Czas powiedzieć jak było naprawdę na Westerplatte

Grażyna Antoniewicz
Na przepustce do Gdyni. Holownik Marynarki Wojennej podczas zdejmowania cum. Na górnym pokładzie mjr Henryk Sucharski Zdjęcia pochodzą z monografii "Westerplatte"
Mamy ogromny materiał źródłowy, ale polscy badacze ulegli urokowi wspomnień westerplatczyków - mówi Andrzej Drzycimski.

Najnowsza, dwutomowa monografia Andrzeja Drzycimskiego o Westerplatte stanowi ukoronowanie ponadtrzydziestoletnich zainteresowań badawczych Wojskową Składnicą Tranzytową w Wolnym Mieście Gdańsku.

- Jesteśmy zakodowani, że historia prawdziwa Westerplatte zawarta jest w opowieściach uczestników wydarzeń i przyjmujemy je jako bardzo wiarygodne - opowiada historyk.- Tymczasem załoga Westerplatte została poddana ekstremalnej, niewyobrażalnej dla nas sytuacji i jako ludzie mieli prawo opowiadać wiele, choć nie zawsze zgodnie z rzeczywistym przebiegiem wydarzeń. Dlatego że albo słyszeli, albo się to im wydawało, albo widzieli tylko wąski wycinek zdarzeń. Natomiast historyk nie może tego powtarzać, on musi chłodno popatrzeć, dokonać analizy relacji, a tam, gdzie to jest możliwe, porównać z dokumentami.

Telegraficzne zapiski

Tym bardziej że zachowały się notatki pisane na żywo, polskie i niemieckie. Jest dzienniczek majora Sucharskiego, jego zapiski codzienne - krótkie, wręcz telegraficzne, które trzeba rozszyfrowywać. Po drugiej stronie mamy szczegółowe zapiski dowódcy Schleswiga-Holsteina - sporządzane na pokładzie, zamienione później w pokładowy dziennik działań bojowych. W 1939 roku dziennik ten został złożony w archiwum, opieczętowany. W 1945 roku przejęli go Brytyjczycy i po iluś tam latach oddali Niemcom.

- Okazuje się, że wiele wydarzeń, które zostały opisane w relacjach z tych siedmiu dni, nie ma żadnego pokrycia w dokumentach - zapewnia historyk. - W dzienniku pokładowym czytamy na przykład, że wystrzał artyleryjski był o godzinie 4.47, a nie o 4.45, dlatego że Schleswig-Holstein manewrował w kanale i nie był w stanie ustawić się do strzału.

Andrzej Drzycimski zbierał materiał do historii Westerplatte przez trzydzieści parę lat, znał wielu westerplatczyków, ale impulsem do napisania monografii stał się pierwotny scenariusz filmu "Tajemnice Westerplatte"

- Wyjątkowo zły - mówi historyk. - Chyba wówczas ktoś mi go pokazał - wspomina. - Jak go przeczytałem, uznałem, że tak nie może być, jeśli los da mi czas i szansę, muszę napisać historię Westerplatte opartą na źródłach. Pozrywałem wszystkie kontrakty, odłożyłem inne prace. Myślałem, że potrwa to góra dwa lata. Tymczasem od 2008 roku nie wychodziłem z archiwów - opowiada.

Fotograf Hitlera

Podczas poszukiwań materiałów zdarzały się zaskakujące odkrycia. Pewnego razu niespodziewanie odnalazł oryginalne niemieckie zdjęcia propagandowe z pierwszych dni wojny...

- W Muzeum Marynarki Wojennej w Gdyni pokazano mi zbiór fotografii. Gromadzono je od początku lat 60., były uporządkowane, naklejone na specjalne kartoniki. Niektóre były mi znane i znajdują się w wielu miejscach, w archiwach, bibliotekach naukowych i muzeach, inne widziałem po raz pierwszy - opowiada. - Jednak poza tym, że są one interesujące, nic więcej o nich nie wiedziałem. Nieoczekiwanie jedna z fotografii odkleiła się od kartonika. Na odwrocie ze zdumieniem zobaczyłem oryginalną pieczątkę niemiecką.

Okazało się, że pod pozostałymi także znajdują się pieczątki, wskazujące, że są to zdjęcia, które wysyłano do agencji prasowych na świecie we wrześniu 1939 roku.

- Udało mi się rozszyfrować nazwiska fotografów - opowiada. - Przypomniałem sobie, że w dzienniku pokładowym Schleswiga-Holsteina widnieje zapis: "Na pokład w Świnoujściu wsiada pięć osób personelu prasy i filmu". Wśród zdjęć z muzeum moją uwagę zwróciło szczególnie jedno nazwisko - Heinrich Hoffmann, osobisty fotograf Adolfa Hitlera od 1923 roku. Były nawet jego berliński adres i numer telefonu.

To w jego monachijskim studiu przyszły wódz III Rzeszy poznał laborantkę i modelkę, 17-letnią Ewę Braun. Hoffmann był w Gdańsku 1 września, gdy rozpoczęło się ostrzeliwanie Wojskowej Składnicy Tranzytowej na Westerplatte. Fotografował walkę i wysyłał zdjęcia do Berlina, skąd trafiały do agencji prasowych w Europie

W Muzeum Marynarki Wojennej znajdują się też zdjęcia Hitlera w Gdańsku. Wódz III Rzeszy koniecznie chciał zobaczyć Westerplatte, które urosło do rangi symbolu. Chciał zrozumieć, dlaczego pokonanie oporu polskich żołnierzy tak długo trwało.

Przyleciał samolotem. Od 19 września mieszkał w Grand Hotelu w Sopocie. Dwa dni później razem ze sztabem wybrał się zobaczyć Westerplatte, przy Żurawiu wsiadł na okręt i dopłynął do przystani. Zwiedzał teren Wojskowej Składnicy Tranzytowej, zatrzymywał się nad wielkimi lejami bombowymi, ale przede wszystkim chciał zobaczyć mur gruby na pół cegły, który miał chronić składnicę.

Potem poszedł do koszar, ze zdumieniem patrzył, że nie są one nadzwyczajne. Szczegółowo wypytywał dowódcę okrętu o przebieg walk.

- Widać na jego twarzy zaskoczenie, że Westerplatte, które miało być natychmiast zdobyte i, mimo zapewnień dowódcy niemieckiej kompanii szturmowej, że obiad będą jedli na Schleswigu-Holsteinie, broniło się tak długo - dodaje historyk.

W raporcie z listopada 1939 roku dowódca Wehrmachtu pisze, że był to przykład, jak nie należy zdobywać terenu.

Od momentu kapitulacji Westerplatte było miejscem, do którego przybywali przedstawiciele różnych władz i wojskowi. Pojawili się dowódca Kriegsmarine, dowódca Luftwaffe, feldmarszałek Göring, dowódcy wojsk lądowych, przybywali dyplomaci, attaché wojskowi. Licznie odwiedzała to miejsce niemiecka ludność Gdańska. Z tych wizyt zachowało się dziesiątki fotografii.

Andrzej Drzycimski, przeszukując archiwa, był zaskoczony liczbą dokumentów, jakie się w nich zachowały.
- Przetrwały na przykład niemal wszystkie pisemne rozkazy wydane w składnicy Westerplatte od 20 stycznia 1926 roku do 31 sierpnia 1939 roku. Jest pełna dokumentacja budowlana i wiele map.

Wyłania się z nich obraz Westerplatte jako bardzo dobrze zorganizowanej i świetnie wyposażonej jednostki, ze skrupulatnie dobraną i szkoloną kadrą oficerską. To był jedyny wówczas pododdział regularnego wojska polskiego poza granicami Rzeczypospolitej.

- Po zakończeniu pierwszej wojny światowej decyzjami Ligi Narodów przekazano Polsce w wieczyste użytkowanie część półwyspu znajdującego się na terytorium Wolnego Miasta Gdańska. Na Westerplatte powstał basen portowy przeznaczony do przeładunku amunicji.

Na początku załoga była wyłącznie wojskowa. Dzieliła się na oddział wartowniczy służby zasadniczej i na zawodowych podoficerów. Pierwsi zmieniali się co pół roku, drudzy co około dwa lata, ale byli tacy, którzy pozostali w składnicy aż do wojny. Stopniowo, od 1927 roku, zaczęto wprowadzać pracowników cywilnych jako urzędników i pracowników kontraktowych. Pracownicy cywilni rekrutowali się ze specjalnie przeniesionych do rezerwy podoficerów zawodowych, mających doświadczenie frontowe.

W drugiej połowie lat 30. Westerplatte staje się nowoczesną redutą, mającą broń polskiej produkcji najwyższej jakości, najnowocześniejszą, jaką posiadała nasza armia.

- Ta broń była testowana, zanim dotarła na Westerplatte. Tyle że zgodnie z traktatem wersalskim i decyzjami Ligi Narodów, myśmy tam nie mogli mieć oddziału uzbrojonego, niczego nie wolno było mieć, poza bronią strzelecką, czyli karabinem, a my tam mieliśmy armatę polową, moździerze, działa przeciwpancerne, uzbrojenie przemycano koleją. Zabrakło nam dział przeciwlotniczych, nie zdążyliśmy ich otrzymać, bo ostatni przemycany transport został skonfiskowany. Szkoda, bo oprócz broni, były w nim też stół operacyjny i lekarstwa.

Szpieg z Nowego Portu

O tym, jak bardzo niemiecki wywiad interesował się Westerplatte, świadczy historia Feliksa Chmieleckiego, fotografa z Nowego Portu, który robił większość zdjęć na Westerplatte do 1932 roku. Felix Chmielecki mieszkał przy Fischerstrasse 6 (obecnie ul. Rybołowców). To on najczęściej uzyskiwał zgodę komendy na robienie zdjęć wymieniającego się co pół roku oddziału wartowniczego na Westerplatte, bowiem na teren Wojskowej Składnicy Tranzytowej nie można było normalnie wejść.

Pewnego razu wybuchła cała afera, gdy Chmieleckiego złapano w Gdyni przy robieniu zdjęć obiektom wojskowym. Zaczęło się dochodzenie i okazało się, że fotograf z Nowego Portu jest... agentem wywiadu niemieckiego.

- Ta książka ma na celu pokazanie, że mamy historię Westerplatte doskonale zapisaną w archiwach polskich i niemieckich. Jest historia Wojskowej Składnicy Tranzytowej od pierwszego rozkazu w 1926 roku zarówno komendanta, jak i dowódcy oddziału (zachowały się dwa rozkazy ręcznie pisane), jest ostatni rozkaz, który kapitan Dąbrowski wydał podległemu mu oddziałowi wartowniczemu na rozprowadzenie wart, z 31 sierpnia 1939 roku, z godzin popołudniowych.

A po drugiej stronie mamy ogromny materiał źródłowy nie tylko ze Schleswiga-Holsteina, ale i z floty trałowców oraz pilotów bombardujących Westerplatte. Wszystko jest, tylko polscy badaczy ulegli urokowi wspomnień westerplatczyków. Tej legendy nie można budować jedynie na wspomnieniach, trzeba też wziąć i otworzyć teczki.

Życie codzienne i wojna

Książka Andrzeja Drzycimskiego składa się z dwóch, liczących w sumie około 900 stron, tomów, z których pierwszy nosi tytuł "Reduta w budowie 1926-1939", a drugi - "Reduta wojenna 1939". Znajdziemy w nich przedstawioną genezę utworzenia składnicy, historię jej budowy, a także informacje o codziennym życiu stacjonujących tu żołnierzy, w tym o rozrywkach, jakim się oddawali (składnica wyposażona była m.in. w boisko, kort tenisowy, przystań kajakową i bibliotekę).

Przygotowaniom militarnym Niemiec do wojny z Polską o Gdańsk oraz siedmiu dniom walk polskiej załogi poświęcony jest tom drugi. Monografia ukazała się nakładem Fundacji Gdańskiej.

Krótko po tej publikacji pojawił się album Andrzeja Drzycimskiego i Janusza Górskiego "Reduta Westerplatte", który został wydany przez Oficynę Gdańską.

Andrzej Drzycimski

Doktor historii, publicysta, rzecznik przewodniczącego NSZZ Solidarność, a następnie prezydenta Lecha Wałęsy, jest autorem i współautorem ponad 20 książek. To jego piąta książka na temat Westerplatte.

[email protected]

Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

i
ion
Drzycimski przedstawia znane od dawna fakty jako własne odkrycia. Nie stać, żeby przyznać sie do tego, że inni już dawno napisali o tym, co on właśnie "odkrywa",
Dodaj ogłoszenie