Co robią samorządowcy po przegranych wyborach?

    Co robią samorządowcy po przegranych wyborach?

    Grażyna Szyszka

    Gazeta Wrocławska

    Gazeta Wrocławska

    Życie po wyborach, czyli jak sobie radzą znani samorządowcy, którzy przegrali przed czterema laty
    Józef Kusiak, były prezydent Jeleniej Góry, pracy szukał pół roku

    Józef Kusiak, były prezydent Jeleniej Góry, pracy szukał pół roku ©Marcin Oliva Soto

    Jak to jest, gdy po latach rządzenia gminą okazuje się, że wyborcy nie udzielili już kolejnego mandatu zaufania i postawili na innych? Czy prezydentom i wójtom, po przegranych wyborach, trudno jest się odnaleźć w nowej rzeczywistości?

    Zbigniew Rybka rządził Głogowem przez dwie kadencje z rzędu (1998-2006). W ostatnich wyborach samorządowych, po dogrywce, przegrał o włos z Janem Zubowskim. Były prezydent przyznaje, że porażka nie jest przyjemna, ale musi być wkalkulowana w życie polityka czy prezydenta. - Nie chciałem startować trzeci raz, ale namówili mnie - mówi Zbigniew Rybka. - Uważałem i uważam, że dwie kadencje wystarczą, by zrealizować plany i cele. W każdej dziedzinie potrzeba nowego spojrzenia, inaczej wdziera się rutyna - tłumaczy.

    Jak dodaje, tacy doświadczeni samorządowcy jak on po wyborach, zamiast być pomocą i służyć radą następcom, są często niszczeni i obwiniani o całe zło tego świata. - Ja taki nie byłem. Obejmując miasto po Jacku Zielińskim, pamiętałem o tym, co dobrego zrobił, choć z wieloma rzeczami też się nie zgadzałem. A obecna ekipa ciągała Rybkę po sądach i przypisywała mi sa-me przekręty - opowiada były prezydent Głogowa.

    Po wyborczej porażce Zbigniew Rybka nie zasilił szeregów bezrobotnych. Od razu dostał propozycję szefowania w jednym z banków. Ale po półtora roku doszedł do wniosku, że finanse to nie jest najlepsza dziedzina dla magistra sztuki, i przeszedł do Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Głogowie, o której powstanie, jako prezydent, mocno zabiegał. - Nie wszyscy mieli tyle szczęścia, co ja - twierdzi. - Znam wielu przegranych, którzy nie mogli znaleźć pracy. Dlaczego? Nie mają już władzy, więc traktuje się ich jak wrogów - wyjaśnia.

    Jak mówi, chce wrócić do pracy w samorządzie, ale teraz jako radny sejmiku dolnośląskiego.

    Przed poprzednimi wyborami samorządowymi z polityki wycofał się Jan Wysoczański, przez wiele lat burmistrz Świebodzic. Powód? Zmiana ordynacji wyborczej, która uniemożliwiła mu start w wyborach. Wysoczański miał bowiem na koncie prawomocny wyrok za nadużycie uprawnień i działanie na szkodę gminy. Gdyby nie prawo, być może mimo to wygrałby w cuglach. Tak było w 2004 roku, kie-dy został skazany. Stracił stanowisko, ale nie złożył broni. Sześć tygodni później wystartował w przedterminowych wyborach (prawo wtedy na to pozwalało) i uzyskał ponad 70-procentowe poparcie mieszkańców.

    Ludziom nie przeszkadzały oskarżenia prokuratury. Dla nich był dobrym gospodarzem, dbającym o najbiedniejszych i o miasto. Zapowiadali, że jak będzie trzeba, znów pójdą do urn, by poprzeć go jako gospodarza.

    Dziś Wysoczański zajmuje się własnym biznesem. To jedna z najbardziej malowniczych postaci w samorządzie regionu wałbrzyskiego ostatnich lat. Impulsywny (zasłynął z tego, że rzucił krzesłem w dziennikarza telewizji), bogaty (jego majątek szacowany był na kilkanaście mln zł) i kontrowersyjny. Zapewniał, że do polityki już nie wróci. - Już mnie to nie interesuje, ale zawsze podkreślam, że wszystko, co robiłem, zawsze robiłem dla dobra gminy - mówi sam zainteresowany.
    Cztery lata temu wynik wy-borów samorządowych zaskoczył działaczy lewicy w Jeleniej Górze. W głosowaniu, już w pierwszej turze, przepadł ówczesny prezydent miasta Józef Kusiak, który na stanowiskach prezydenta i wiceprezydenta przepracował 12 lat. Choć był jednym z najbardziej rozpoznawalnych polityków Sojuszu Lewicy Demokratycznej w regionie, mieszkańcy uznali, że w urzędzie nadszedł czas na zmiany. Były prezydent wszedł wprawdzie do rady miejskiej Jeleniej Góry z listy SLD, ale życie zawodowe musiał układać sobie zupełnie na nowo. Gdy ogłoszono wyniki wyborów, zapytaliśmy go o plany. Wówczas zapewniał, że nie przygotował sobie żadnego miękkiego lądowiska na wypadek klęski.

    - Do emerytury pozostało mi 10 lat, będę się musiał czymś zająć - tłumaczył.
    Józef Kusiak przyznał, że nie miał czasu na roztrząsanie porażki. Musiał szukać pracy, bo miał na utrzymaniu rodzinę. Zajęło mu to jednak pół roku. Znalazł zatrudnienie w Wyższej Szkole Menedżerskiej w Legnicy. Pełni tam do dziś funkcję wicekanclerza, zajmuje się administrowaniem szkołą. Jest też prorektorem w Wyższej Szkole Menedżerskiej w Jeleniej Górze. W tych wyborach nie ubiegał się o stanowisko prezydenta.

    Współpraca: MM, RS

    Czytaj treści premium w Dzienniku Bałtyckim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo