Czy drogowskazy ruszą do miasta?

Dariusz Szreter, szef magazynu Rejsy
Kadry decydują o wszystkim - wiedział to nie tylko Stalin, któremu przypisuje się tę sentencję. Ks. Tischner zauważył kiedyś z przekąsem, że nie zna nikogo, kto stracił wiarę na skutek lektury dzieł Marksa, natomiast niejednego, który odszedł z Kościoła przez swojego proboszcza.

W każdym razie, kiedy w 1524 roku gdańszczanie uznali, że chcą Kościoła, który będzie bardziej zorientowany na potrzeby duchowe wiernych niż na potrzeby materialne kapłanów (co ostatecznie zakończyło się triumfem luteranizmu), zaczęli od wygnania z miasta wszystkich dotychczasowych proboszczów.

Można się czasem zetknąć z poglądem, że dla osób prawdziwie wierzących "prowadzenie się" duchownych nie ma, a w każdym razie nie powinno mieć większego znaczenia. Mało tego, ewentualne błądzenie kapłana jest dodatkowym argumentem wzmacniającym wiarę, pokazującym, że każdy człowiek jest ułomny i potrzebuje Boskiej łaski do zbawienia duszy. Można by taki pogląd od biedy zaakceptować, gdyby rola księdza ograniczała się do przewodzenia liturgii. Jeśli jednak ma być nauczycielem, przewodnikiem? Miałby napominać innych, by nie czynili tego, co on sam robi? XIX-wieczny niemiecki filozof Artur Schopenhauer w swoich pismach postulował ascezę i współczucie jako sposób na przezwyciężenie tragizmu ludzkiego losu. Sam podobno jednak nie unikał bardzo doczesnych uciech. Kiedy ktoś zwrócił mu uwagę na rozdźwięk między jego nauką a praktyką życiową, miał jakoby powiedzieć: "a czy drogowskaz musi pójść do miasta?".

Schopenhauer, nawiasem mówiąc, ewangelik, urodzony w Gdańsku, jako autor popularnego podręcznika erystyki, czyli sztuki wyszukiwania argumentów przy prowadzeniu sporów, musiał doskonale zdawać sobie sprawę, że to riposta tyleż efektowna, co bałamutna. Człowieka, który oficjalnie głosi co innego, a prywatnie postępuje inaczej, określa się mianem hipokryty i nie szanuje, nawet jeśli jego pozycja społeczna nakazuje traktowanie go z atencją. Jaka jest lepsza metoda oceny wiarygodności agenta ubezpieczeniowego niż sprawdzenie, czy sam też ma taką polisę, do jakiej usiłuje nas namówić? Większość towarzystw ubezpieczeniowych zdaje sobie z tego sprawę, dlatego na początek wymaga od swoich agentów wykupienia firmowej polisy.

W katolicyzmie sytuacja jest szczególna, gdyż polisa nakłada na "klienta" wiele obwarowań, w skrajnych przypadkach wymagających odeń postawy wręcz heroicznej, np. godzenia się na ewentualną ciążę przy okazji każdego miłosnego uniesienia, rodzenia dzieci poczętych z gwałtu czy też dzieci, o których wiadomo, że przyjdą na świat z dużym stopniem upośledzenia. A z drugiej strony, osobom, które chciałyby mieć dzieci, ale z powodów medycznych nie mogą - nie oferuje się w zasadzie nic, poza modlitwą. Nie dziwi zatem, że wielu wyznawców niewiele sobie robi z tych zakazów. Ponieważ Kościół ma coraz mniej możliwości wymuszania zachowań zgodnych z jego nauką, pozostawały dwie drogi: albo liberalizować wymagania, albo pogodzić się z kurczeniem liczby wyznawców, przynajmniej na tak prestiżowym obszarze jak Europa. Z tym ostatnim wariantem wydawał się godzić Benedykt XVI.

Kiedy na jego następcę wybrano kardynała Bergoglia, wielu prawicowych publicystów z satysfakcją podkreślało, że w kwestiach takich jak aborcja, eutanazja, małżeństwa osób tej samej płci czy celibat ma on równie konserwatywne poglądy co jego poprzednik. Teoretycznie - tak, natomiast w praktyce - nie rezygnując z zawieszenia wysoko poprzeczki, nowy papież postanowił zwiększyć wiarygodność "agentów", w myśl założenia, że jeśli chce się zmienić świat, należy zacząć od siebie. Pod pewnymi względami to podejście jest bardziej rewolucyjne niż najbardziej progresywny progresizm.

Weźmy choćby taki cytat z wydanej właśnie po polsku książki "W niebie i na ziemi", zawierającej rozmowy kard. Bergoglia z rabinem Abrahamem Skórką (w kontekście dyskusji o związkach jednopłciowych): "Czasem osoba sprawująca posługę religijną zwraca uwagę wiernych na pewne aspekty życia prywatnego czy publicznego, gdyż jest ich przewodnikiem. Nie powinna jednak ingerować w niczyje życie osobiste. (…) Potępiamy nagonkę duchową, z którą mamy do czynienia wówczas, gdy osoba piastująca urząd religijny dyktuje wskazania, normy zachowania w taki sposób, że drugi człowiek czuje się pozbawiony wolności. (…) Należy bardzo jasno przedstawiać wartości, granice, przykazania, ale nagonka duchowa, duszpasterska nie jest dozwolona".

Czytając te słowa, mogę sobie wyobrazić, że niektórzy księża obawiają się, czy to aby na nich nie zaczyna się właśnie nagonka - wprost z samego Watykanu. I jakoś mi ich wcale nie żal.

Treści, za które warto zapłacić!
REPORTAŻE, WYWIADY, CIEKAWOSTKI


Zobacz nasze Magazyny: REJSY, HISTORIA, NA WEEKEND

Rekordowa cena za zaginiony obraz Matejki.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

J
JAŚ

Wszystkich pogodzi płacenie na Kościół dziesięciny!. Beneficjentów nie zabraknie, trzeba jakoś żyć, tłuścioszki. Modlić się i pracować, nie grzeszyć-mową, uczynkiem, zaniedbaniem sprośnych myśli...

Dodaj ogłoszenie