Czy na pewno chodziło o Karnowskiego? Może to był "test" dla Tuska?

Jarosław Zalesiński
T. Bołt
Trzy lata po wybuchu tzw. afery sopockiej można powiedzieć, że jeśli doszło do nadużycia władzy, to nie przez prezydenta Sopotu, ale wobec niego, przez organa państwa. Możliwe jednak, że cała ta sprawa była raczej swoistym "testem" na premiera Tuska

Kiedy wybuchła tzw. afera sopocka, prezydent Karnowski przez swoich politycznych znajomych dotarł do premiera Tuska z deklaracją: pozwólcie dokończyć mi parę najważniejszych spraw w mieście, a wtedy sam odejdę. Zwrotny message był jednak kategoryczny: Rezygnuj natychmiast! I wtedy w Karnowskim coś powiedziało: nie.

Gdyby Jacek Karnowski zrezygnował wówczas z funkcji prezydenta Sopotu, pracowałby dziś pewnie w jakimś biurze projektowym, ale kariera publiczna jednego z najskuteczniejszych samorządowców w Polsce byłaby skończona, a opinia łapownika, tak czy inaczej, ciągnęłaby się za nim. Karnowski postanowił walczyć o swoje dobre imię. Dziś jego jest na wierzchu. Po trzyletnim śledztwie sąd w dwóch instancjach zwrócił sprawę prokuraturze, co znaczy, że w akcie oskarżenia nie znalazł wystarczających podstaw do postawienia Karnowskiego przed sądem. A w postępowaniu przesłuchano blisko 300 świadków, akta główne mają co najmniej 15 tys. stron, do tego dochodzi 35 tomów załączników!

Trzy lata bezproduktywnego, jak się okazuje, śledztwa, a także fiasko wszystkich innych sopockich śledztw, uruchomionych bądź wznowionych równolegle (a imię ich legion), pozwala dziś spojrzeć na aferę sopocką inaczej niż dotychczas. Aferalność całej tej historii nie polega na grząskich, korupcyjnych układach, jakimi miał być przeżarty Sopot, a jego prezydent w szczególności. Pora powiedzieć, że afera sopocka polega na nadużywaniu przez państwo swojej siły w konfrontacji z obywatelem.

Świadek specjalnej troski

- Pójdziemy zobaczyć te twoje Czyżewskiego (tak to przynajmniej brzmiało w pierwszym opublikowanym stenogramie rozmowy) - rzucił Karnowski do Sławomira Julkego, po czym obaj panowie udali się na wiosenny spacer, aby dokonać wizji lokalnej kamienicy, gdzie Julke chciał dokonać nadbudowy. Stenogram ich rozmowy, nagrywanej przez Julkego, ukazał się po czterech miesiącach na stronach internetowych "Rzeczpospolitej". Tak wybuchła afera sopocka. Ale wówczas nie znaliśmy jeszcze wielu jej ważnych szczegółów.

Najważniejszy dotyczy zniszczenia przez Julkego dyktafonu, na który nagrał prezydenta Sopotu. Tak przynajmniej twierdzi Julke, że dyktafon zniszczył, ale opinia publiczna dowiedziała się o tym dopiero po ośmiu miesiącach, choć śledczy wiedzieli o tym już w lipcu. Początkowo zresztą Julke deklarował, że na żądanie prokuratora może udostępnić urządzenie, na którym Karnowskiego nagrał, ale w kolejnych zeznaniach zmienił wersję. Z kolei w jednej ze spraw, wytoczonych CBA przez Karnowskiego, zeznał, że dyktafon zniszczył jeszcze przed złożeniem doniesienia, co jest jedną więcej sprzecznością w jego wyjaśnieniach, ale co może miało ochronić go przed zarzutem, że zniszczył dowód w już toczącej się sprawie. Jakkolwiek to było i jakie by nie były losy dyktafonu po tym, jak posłużył do nagrania Karnowskiego, Julke przedstawia dziś, że zniszczył go (tylko kiedy?) kombinerkami i wyrzucił do kosza. Ani dla prowadzącego postępowanie CBA, ani potem dla prokuratury nigdy nie stało się problemem. Obie instytucje nie brały pod uwagę faktów, które mogły świadczyć na korzyść Karnowskiego. Tak się działo i później w tym śledztwie.

Co więcej, o zniszczeniu dyktafonu nie wiedział też biegły, który formułował pierwszą ekspertyzę nagrania, sądząc, że jest ono oryginalną kopią. Biegły ów nie dostał, jak przyznał w innym postępowaniu, akt. A jego opinia była podstawą wniosku o zastosowanie aresztu, jeszcze w tym czasie, gdy prokuratura koniecznie chciała posadzić Karnowskiego i gdy ubrani w kominiarki agenci CBA czekali w sali sądowej, by go spektakularnie odstawić do aresztu. Ten sam biegły przyznawał potem w ustnym zeznaniu, że w nagraniu wystąpiła jakaś ingerencja, a w dwóch punktach został "prawdopodobnie przerwany proces nagrywania albo nastąpił jakiś montaż". Dziś wiemy, że Julke kopiował rozmowę przed zniszczeniem dyktafonu osobliwie, nie na zasadzie prostego przekopiowania pliku przez kabelek. Najpierw odtwarzał ją z dyktafonu i nagrywał przez mikrofon na empetrójkę, na dywanie (po to by zmienić tło nagrania - twierdzą eksperci), potem z empetrójki zgrał na komputer i dopiero z komputera z powrotem na empetrójkę oraz na płytkę, którą potem dostarczył prokuraturze. Komputer w tym łańcuszku dawał możliwość dokonywania na plikach dźwiękowych jakichś operacji.

I na koniec - dlaczego Julke czekał cztery długie miesiące z ujawnieniem rozmowy z Karnowskim? Gdy wybuchła afera, tłumaczył to lękiem o swoje niezakończone jeszcze interesy, związane z kupnem domu towarowego Laura w Sopocie. Zajmowanie się przez Karnowskiego tą transakcją miało też być powodem, dla którego Julke zaczął rozmowy z prezydentem Sopotu nagrywać. Tak to przedstawiał wówczas w mediach, ale w sprawach wytoczonych mu przez Karnowskiego już się tej wersji nie trzymał. Ponadto dziś wiemy, że Julke nagrywał więcej postaci z lokalnego establishmentu, a nie tylko samego Karnowskiego, kiedy nabrał podejrzeń, że ten chciał go wyślizgać z interesu życia, czyli z kupienia Laury.
Między innymi nagrał premiera.

Test na przywództwo

Julke czekał cztery miesiące z zawiadomieniem prokuratury o nagraniu rozmowy z Karno-wskim, do 7 lipca. Zrobił to dopiero w dzień po nagraniu Donalda Tuska, tuż po meczu piłkarskim z udziałem premiera 6 lipca. Tekst zawiadomienia powstał zresztą kilka dni wcześniej, bo nosi datę 2 lipca, ale z wysyłką Julke zaczekał. Przy czym nie wybrał się do prokuratury osobiście, razem z nagraniem, co byłoby przecież naturalne, tylko wysłał zawiadomienie pocztą. Przesyłka doszła 8 lipca.
Wypowiedzi Julkego na temat tego nagrania pełne są sprzeczności. Przed śledczymi początkowo zaprzeczał, by miał rejestrować jakąś rozmowę z premierem. Dziennikarzom "Gazety Wyborczej" fakt nagrania najpierw potwierdził, a potem mu zaprzeczył. "To jest bzdura" - powiedział z kolei dziennikarzom "Dziennika Bałtyckiego". "Miałem dyktafon, ale rozmowa z premierem nie została nagrana. Po prostu podszedłem do premiera, poinformowałem, odszedłem". W "Rzeczpospolitej" Julke twierdził, że co prawda dyktafon miał włączony, ale mówił Tuskowi do ucha, tak żeby nic się nie nagrało. Same sprzeczności i lawirowanie.

Nagranie trafiło jednak do "Rzeczpospolitej", jaką drogą, czy od Julkego, czy skądinąd, to już tajemnica dziennikarskiej kuchni. Według ówczesnych informacji "Dziennika", Julke miał w panice domagać się od redakcji wycofania informacji o taśmie. Czy tak było, nie wiadomo, ale i bez tego widać, że o ile bez żadnych problemów podpisywał się pod nagraniem Karnowskiego, o tyle fakt nagrania Tuska chciał za wszelką cenę zakamuflować.

Przed prokuratorem, w procesach wytaczanych przez Karnowskiego, Julke już się od nagrywania premiera nie mógł jednak wykręcać. Zeznał wówczas, że premiera nagrywał, bo się bał, co zrobi premier, czy się zachowa jak premier, czy jak kolega Karnowskiego. Oraz że bał się o samego siebie.

Obawa o własny los szła, jak widać, w parze z obawą o to, czy premier się zachowa jak premier… Te słowa coś przypominają. W początkach afery hazardowej Mariusz Kamiński przeprowadził taki właśnie test na przywództwo Tuska, informując go o nagraniach rozmów Chlebowskiego i Drzewieckiego. Było to później podstawą stawianych premierowi zarzutów, że "nic nie zrobił" w tej sprawie. W aferze sopockiej takie oskarżenia pojawiły się od razu. 15 lipca "Rzeczpospolita" informuje o nagraniu Tuska po meczu. Nazajutrz PiS wytacza przeciw Tuskowi działa, że nie powiadomił prokuratury o przestępstwie. 22 lipca Zbigniew Ziobro oficjalnie składa doniesienie o popełnieniu przestępstwa przez premiera. Politycy PiS nie mogą wtedy jeszcze wiedzieć, że Tusk już 8 lipca sprawdził, czy doniesienie Julkego wpłynęło do prokuratury i że wobec tego cała akcja wymierzona w premiera spali na panewce.

W trzy lata po wybuchu afery sopockiej możemy na dwa sposoby próbować odtworzyć motywy kierujące Julkem. W pierwszej wersji Sławomir Julke, sopocki biznesmen i zatroskany obywatel, zawiadamia prokuraturę o złożonej mu przez prezydenta Sopotu korupcyjnej propozycji. Tyle że robi to po czterech miesiącach, wcześniej ponoć niszczy dyktafon, a nagranie przepuszcza przez komputer - to tylko najgrubsze wątpliwości wobec jego obywatelskich motywacji. W wersji drugiej Sławomir Julke, sopocki biznesmen, który był w ostrym konflikcie z prezydentem Sopotu, postanowił upublicznić nagranie kompromitującej go rozmowy, a przy tej okazji, może rzeczywiście szukając dla siebie bezpieczeństwa, dał się wplątać w działania, które miały na celu przeprowadzenie testu na przywództwo premiera polskiego rządu.

Na korzyść drugiej hipotezy przemawiają jeszcze dwie przesłanki. Po pierwsze, jakość nagrania rozmów na boisku z 8 lipca świadczy o tym - jak twierdzi biegły - że dokonano go przy użyciu mikrofonu kierunkowego, a nie na zwykłej empetrójce. Jeśli biegły się nie myli, w jaki sposób wobec tego nagranie znalazło się na odtwarzaczu? A po drugie, na owej empetrójce zachowały się jeszcze inne rozmowy, prowadzone już po nagraniu premiera. Jasno z nich wynika, że już wtedy było więcej osób wprowadzonych w całą sprawę, które z Julkem współdziałały. "Trudna rozmowa, powiem wam" - mówi w tym dialogu Julke. Do kogo? Ciekawe pytanie, którego jednak śledczy, jak się zdaje, nigdy nie postawili.

Rozumiem Blidę

Teoria, że afera sopocka miała doprowadzić do premiera Tuska (przecież wystarczyłoby, żeby wtedy na boisku powiedział jedno nieostrożne zdanie!), choć wygląda fantastycznie, całkiem racjonalnie tłumaczy problem, jaki się później pojawił z Karnowskim, gdy cała akcja nie wyszła. To znaczy - trzeba było udowodnić mu winę.

Skala rozkręconych przeciwko niemu i sopockiemu Urzędowi Miasta dochodzeń jest niebywała. Koronna miały być megaafera związana z Centrum Haffnera. Gdy CBA skończyło dotyczący centrum raport, z triumfem ogłosiło, że inwestycja oznaczała "wyrządzenie szkody w wielkich rozmiarach na szkodę Gminy Miasta Sopotu przez prezydenta Sopotu Jacka K.". Z 13 sformułowanych w raporcie zarzutów żaden się nie nadawał do tego, żeby się nim zajęła prokuratura… Wobec Urzędu Miasta prowadzono w sumie około 40 dochodzeń, nowych lub wznowionych. Jedna osoba w urzędzie na etacie zajmowała się jedynie kserowaniem dokumentów dla agentów CBA. Do mediów z regularnością przypływów przeciekały kolejne "sopockie afery", a to Łazienki Północne, a to Villa Baltica, a to "kancelaria prezydencka", a to grecki biznesmen, w którego willi ustalano ponoć szczegóły zamachu na Papałę, a to skorumpowany wiceprezydent. Nic z tych "spraw" do dzisiaj nie zostało, ale wtedy udało się wytworzyć wrażenie, że Sopot jest okiem korupcyjnego cyklonu i że tu się właśnie odsłonił mitologiczny "układ". Dowodów przekupności prezydenta miasta szukano nawet daleko poza Sopotem. Do wszystkich starostw w Polsce (!) rozesłano np. żądanie sprawdzenia, czy na ich terenie nie znajduje się jakiś ukryty majątek Jacka Karnowskiego. Ba, szukano tego majątku w internecie, gdzie jak wiadomo, każdy może chlapnąć, co mu ślina na język przyniesie. No i delikwentów, którzy wypisywali na forach, że Karno-wski na pewno coś gdzieś schował, ciągano na przesłuchanie. A gdy się wypierali, że do komputera miała też dostęp dziewczyna lub mama, brano i je.

Śledztwo w sprawie afery sopockiej to kafkowski świat, w którym oskarżenie niechybnie musi się przerodzić w wyrok. Najpierw ten świat tworzyło CBA, wspólnie z mediami, a w tak przygotowane koleiny weszła prokuratura. Już na samym początku prowadzący dochodzenie prokurator Zbigniew Niemczyk z Prokuratury Apelacyjnej wyrokował w mediach, że charakter sprawy "może wskazywać na podejrzenie zaistnienia przestępstwa korupcyjnego o bardzo dużym ciężarze gatunkowym". Dziś z tego bardzo dużego ciężaru gatunkowego po trzyletnim śledztwie nie ostało się tyle, żeby sąd uznał za zasadne zająć się sprawą.

Gdyby Jacek Karnowski zastosował się do zwrotnego message'u od Tuska, nie byłoby afery sopockiej. Żaden sąd nie chciałby się potem pewnie zająć dowodami w jego sprawie, ale los inżyniera Karnowskiego nikogo by już nie interesował. Jednak prezydent Karnowski uznał się za niewinnego, więc afera jest. Polega na tym, w jaki sposób aparat państwa używa swoich prerogatyw do wykazywania winy upatrzonego obywatela. W takim sensie afera sopocka nie jest niczym nowym, dopisuje się po prostu do wcześniejszych tego gatunku spraw. - Ja rozumiem, co czuła Barbara Blida - mówi o tym sam Jacek Karnowski.

Tyle że sprawa Jacka K. nie działa się kiedyś, tylko dzieje się obecnie i dziać się będzie jeszcze nie wiadomo jak długo. Na rzetelną analizę fonoskopijną, gdyby prokuratura chciała ją teraz zlecać, trzeba będzie czekać półtora roku…

- Ja rzeczywiście w czasie tej sprawy zaczęłam na nowo czytać "Proces" Franza Kafki - opowiada Romana Orlikowska-Wrońska, jedna z obrończyń Karnowskiego. - I zrozumiałam, że proces Józefa K., bohatera tej książki, zaczął iść źle od tego momentu, kiedy postanowił się on bronić. Uczestniczyłam w około 40 procesach politycznych w latach stanu wojennego - dodaje adwokat - ale to pierwszy proces po 1989 roku, w którym broniłam, w którym demokratyczne zasady procedury karnej są w taki sposób naruszane.

- Chodzi na przykład o zasadę domniemania niewinności czy o prawo równości broni, mówiące, że podejrzany jako strona może negować działania prokuratury i się bronić - uzupełnia drugi obrońca Karnowskiego, Joanna Grodzicka. - Prokurator powinien też brać pod uwagę fakty przemawiające zarówno na niekorzyść, jak i na korzyść podejrzanego oraz dbać o to, by osoba niewinna nie poniosła odpowiedzialności. W tym postępowaniu nie jest to przestrzegane.

Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

Wideo

Komentarze 12

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

a
abc

Niedługo dowiemy się ,że Pan uratował Pana. I każą nam w to wierzyć.Obłęd.

l
loi

Panie Julka ,niech Pan odezwie się .Nie odpuszczaj człowieku, wielu masz za sobą.Dziennikarze śpią . Obudź ich . Nie mogą z Panem rozmawiać mają zakaz .Pan też ma zakaz ? Demokracja,jaka demokracja .Niech się Pan nie boi przecież nie wszyscy są po jego stronie, szkoda słów. Niech się Pan nie boi .Odwagi życzymy.Grupa wsparcia

N
Nairam

Jego tekst to jedna agitacja z użyciem językowych dziwolągów takich jak "zwrotny message", "empetrójka "
itp. Szkoda słów.

T
Tajemniczy Don Pedro

Ktoś tu jest zwolennikiem spiskowej teorii dziejów?

a
agent Tomek

Oczywiście, że jest opłacany przez Prezydenta Jacka.K; artykuł jest ewidentnie sponsorowany tak jak DB

o
olik

to jakieś jaja, nie zakończono śledztwa a dziennikarz wydaje wyrok(czyżby sponsorowany))

janek z pncernych

na zdjęciu jak widać rozmowy się toczą może warto coś nagrać

a
agent Tomek

przeczytajcie raport CBA dotyczący Centrum Hafnera, który w internecie umieścił poseł Kozak...tam jest wszystko!

G
Gość

Proponujęl dla poszkodowanego , biednego ,uczciwego medal uznania pt. Ofiara i Bohater Afery sopockiej . Dla mnie ten Pan zawsze będzie od Afery Sopockiej , te słowa o mieszkaniu na mamę i wulgarne słowa w ustach polityka brzmią wiarygodnie tak uważam . Sąd może co chce uznawać ja wiem swoje , i wielu w Sopocie i w kraju ma wyrobione zdanie o Aferze Sopockiej i jego bohaterze .Nic tego nie zmieni !Usilne działanie wszystkich , czyli samych swoich w świadomości społecznej nie przełoży się na inne postrzeganie BOHATERA

m
m

A jeśli to prawda?
To ile Julke dostał za zniszczenie dyktafonu?!

@

że tekst jest sponsorowany

s
sptps

dziennikarze uzurpują sobie prawa, które przysługują sądowi