, posługujący się własnym językiem, pełnym naleciałości, ale odrębnym.

- I dziś, szczerze mówiąc, czuje się, że w miejscowych nie ma takiej więzi z ziemią i regionem, tak jak u np. Kaszubów. Dopiero młode pokolenie zaczyna interesować się dawną, przedwojenną kulturą Żuław. Miejmy nadzieje, że ta tożsamość da się odbudować.

A jeśli chodzi o diabły...

Dawni Żuławiacy wyjechali, diabły pozostały, przyjechali nowi - i z żuławskimi diabłami nie bardzo potrafili się dogadać. Czas jednak zrobił swoje i dziś niektóre czorty nawet zalęgły się po domach. Ten, który mieszka z państwem Kuflami w domu w Trutnowach, otrzymał imię Trutek.

- Mieliśmy wtedy świeżo zamontowany włącznik do światła, z takim pokrętłem, służącym do ścemniania i rozjaśniania. Wchodzę, więc do pokoju, rozjaśniam, odwracam się tyłem do włącznika i słyszę: "cyk". Zrobiło się ciemno. No to zapaliłam znowu i znowu to samo - odwracam się - "cyk" - i ciemno. Ki diabeł? - pomyślałam. Powtarzało się to jeszcze kilka razy. O ty cwaniaku, pomyślałam, takiś ty? Ja się z tobą użerać nie będę. Zostawiłam zapalone światło i wyszłam z pokoju. Za jakiś czas zajrzałam do pokoju jeszcze raz, światło było zgaszone, Trutek, widząc, że już jego psoty wrażenia nie robią, też odpuścił. I na jakiś czas był spokój.

Mąż pani Elżbiety, Daniel Kufel, artystyczna dusza ich podcieniowego domu w Trutnowach, opowiada inną czarcią historię.
- Słyszałem od bardzo wiekowego dziadka, że na Żuławach, jak zimą pioruny biją, to tylko w takie miejsca, gdzie się chowa diabeł. Taki niewysoki, szczupły z rogami i ogonem. Zaśmiałem się pod nosem, bo stary dziadyga opowiadał mi to pod sklepem, chcąc wyłudzić dwa złote na piwo. Gdy dochodziłem do domu, to zimowa burza rozszalała się na dobre. Pioruny raz po raz strzelały na pobliskiej łące. Jakaś niewielka postać biegła zygzakami po łące. Pomyślałem sobie w pierwszej chwili, że to mój sąsiad pijany zmyka przed nawałnicą. Otworzyłem drzwi prowadzące do sieni i ten niewysoki człowieczek zziajany wpadł do środka. Podałem mu stary taboret, który zawsze przy drzwiach stoi i on na nim usiadł. Odetchnął ze trzy razy, po czym gwałtownie poderwał się, wziął stołek w swoje kosmate rączki i wyrzucił go przez drzwi daleko na drogę. Zanim taboret spadł na ziemię, straszliwy piorun strzelił w mój wiekowy mebelek. Roztrzaskał go na tysiące drzazg i wiórków. Zanim zdążyłem w jakikolwiek sposób zareagować, nieznajomy człowieczek powiedział "danke", zaśmiał się i zniknął. I tyle go widziałem.

Czytaj również: Turystyczna przygoda na Żuławach

Diabelską historię opowiada również Brunon Allaut z Krzywego Koła.
- Przed wojną w Steblewie, w domu podcieniowym, tym koło ruin kościoła, mieszkał diabeł. Skąd wiem? Wszyscy wiedzieli. Jak mu ktoś kurę skradł, zaraz trupa, samobójcę znajdowali... Mój krewny najął się u niego na woźnicę. Nie szedł inaczej do roboty, jak tylko z różańcem przewieszonym pod kapotą, przez ramię. To się napatrzył na czary i potem opowiadał...

I jeszcze krajobraz

Diabły chowają sie po rowach, sprzyja im mgła, wszędobylska towarzyszka Żuławiaków. Dodajmy do niej wierzby, równiny, błoto - to kolejne powody... No właśnie, do czego?

- Są tu takie tereny, że można kilometrami iść bezdrożami i żywej duszy nie zobaczyć - pani Elżbieta Kufel spogląda na moje buty. - Tylko nie teraz przy roztopach, bo takie koturny miałby pan z błota. Ale, proszę mi wierzyć, są takie magiczne, malownicze ścieżki, że dech zapiera. Pięknie tu... A jak rzepak kwitnie!
- Czyżby?
- No... pięknie to jest latem, na wiosnę, jak rzepak kwitnie, a potem przychodzi jesień, mgła, deszcze i buraki zwożą z pola.
O tych burakach słyszę już kolejny raz. - A bo to wtedy to najwięcej błota jest. Ale znów zima, taka prawdziwa - mroźna i śnieżna maluje równinny pejzaż z białym widokiem aż po horyzont. A zachodów słońca nigdzie nie ma wspanialszych niż na Żuławach. I ten widok, taki melancholijny - mówi pani Elżbieta.

Jeszcze nie wiem, że padło słowo klucz: melancholijny.

Chwile później rozmawiam w Krzywym Kole z pracownicami ośrodka Caritasu - panie opiekują się niepełnosprawnymi umysłowo mieszkańcami kilku sąsiednich gmin. - Jaki smutek? To nie smutek, to taka szczególna melancholia! - mówi jedna z nich. Ośrodek jest prowadzony przez Elżbietę Rędzio, psychologa, która szczególnych "żuławskich" uwarunkowań do depresji nie zauważa. Pytam więc panią psycholog, co czuje, jak widzi mgły, wierzby, błoto i równiny.

Długo trwa cisza, podczas której pani Elżbieta myśli, myśli... - Przestrzeń. Wolność. Radość.

Czytaj również: Żuławy. Powstanie turystyczny szlak gotyckich kościołów

Teza melancholijnie upada

Wsród pracownic Caritasu - Warsztatów Terapii Zajęciowej, jest również pani z miotłą w ręku. Trzyma ją krzepko, mówi najgłośniej, nie daje dojść do słowa i w tym wszystkim jest szalenie sympatyczna. Mieszka tu, w Krzywym Kole i zbulwersowana jest sugestią, że na Żuławach mieszkają diabły i ponuracy.

- A sołtysowa? Toż to kobieta pełna energii, pogodna, idź pan do niej, zobaczysz pan jak zagada! A nasze Koło Gospodyń Wiejskich? Co też pan mówisz! A gdzie tam, jacy ponuracy, tu nie ma żadnej depresji. A że ludzie tak gadają? A kto tak gada? No bo chyba nie tutejsi.

- Bo to wie pan... - do głosu dochodzi jedna z pań, które prowadzą warsztaty z upośledzonymi pacjentami. - To nie depresja jest, tylko taka melancholia. To dwie różne rzeczy.

I pewnie trzeba by więcej czasu poświęcić, poświęcić też buty, które być może nie dadzą się potem z błota doczyścić, żeby zrozumieć istotę lokalnego specjału i tę subtelną różnicę - "to nie depresja jest, tylko taka melancholia..."

Tymczasem do jesiennych mgieł i zbioru buraków jeszcze sporo czasu. Teraz czeka się tu na rozkwit rzepaku.

Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

polecane: FLESZ: Podział Mandatów po wyborach parlamentarnych

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 3

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

a
aa

Płaska, niezalesiona okolica, błoto, miejscami trzciny i sitowie, nieustanne mgły i wilgotny chłód. Świadomość groźby powodzi i zależności życia od stanu wałów i pomp.
Kiedyś, za czasów remontu siódemki jechałem dalekim, wąskim objazdem w nocy przez Żuławy. Nie jestem z natury strachliwy, ale... gdyby coś - to trudno byłoby o pomoc.

B
Binia

Błoto tam straszne,autobusów mało tam jeździ,a kiedyś piękna wąskotorówka pomykała z Gdańska przez Suchy Dąb do Osic.
Ludzie tam to "zbieranina" to słowa mojej babci która tam mieszkała,od powojnia.
Lekko nigdy tam nie było,a wręcz straszno.
A diabły to są w ludziach a nie na polach,wierzbach.

:)))

Więcej takich, by się o okolicy poczytało...

Dodaj ogłoszenie