Czasem wystarczy jedno zdanie, żeby zobaczyć świat z innej strony. Rozmowa o mądrości chińskich aforyzmów

Dariusz Szreter
Dariusz Szreter
archiwum Kamila Zeidlera
- Istotą aforyzmu jest to, że on nam coś podpowiada, że jest dobrą radą, ujęciem otaczającego nas świata - podręcznikowym, a zarazem bardzo skróconym w formie. Wielu mistrzom, mędrcom udawało się zamknąć to w jednym, dwóch, trzech zdaniach. To coś niebywałego, i jest to umiejętność zachwycająca - mówi prof. Kamil Zeidler, autor książki „Mądrość chińskich aforyzmów”.

Skąd u prawnika, specjalisty od teorii i filozofii państwa i prawa, zainteresowanie chińskimi aforyzmami?

Zaczęło się to jeszcze na przełomie szkoły podstawowej i średniej. Wśród przyjaciół wymienialiśmy się wtedy różnymi książkami i w moje ręce trafiły publikacje dotyczące szeroko rozumianej filozofii Chin, a później też i Japonii. Była wśród nich m.in. „Sztuka wojny” Sun Tzu, a następnie dużo prac dotyczących zen - japońskiej odmiany buddyzmu. Potem pojawiły się książki, takie jak „Tao Te King”, czyli „Droga” Lao-Tsy, dialogi konfucjańskie i... jakoś tak to poszło. Chciałem jak najwięcej z tych książek wchłonąć, a wiadomo, że percepcja człowieka jest ograniczona, a zarazem to, z czym się zapoznajemy, jest dla nas nierównomiernie fascynujące.

Są takie fragmenty każdej książki, filmu czy płyty, które lubimy bardziej i takie, które mniej nam odpowiadają. Zacząłem więc sobie wynotowywać te fragmenty z poszczególnych dzieł, które najmocniej mnie zaintrygowały. Moje najstarsze zbiory aforyzmów, bardzo różnych, bo nie tylko dotyczących Azji Wschodniej, powstały mniej więcej ćwierć wieku temu.

Utworzenie w 2007 roku na Uniwersytecie Gdańskim Centrum Studiów Azji Wschodniej zbiegło się z tymi moimi zainteresowaniami, które - i to muszę na wstępie wyraźnie zaznaczyć - miały charakter bardziej hobbystyczny aniżeli naukowy. Niemniej jednak prawie od samego początku współpracowałem z Centrum, a od 2011 roku mam przyjemność nim kierować. Jest bowiem takie chińskie przysłowie: „Jeżeli będziesz lubił swoją pracę, to nigdy nie będziesz chodził do pracy”.

Skąd u myślicieli chińskich taka predylekcja do tworzenia właśnie aforyzmów? Wspomniana tu przez pana „Droga” Lao-Tsy to jest jednocześnie i traktat, i zbiór maksym. Czy to wynika z jakiejś specyfiki tamtejszej myśli, że każde zdanie musi być jednocześnie podsumowaniem?

Faktycznie, wydaje się, że to jest specyficzna cecha różnych nurtów filozoficznych i religijnych Dalekiego Wschodu. Otóż wykształcił się tam system nauczania, który budował szczególną więź pomiędzy nauczającym, czyli mistrzem, a uczniami.

Bardzo często, zwłaszcza jest to widoczne w buddyzmie, przekazywanie wiedzy sprowadzało się do tego, że uczeń dostawał zadanie od rozwiązania. Mogło to być nawet jedno zdanie, które miało sprawić to, że uczeń zobaczy świat z innej strony, a być może nawet doprowadzić go do oświecenia

.
Łączy się to także z azjatyckim dążeniem do doskonałości, bo proszę zwrócić uwagę, że w Azji wszystko jest sztuką. Każda czynność dnia codziennego może urosnąć do tej rangi. Mamy zatem sztukę parzenia herbaty, sztukę układania kwiatów, sztuki walki. Samo słowo „sztuka” ma w sobie ukryte dążenie do doskonałości, ze świadomością, że ona nigdy nie zostanie osiągnięta. I chyba to jest najważniejsze w tej idei myśli wschodniej: nieodparte dążenie do doskonałości, zarówno w rozwoju mistrza, jak i ucznia. A że udawało się to wielu mistrzom, mędrcom zamknąć w jednym, dwóch, trzech zdaniach, to coś niebywałego, i to jest umiejętność nas zachwycająca. Choć wypadałoby też wspomnieć, że aforystyka jest też bardzo ważnym działem porządkowania myśli stosowanym przez europejskich filozofów. Wystarczy choćby wymienić „Rozmyślania” Marka Aureliusza, czy „Aforyzmy o mądrości życia” Arthura Schopenhauera.

Czy wybór takiej formy można określić jako efekt pragmatycznego podejścia do filozofii: że nie tylko opisujemy świat, ale jednocześnie chcemy go zmienić, albo przynajmniej zmienić siebie.

Trafia pan w punkt. Aforystykę traktuję jako dział wiedzy o charakterze stricte normatywnym, to znaczy wyznaczającym wzory postępowania. Podobnie jak wyróżniamy na przykład etykę normatywną. Nie badamy historii etyki, nie zastanawiamy się nad treścią poszczególnych zaleceń etycznych, tylko traktujemy zbiór tych zaleceń jako wyznacznik dla naszego postępowania. I tak jest właśnie z aforyzmami. Istotą aforyzmu jest to, że on nam coś podpowiada, że jest dobrą radą, takim podręcznikowym, a zarazem bardzo skróconym w formie - ujęciem otaczającego nas świata.

Trzy podstawowe kierunki starożytnej myśli chińskiej to konfucjanizm, taoizm i buddyzm, choć ten ostatni przywędrował z Indii. Na podstawie przytaczanych przez pana aforyzmów pochodzących z tych trzech szkół, można jednak odnieść wrażenie, że nie były one sobie przeciwstawne, ale raczej komplementarne. Niektóre maksymy brzmią wręcz identycznie.

Bardzo często w sztuce chińskiej przedstawia się trzech mistrzów: Konfucjusza, Lao-Tsy i Buddę, którzy zgodnie podróżują razem.

W Chinach nie było wojen religijnych, takich jakie znamy z historii Europy. Oczywiście w różnych okresach, zwłaszcza w starożytności, poszczególne szkoły filozoficzne i religijne rywalizowały ze sobą i w zależności od tego, która zdobyła przychylność władcy, ta była promowana.

Żeby jednak ten obraz nie był zbyt polukrowany, trzeba powiedzieć, że publiczne palenie książek, które nam się kojarzy z okresem rządów Hitlera w Niemczech, to nie był pomysł ani nazistowski, ani nawet rodem ze średniowiecznej Europy, gdzie obowiązywał indeks ksiąg zakazanych. Nie, to jest pomysł pierwszego cesarza Chin, który wprowadzając oficjalną doktrynę, kazał niepasujące do niej księgi zniszczyć. Na szczęście wiele z nich przetrwało.

Duża część chińskich aforyzmów poświęcona jest relacjom między poddanymi a władcą: obowiązkom zwykłego człowieka w stosunku do władzy, ale też obowiązkom rządzących wobec państwa i jego mieszkańców. Czy ten związek między myślą chińską a teorią rządzenia państwem wynika z faktu, że Chińczycy, i w ogóle społeczeństwa Dalekiego Wschodu są nastawione dużo bardziej kolektywnie, a nie indywidualistycznie, jak na Zachodzie?

Spór liberalizmu z komunitaryzmem to bodaj największy spór drugiej połowy XX i początku XXI wieku. Z jednej strony mamy podejście zachodnie, mocno indywidualistyczne, oparte na myśli liberalnej, neoliberalnej, mówiącej o jednostce, jej wolnościach, jej prawach i gwarancji tych praw.

Ale im bardziej będziemy obracali globus w stronę Wschodu, tym bardziej to jednostka znika z pierwszego planu, a coraz ważniejsze staje się grupa oraz przekonanie, że jednostka bez tej grupy nie ma żadnego znaczenia. Że jednostka dopiero przez swoje zadania, obowiązki wobec całości społeczeństwa - od rodziny, przez wspólnotę czy to wiejską czy dzielnicy, aż po wspólnotę państwową - może się zrealizować

.
I to jest fakt - troska o dobro wspólne jest bardzo ważna na Wschodzie i praktycznych przykładów na to, z życia codziennego w Chinach czy w Japonii, możemy znaleźć bardzo wiele.

Tak, ale możemy też znaleźć bardzo drastyczne przykłady, jak państwo potrafi prześladować nie tylko jednostki, ale też całe grupy wyznaniowe czy narodowe, uznawane za niewygodne. Dopiero co czytałem wstrząsający raport o tak zwanych obozach reedukacyjnych dla Ujgurów, muzułmanów zamieszkujących północno-zachodnią część Chin.

Bardzo często podnoszone są zarzuty dotyczące naruszania praw człowieka w Chinach, które przecież - pomimo wybrania „trzeciej drogi” - nadal są państwem niedemokratycznym. Na tę kwestię nakłada się jednak jeszcze jeden spór - między uniwersalizmem a regionalizmem praw człowieka. Dotyczy on tego, jak rozumiemy poszczególne prawa człowieka, jaka jest ich treść.

W 2009 roku uczestniczyłem w konferencji zorganizowanej w Pekinie przez Międzynarodowe Stowarzyszenie Filozofii Prawa i Filozofii Społecznej IVR. Jeden jej dzień w całości poświęcony był właśnie prawom człowieka, i przez cały ten dzień miejscowi profesorowie wykazywali, że pod tym względem u nich wszystko jest w najlepszym porządku. Tylko że te prawa człowieka są po prostu inaczej rozumiane. Zarazem zarzucali nam, ludziom Zachodu, europocentryzm - próbę narzucenia czegoś, co jest dla nich, Chińczyków, obce kulturowo. A przecież to u nich wątki praw człowieka pojawiały się w literaturze już dużo wcześniej, aniżeli w najstarszych traktatach filozofii europejskiej. No, ale tutaj rzeczywiście możemy sobie postawić pytanie, jak w tamtym ujęciu ma wyglądać szacunek dla życia, dla wolności czy dla godności pojedynczego człowieka. My w Europie, stojąc na stanowisku liberalnym, stawiamy jednostkę na pierwszym planie.

Doprawdy specyficzne to rozumienie praw człowieka. Eksterminacja, wynarodowianie, zastępowanie kultury mniejszości, kulturą chińską, języków lokalnych - mandaryńskim…

Każda kultura, która w danym momencie była na tyle silna, żeby zdominować inne kultury, ma takie trupy w szafie. Przypomnijmy sobie czasy kolonializmu, nie tak przecież odległe. Nie minęło nawet sto lat od wydarzeń, których powinniśmy się jako Europejczycy wstydzić.

Ale my nie mówimy, że to było swoiste rozumienie praw człowieka, tylko nasze dawne barbarzyństwo nazywamy po imieniu. Stąd zresztą wziął się na Zachodzie nurt cancel culture - kultury unieważniania, która wyraża się m.in. w obalaniu pomników tych, którzy kiedyś byli uznani za bohaterów narodowych, a z punktu widzenia dzisiejszych standardów, okazali się tego niegodni.

Tak, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych jest to podnoszone szczególnie silnie. Pojawiły się nawet głosy, żeby usunąć pomnik Kolumba z Columbus Circus na Manhattanie. To się dzieje, ale - mówiąc tak potocznie - nie wiem czy to nie jest przegięcie w drugą stronę.

Wróćmy do Chin. Te średniowieczne prądy filozoficzne, o których rozmawiamy, okazały się na tyle silne, że nie udało się ich wytępić nawet komunistom. Ba, niektórzy twierdzą nawet, że maoizm im ostatecznie uległ.

Mówimy o cywilizacji, która trwa nieprzerwanie przez 5000 lat, i która jako jedyna zachowuje swoją ciągłość. Jeśli popatrzymy na to z punktu widzenia norm społecznych, to prawo jest bardzo łatwo zmienić. Natomiast przyzwyczajenia, pewne wzorce kulturowe, sprawy związane z tym, jak ludzie są wychowywani od najmłodszych lat, są tak mocno zakorzenione, że próba ich zmiany jest niemalże niemożliwa, a jeśli, to wymaga nie lat, a pokoleń.

Weźmy choćby rewolucję kulturalną. To miało być radykalne odcięcie się od wszystkiego, co powstało w przeszłości, ale cała ta idea i sposób jej realizacji, poza ogromnymi zniszczeniami kultury Chin, nie przyniosły żadnego rezultatu. Zmienił się system, z państwa despotycznego - cesarstwa, na państwo totalitarne, ale zmieniła się jedynie warstwa zewnętrzna, narracja, natomiast wzorce społeczne pozostały te same. Cesarz został zastąpiony przez przewodniczącego Mao, porzucono mandżurski styl fryzur, zaczęto się inaczej ubierać - nałożono mundurki, na flagach pokazywano Marksa, Engelsa, Lenina i Mao, ale dla zwykłego człowieka, mieszkającego na wsi, życie dalej wyglądało tak samo. I teraz mamy XXI wiek, Chiny wybierają trzecią drogę, i dalej są państwem, które jest rządzone centralnie. I znowu zwykłego człowieka prawdopodobnie interesuje jego codzienne życie, a nie to, co się dzieje w warstwie państwowo-ideologicznej. Jest taki aforyzm, który cytuję w mojej książeczce: „Jeżeli nie chcesz się rozczarować, to nie jedź do Pekinu”. Proszę zwrócić uwagę, że już kilka lat temu przewodniczący Xi Jinping zaczął w oficjalnych przemówieniach wracać do Konfucjusza. Konfucjusz pasował w starożytności, potem neokonfucjanizm panował aż po XX wiek, i dzisiaj nagle okazuje się, że Konfucjusz także pasuje do oficjalnej ideologii państwowej.

Sam Mao też publikował wybory swoich maksym. Jaka jest ich wartość?

Z jednej z podróży do Chin przywiozłem sobie słynną „Czerwoną książeczkę” z jego myślami i nawet kilka fragmentów wybrałem do tego mojego wyboru „Mądrości chińskich aforyzmów”, ale miałem ambiwalentne uczucia, cytując Mao. Po pierwsze, ze względu na niego samego i różne podejmowane przez niego drastyczne i okropne decyzje. Sami Chińczycy zresztą mówią dziś, że w iluś tam procentach Mao się mylił. Z drugiej strony był to też jakiś etap rozwoju myśli chińskiej i trzeba powiedzieć, że Mao się w nią wpisał tą książeczką, która jest wyborem cytatów z jego rozlicznych prac i przemówień. Oczywiście są tam rzeczy, które dzisiaj, w nas, zwłaszcza w tych, którzy jeszcze pamiętają czasy PRL, wzbudzają co najwyżej uśmiech. A jednak wśród różnych jego sentencji są myśli bardzo praktyczne i zwyczajnie użyteczne. Więc czy dlatego, że to Mao, i że ta książeczka jest „Czerwona” powinniśmy ją skreślić i wyrzucić do kosza? Na pewno spośród jego wielu przemyśleń można znaleźć coś dla nas atrakcyjnego.

Czy dla Europejczyków w ogóle jest możliwe pojęcie umysłowości i duchowości chińskiej? Są bowiem tacy, którzy twierdzą, że to tak odrębne systemy postrzegania rzeczywistości, że wszelkie próby zbliżenia są skazane na niepowodzenie. A i sami Chińczycy mają ponoć silne poczucie wyższości swojej kultury i jej niedostępności dla innych.

Kiedyś w Hongkongu rozmawiałem z pewnym mnichem buddyjskim i zapytałem go, co trzeba zrobić, żeby zostać buddystą. W tamtym czasie buddyzm stał się w Polsce na tyle popularny, że nawet jeden z moich przyjaciół ze studiów zaczął twierdzić, że jest buddystą, co było dla mnie trochę podejrzane, bo on jednocześnie jeździł na polowania, no ale tak deklarował.

I ten mnich powiedział mi: Zostanie buddystą jest bardzo proste. Wystarczy podjąć teraz taką decyzję i wytrwać w niej przez siedem pokoleń.

Prawdziwe oblicza atrakcji turystycznych: tego nie widać na ...

Siedem pokoleń czy siedem wcieleń?

Pokoleń. Gdybyśmy teraz zaczęli, panie redaktorze, to nasze praprapraprawnuki może zostaną buddystami. Oczywiście on sobie zażartował, ale wydaje mi się, że ta opowieść w dużym stopniu to oddaje tę przepaść kulturową pomiędzy światem Wschodu i Zachodu. Oczywiście pod pewnymi względami współcześnie bardzo się do siebie zbliżamy. Garnitur na świecie wszędzie wygląda tak samo. Zjeść w McDonald’s możemy już nie tylko w Pekinie, Tokio, czy w Warszawie, ale również w dużo mniejszych miastach we wszystkich tych krajach. Z drugiej strony to jest tylko i wyłącznie pewna unifikacja kultury na tym poziomie międzynarodowym. Co nie znaczy, że na poziomie umysłowości i codziennego życia zwykłego człowieka, te różnice nadal nie pozostają daleko idące.

Kamil Zeidler - profesor nauk prawnych, kierownik Katedry Teorii i Filozofii Państwa i Prawa Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Gdańskiego, dyrektor Centrum Studiów Azji Wschodniej UG. Czytając, pisząc i podróżując, kolekcjonuje mądrości wschodnich mędrców, a im więcej ich ma, tym więcej błędów sam popełnia, chociaż - jedno trzeba mu oddać - przynajmniej się stara...

Trwa sezon na arbuzy. Jak wybrać najlepszego?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie