18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

Czy jest wakat dla kata? Kara śmierci powróci? (ZDJĘCIA)

Dorota Abramowicz
Przedmioty związane ze sprawą "Skorpiona", m. in. belka, na której wykonano wyrok śmierci, trafiły do Zakładu Kryminalistyki Uniwersytetu Gdańskiego Przemek Świderski
W Polsce od 23 lat nie wykonuje się kary śmierci. Wystarczył jednak bulwersujący atak w Norwegii, by znów pojawiły się głosy o potrzebie eliminacji niebezpiecznych jednostek.

Znosi się karę śmierci. Nikt nie może być skazany na taką karę ani nie może nastąpić jej wykonanie"- głosi ratyfikowany przez Polskę protokół 6 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Niewielu jednak wie, że nasz kraj pozostawił sobie furtkę. Polska jest jednym z trzech, wraz z Francją i Włochami, państw Unii Europejskiej, które nie ratyfikowały protokołu 13 konwencji. W ten sposób teoretycznie możemy, "w warunkach wojny", przywrócić wykonywanie kary śmierci. Jeszcze dalej poszła Łotwa, która utrzymała karę śmierci za mordy dokonane podczas konfliktu zbrojnego.

Pitawal gdański: Morderca z tarpana w kolorze groszku

Chociaż od 1988 roku nie wykonano na ziemiach polskich ani jednego wyroku śmierci, regularne badania opinii publiczne nie pozostawiają złudzeń. Ponad połowa obywateli, czyli 61 proc. , opowiada się za stosowaniem kary śmierci za najcięższe przestępstwa, a tylko jedna trzecia (34 proc.) uważa stanowczo, że nie powinniśmy tego robić.

Po zamachu w Norwegii o tych 61 proc. potencjalnych wyborców przypomnieli sobie politycy, i to niezależnie od przynależności partyjnej. Jako zwolennik kary śmierci zadeklarował się szef parlamentarnego klubu PO Tomasz Tomczykiewicz. Minister Radosław Sikorski zasugerował na Twitterze, że wieloletnie więzienie dla Breivika to za mało. Karol Karski (PiS) powoływał się na Katechizm Kościoła Katolickiego, rzekomo dopuszczający stosowanie kary śmierci. Wtórował mu kandydat PSL, były olimpijski medalista, Władysław Kozakiewicz. Mniej lub bardziej oficjalnie wypowiadają się na ten temat prawnicy i publicyści. Gorąco się też zrobiło na forach internetowych, gdzie większość dyskutantów nie bawi się w dyplomację. "Wściekłe zwierzęta usypia się", "Powinno się go postawić przed plutonem egzekucyjnym!" - to jedne z łagodniejszych wpisów.

Pomorze: Rocznica zatrzymania seryjnego mordercy Skorpiona

Tym, którzy są za, i tym, którzy są przeciw karze śmierci, warto przypomnieć lata 1945- 1987, kiedy w gdańskim więzieniu przy ul. Kurkowej stracono około 174 skazanych. Czym zawinili? Kim byli? Jak ich zabito? Gdzie pochowano? Porozmawialiśmy z ludźmi, którzy znają odpowiedzi na te pytania.

Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

Walka z depresją skazańca

Dr X. kilkanaście lat pracowała jako psycholog w gdańskim więzieniu. Do jej obowiązków należała także opieka psychologiczna nad skazanymi na karę śmierci. Zgadza się na rozmowę, bez ujawniania nazwiska

Z czyjej inicjatywy odbywały się Pani spotkania ze skazanymi na karę śmierci?

Przeważnie inicjatywa była po stronie skazanych. Nikt tego wcześniej specjalnie nie przygotowywał. Zgłaszali taką potrzebę i wtedy dochodziło do rozmowy.

Chcieli porozmawiać o strachu przed śmiercią, wyrzutach sumienia?
Powody były bardziej prozaiczne. Jeden za skazanych skarżył się na przykład na odrzucenie przez rodzinę. Chciał, żeby ktoś z bliskich do niego przyszedł, porozmawiał, wysłuchał. Prosił, bym pomogła mu przekonać żonę, by chociażby przysłała mu paczkę z owocami.

To było ważniejsze od oczekiwania na wyrok?
Dla niego w tamtym momencie - tak. Bywało, że skazany miał zamiar się po prostu wygadać, przekonać mnie o swojej niewinności. Ważna również była dla nich kwestia wychodzenia z celi, szansa na porozmawianie z drugim człowiekiem, poskarżenie się na różnego rodzaju niedogodności...

A Pani nie musiała inicjować spotkań?
Czasem była taka potrzeba. Zdarzyło się na przykład, że do jednego ze skazanych dotarła przedwcześnie informacja o tym, iż wyrok zostanie wykonany, gdyż nie zastosowano wobec niego prawa łaski. Pojawiła się obawa, że może sobie zrobić coś złego, musiał więc interweniować psycholog.

Po co walczyć z depresją skazańca? Przecież i tak miał umrzeć...
Może to zabrzmi okrutnie, ale on miał doczekać wyroku wykonanego na nim, a nie wykonać go sam na sobie. Poza tym osoba chora musiałaby czekać do wyzdrowienia na wykonanie kary.

Przeprowadzała Pani rozmowy z ludźmi, którzy jak na przykład słynny Skorpion, dokonali okrutnych zbrodni. Opowiadali o szczegółach, motywach, chorej wyobraźni?
Oczywiście, że opowiadali. Traktowałam jednak rozmowy z nimi jako pracę, do której zresztą już wcześniej byłam przygotowana. Chociaż muszę przyznać, że nie było to łatwe. Jakiś czas temu odwiedziłam budynki przy ulicy Kurkowej. Weszłam do środka, popatrzyłam na mury i pomyślałam: Jakim cudem tak długo tu wytrzymałam?

Został ślad po tamtych rozmowach ze skazańcami?
To nie jest tak, jak pani myśli. Gdybym emocjonalnie podchodziła do każdego pacjenta...

Nazywa ich Pani pacjentami?
Dla mnie to byli pacjenci. I emocjonalne traktowanie ich nie byłoby profesjonalne. W takim momencie trzeba odłożyć na bok prywatne odczucia i oceny.

Żadnych emocji?
To nie były miłe kontakty i nie mogę ukrywać, że perspektywa spotkania z wielokrotnym zabójcą skazanym na śmierć wywoływała emocje. To wszystko jednak zmieniało się w trakcie spotkania. Miałam wtedy do czynienia z człowiekiem, który ma już to za sobą. Był klientem, z którym musiałam nawiązać kontakt.

Co sądzi Pani o dyskusjach na temat przywrócenia w Polsce kary śmierci?
Dzisiaj, po ponad 20 latach, trudno mi się na ten temat wypowiadać...

Ucieka Pani od odpowiedzi?
Bo mam mieszane uczucia. Myślę na przykład o tych, którzy muszą się teraz opiekować najbardziej niebezpiecznymi skazanymi... Wiem, jakie to trudne.

Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

20 minut oczekiwania

Rozmowa z Waldemarem Kowalskim, byłym zastępcą dyrektora Aresztu Śledczego w Gdańsku, pasjonatem historii, autorem pracy o gdańskich wyrokach śmierci

Kiedy wykonano ostatni wyrok śmierci w Gdańsku?
25 maja 1987 roku. Tego dnia został powieszony Paweł Tuchlin, zwany Skorpionem, seryjny morderca, sprawca dziewięciu zabójstw i 11 usiłowań zabójstw, który przez lata terroryzował Gdańsk i ówczesne województwo gdańskie.

Kto zabił Skorpiona?
Jeden z dwóch katów, wykonujących wówczas wyroki we wszystkich polskich więzieniach. Byli oni pracownikami na etatach Centralnego Zarządu Zakładów Karnych.

Na etatach katów?
Nie, a o ich dodatkowych zadaniach niewielu wiedziało. Ze zrozumiałych względów starano się im zapewnić anonimowość.

Można się skontaktować z tymi ludźmi?
Z tego co wiem, jeden z katów już nie żyje. O drugim nie mam żadnych wiadomości.

Jakie było wynagrodzenie kata?
Oprócz stałego wynagrodzenia, otrzymywał on za każdy wykonany wyrok równowartość półtorej pensji.

Można to jakoś przeliczyć na dzisiejsze pieniądze?
Pensje służby więziennej były w PRL stosunkowo duże, ale nie mogę podać konkretnej kwoty. Myślę jednak, że na kupno samochodu by nie wystarczyło.

Czy zawsze wieszano skazańców?
W latach 1945-1956 karę śmierci na Kurkowej wykonywano na dwa sposoby. Pospolici kryminaliści i zbrodniarze wojenni byli wieszani, politycznych rozstrzeliwano. Potem już tylko wykonywano wyroki przez powieszenie.

Za co gdańskie sądy orzekały najwyższy wymiar kary?
W mojej pracy przeanalizowałem sześć wyroków z lat 1960-1970 i 18 z okresu między 1970 a 1987 rokiem. Od 1970 roku skazywano wyłącznie morderców. Można ich podzielić na cztery grupy. Najliczniejsza, obejmująca 12 straconych, to mordercy na tle rabunkowym. Trzech z nich zabiło taksówkarzy. Dwie osoby skazano za zabójstwa na tle konfliktów rodzinnych, jedną za "zabójstwo skierowane przeciw wymiarowi sprawiedliwości".

Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

Pozbawił życia sędziego?
Ofiarą był wychowawca z Zakładu Poprawczego w Malborku, emerytowany major lotnictwa. Skazany, mimo młodego wieku, miał już na koncie próbę zabójstwa i był osobą bardzo zdemoralizowaną. Trzech kolejnych mężczyzn zostało straconych za zabójstwa na tle seksualnym. Krzysztofa K., który pozbawił życia studentkę z Bydgoszczy, podniecało na przykład wysysanie krwi. Henryk D. miał na sumieniu śmierć dwóch dziewczynek - dwuletniej i ośmioletniej. Trzeci był Tuchlin.

Czy rodziny się od nich odwróciły?
Różnie bywało. Przeważnie w pierwszym momencie, gdy dotarło do nich, co zrobili synowie, bracia, mężowie - odwracały się od nich. Potem niektórzy nawiązywali kontakt. Inaczej było w przypadku Tuchlina, którego bliscy długo nie wierzyli, że dobry mąż i ojciec mógł być sprawcą tak okropnych zabójstw. Kiedy zrozumieli, że to prawda, całkowicie ucięli kontakty. Żona zmieniła nazwisko, wyprowadziła się z dziećmi. Istotny wpływ na jej decyzje miało napiętnowanie społeczne.

Zapadał wyrok śmierci - i co dalej? Czy skazany trafiał do izolowanej celi?
Najczęściej traktowano go jako więźnia niebezpiecznego. Zresztą były to albo osoby bardzo agresywne, wyładowujące złość i frustrację na funkcjonariuszach i innych więźniach, albo "trwające w zamiarze ucieczki". Nie zostawiano ich samych w celach, zawsze towarzyszył im drugi więzień, specjalnie dobrany przez funkcjonariuszy.

Dobrowolnie?
Stosowano pewne zachęty, na przykład dodatkowe paczki albo obietnicę poparcia prośby o warunkowe przedterminowe zwolnienia. Coś za coś, bo bywało czasami niebezpiecznie.
Czy pozostali więźniowie wiedzieli, kiedy wykonywany był wyrok?
Domyślali się, bo w takich dniach nie było apelu o godzinie 18. Specjalnie wybierano taką porę, bo o godzinie 18 odbywała się wymiana załogi i obsada była podwójna. Trzeba było odpowiednio zabezpieczyć więzienie.

Kto towarzyszył skazańcowi w ostatniej drodze?
Naczelnik więzienia lub jego zastępca, prokurator, lekarz, duchowny. Tylko w jednym przypadku, na życzenie skazanego, księdza nie było. Prawo pozwalało na obecność adwokata, ale się nie zdarzyło, by którykolwiek z obrońców z tego skorzystał. No cóż, taki wyrok był dla adwokata porażką.

Ostatnie życzenie?
Niektórzy mieli kilka życzeń. Spośród 24 skazanych między 1960 a 1987 rokiem aż 14 chciało się wyspowiadać. Ponadto zanotowano sześć próśb o możliwość napisania listu do rodziny i pięć o papierosa. Tylko dwóch skazanych nic nie chciało.

Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

Gdzie wykonywano wyrok?
Na parterze budynku znajdowało się pomieszczenie, podzielone na kilka mniejszych pokoi. Zaraz za drzwiami był mały pokoik ze stolikiem dla prokuratora i umywalką. Obok mieściła się zabudowana spowiednica. Wyrok wykonywano w następnym niewielkim pomieszczeniu z zapadnią o głębokości 70-80 centymetrów i metalową belką przymocowaną do sufitu, na której wisiał sznur. Kat zwalniał zapadnię nogą. Potem zaczynało się oczekiwanie.

Oczekiwanie?
Ciało musiało wisieć przez 20 minut. Dopiero po tym czasie podchodził lekarz, który sprawdzał, czy skazany nie żyje. Jeśliby nadal żył, obowiązkiem kata było uchwycenie go w tułowiu i przez gwałtowny skręt złamanie kręgów szyjnych.

Zdarzało się, że ktoś przeżył wykonanie wyroku śmierci?
W Gdańsku nie, ale był taki przypadek w Poznaniu. Artur Grajzer, ostatni skazany za zbrodnie wojenne, był chory na raka. Guz nowotworowy na szyi nie pozwolił na zaciśnięcie się pętli. Wtedy kat wykonał swoją powinność. Przeważnie jednak śmierć przychodziła szybko. U osób cięższych dochodziło do zerwania kręgów szyjnych, lżejsze umierały przez uduszenie. W 18 ostatnich przypadkach gdańskich lekarze wpisywali do karty zgonu jako przyczynę śmierci "ostrą niewydolność krążeniowo-oddechową".

Czy ciało oddawano rodzinie?
Rodziny mogły zabrać ciała, ale nie korzystały z tej możliwości. Skazanych chowano wobec tego na koszt Skarbu Państwa.

Gdzie?
Po 1960 roku najpierw na cmentarzu na Srebrzysku, potem na Łostowicach. Wszystkie groby musiały być opatrzone imieniem i nazwiskiem, datą urodzin i śmierci. W 2006 roku, gdy zajmowałem się tym tematem, dzięki danym archiwalnym odnalazłem osiem takich grobów. Tylko jeden z nich miał nagrobek, widać było, że ktoś się o niego troszczy. Pozostałe były mocno zaniedbane. A już najbardziej ponure wrażenie zrobił na mnie grób Pawła Tuchlina na cmentarzu na Łostowicach. Zresztą nie wiem nawet, czy ta kwatera dziś nie została już przeznaczona pod następny pochówek. Za mogiłę prawdopodobnie nikt nie płacił, więc musiała zniknąć tak jak te wcześniejsze.

Ponure zakończenie ponurego życia... Czy jest Pan zwolennikiem przywrócenia kary śmierci?
Wolałbym nie odpowiadać na to pytanie.

Dlaczego?
Bo nie jest to temat, który można omówić w kilku zdaniach. Dziś karę śmierci w Europie wykonuje się tylko na Białorusi i na Łotwie. W Rosji, gdzie formalnie obowiązuje najwyższy wymiar kary, praktycznie od 10 lat nie wykonano ani jednego wyroku. W Polsce zresztą też tak było. Zenon G., ostatni skazany w Gdańsku na śmierć w 1995 roku za zabicie dwóch dziewczynek i usiłowanie zabójstwa kolejnych dwóch, ocalał na skutek zmiany prawa. Wyrok zamieniono na dożywocie. A to oznacza, że po 25 latach może wyjść na wolność. Zabijał w młodym wieku, może opuścić więzienie w 2020 roku, mając 46 lat. Chciałbym wierzyć, że będzie innym człowiekiem. Ale gwarancji nie mam.

Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

Wideo

Komentarze 4

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

N
Niniol

Ale wystarczy że w lokalnym Artieku zmasakrowane zostaną przyszłe kadry, to już się przemyca odpowiednie tematy w celu "odpowiedniego ukarania" sprawcy.

A
Ambasada Prusakow

Palenie skazanca na stosie, topienie w wodzie, wieszanie na sznurze, scinanie toporem, mieczem, gilotyna, czy sadzanie na krzeslo elektryczne albo duszenie gazem w komorze gazowej to przejaw zdiczenia i barbarzynstwa i jest niehumanitarne. Natomiast wykonanie kary smierci wspolczesnymi humanitarnymi metodami jest wskazane i ma silne ekonomiczne uzasadnienie jesli stosuje sie w laboratoryjnych warunkach zastrzyk znieczulajacy, usypiajacy i z trucizna. Spoleczenstwo oszczedza tu na dlugoletnim utrzymywaniu przyzyciau tak nedznej egzystencji mordercy. Trzeba tez pamietac, ze jesli w chrzescijanskiej Europie jeszcze zaledwie 200 lat temu za naplucie na Kruzyfix obcinano glowe katowskim toporem to dzis juz nie wolno otruc zamachowca, ktory wysadzilby w kosmos polowe Polski? To sa jakies jaja wienksze niz berety. Poza tym kazdego roku setki tysicy Polakow skazuje sie na smierc i wyroki wykonuje poprzez odmowe nalezytego leczenia na najwyzszym swiatowym poziomie i co? I nic.

a
aa

chodzi mi po głowie pomysł, co z takimi robić, ale nie wiem, gdzie go zaprezentować.
Proponuję : przywrócić karę śmierci, ale długo (kilkanaście lat ) zwlekać z jej wykonaniem. W tym czasie wykorzystać wszystkie możliwości odwołania i - powołać zespół np. z emerytowanych śledczych, którzy cały ten czas poszukiwaliby kolejnych dowodów - na winę, lub na niewinność skazanego.
Wiadomo, że przeciwnicy KS operują m.in. argumentem pomyłki sądowej. Taka procedura powinna ją wykluczyć. Precedens już jest - Specgrupa Policji z Krakowa, tropiąca niewyjaśnione zbrodnie.

j
jo

Jak ktoś zabił człowieka raz to potem przychodzi mu to łatwiej. Nawet dożywocie nie ukarze zbrodniarza tak, by poczuli to co czuła ofiara umierając w strachu oraz najbliżsi którym przyszło bez niej żyć. Niepotrzebni nam tacy w społeczeństwie.

Dodaj ogłoszenie