Co dalej z pałacem w Rusocinie? Zabytkowy kompleks nie ma szczęścia [ZDJĘCIA]

Agata Cymanowska
Dwór w Rusocinie
Dwór w Rusocinie Tomasz Bołt
Zabytkowy zespół dworsko-parkowy w Rusocinie, choć wyjątkowy, ma też... wyjątkowego pecha. Czy afera Amber Gold, paradoksalnie, przyczyni się do jego ocalenia? Zgłosił się do nas człowiek, który jest gotów go ratować... Za gotówkę. Ale mamy pat! - pisze Agata Cymanowska.

W centrum Rusocina, usytuowanego pomiędzy autostradą A1 a krajową 91, duży ruch. Kierowcy nic nie robią sobie z fotoradaru, który stoi przy ul. Gdańskiej, głównym trakcie komunikacyjnym wsi.

- Za autostradę trzeba płacić, to sobie tędy jeżdżą, więc mamy tu teraz własną autostradę - mówi starsza pani o lasce, która próbuje przedostać się na drugą stronę. - Czasem trzeba pięć minut czekać, żeby przejść.

Po drugiej stronie działają dwa sklepy spożywcze. W poniedziałek na tej ulicy Jan Jakub Kolski kręcił sceny do filmu "Serce, Serduszko i wyprawa na koniec świata" z udziałem Marcina Dorocińskiego. Ulicę dalej uczniowie ze szkoły rolniczej popalają papierosy... Za starą metalową bramą na murowanych kolumnach, która prowadzi do parku, filmowa sceneria - wszystkie kolory jesieni, deszcz spadających liści, łabędzie pływają po stawie, promienie słońca oświetlają to, co zostało z pięknych niegdyś zabudowań...

Pod koniec października minęło 40 lat, odkąd zespół dworsko-parkowy wraz z folwarkiem w Rusocinie, jeden z najcenniejszych zabytków wiejskiej architektury na Pomorzu, został wpisany do rejestru zabytków. To, co widzimy dziś, to - jak podkreśla pomorski konserwator zabytków - efekt co najmniej kilkunastoletnich zaniedbań.

- To wstyd dla całej społeczności gminy, która nie dorosła do tego, co ma na swoim terenie - dodaje anonimowo jeden z moich rozmówców.

I złomiarzy, którzy rozgrabili już wszystko, co się nadawało na złom lub opał...
- Pałac szczęścia nie ma - uważają zgodnie mieszkańcy...

Euforia

Gdy w czerwcu 2012 r. Katarzyna i Marcin P. podpisywali akt notarialny na wieczyste użytkowanie na 99 lat zabytkowego kompleksu i zakup zabudowań, które nie są zabytkami, wydawało się, że popadający od lat w coraz większą ruinę kompleks wreszcie zostanie odrestaurowany.

Kolejne nieudane przetargi, a tu nagle zjawia się młode małżeństwo, właściciele linii lotniczych, które przebojem weszły na rynek. Do tego gotowi zapłacić więcej niż wynosiła kwota wywoławcza, w sumie 6,5 mln zł, podczas gdy gmina liczyła na 5,15 mln. Oficjalnie nazwisko nowych właścicieli nie padało jednak długo. Nie chcieli się ujawniać.

- Gdy podpisywaliśmy akt notarialny, byliśmy w euforii, wierzyliśmy, że wreszcie się uda - mówiła nam już po tym, jak wybuchła afera Amber Gold, Magdalena Kołodziejczak, wójt gm. Pruszcz Gdański.

P. chcieli w dworku zamieszkać. Jeden z rozmówców mówi, że to było marzenie Katarzyny, która - będąc jeszcze małą Kasią - bawiła się na terenie parku.

Latem ubiegłego roku cały kompleks został zabezpieczony przez prokuraturę na poczet postępowania w sprawie Amber Gold. Od czerwca 2012 r. na konto gminy wpłynęło 1,67 mln zł (powinno jeszcze ponad 82 tys. zł), a na terenie posiadłości wykonano drobne prace, m.in. zamurowano okna piwniczne i prowizorycznie zabezpieczono dach dworku przed opadami. 30 listopada minie termin, do którego P. zobowiązali się wykonać remont poszycia dachowego magazynu zbożowego, stajni, dworu oraz stajni z wozownią.

Tymczasem Marcin P. złożył niedawno z aresztu w Piotrkowie Trybunalskim do prokuratury doniesienie na wójta, radę gminy i komisję przetargową działającą przy wójcie. P. zarzuca przedstawicielom gminy, że przed podpisaniem umowy nie poinformowano go o... rosnącym na terenie posiadłości barszczu Sosnowskiego i fakcie podnajmowania fragmentu działki firmie przewozowej. Wójt zapewnia, że umowę z firmą rozwiązano przed zawarciem aktu notarialnego, a tczewska prokuratura, która zajmuje się sprawą, zapowiada przesłuchanie P.

Wójt Kołodziejczak mówi, że gdy P. nie wywiążą się z umowy, gmina rozpocznie procedurę dążącą do jej rozwiązania.

Walizka z pieniędzmi

W 2011 roku na informację o tym, że dworek jest na sprzedaż, natknął się Eugeniusz Lorek, właściciel linii autobusowej. Lorek w latach osiemdziesiątych wyemigrował do Bremy. Teraz mieszka trochę w Niemczech, trochę w Gdańsku. Odrestaurował gospodę pod Wielkim Młynem, dom podcieniowy, tzw. Lwi Dwór przy Trakcie św. Wojciecha, dworek w Przyjaźni...

- Patriota, który kocha zabytki - mówi o sobie. Podczas rozmowy pokazuje pisma z Ministerstwa Kultury z podziękowaniami za działania na rzecz ratowania zabytków klasy zerowej.

- Gmina chciała wtedy 3,9 mln zł, zaproponowałem 2 mln zł, bo to nie grunty i stawy, jak informowano w ogłoszeniu, a asfalt, beton i ruina. Dwa miliony złotych gotówką! - podkreśla. - Oczywiście gotowy byłem zapłacić nawet więcej, ale nie zostałem nawet zaproszony do negocjacji. W piśmie wójt napisała, że ogłoszono rokowania na wieczyste użytkowanie na 99 lat, a kupno jest w chwili obecnej niemożliwe z powodów proceduralnych.

W lutym 2012 r. wójt pisemnie informowała Lorka, że po nabyciu użytkowania wieczystego istnieje możliwość jego przekształcenia w prawo własności.

- W Rusocinie nic się nie dzieje poza postępującą dewastacją, a człowiek, który chce wyłożyć gotówkę i ma doświadczenie w ratowaniu zabytków, zostaje zignorowany - ma żal do gminy. - Turystów z Europy chciałem do Rusocina wozić, hotel stworzyć jeszcze na Euro 2012, na Jarmark św. Dominika... a potem przekształcić go w dom pogodnej starości.

Twierdzi, że nadal chce...

Wójt Kołodziejczak: Doskonale pamiętam pana Lorka, przyszedł do urzędu z walizką pieniędzy i powiedział, że chce kupić Rusocin, dziś, teraz. Nigdy jednak formalnie nie przystąpił do przetargu. Oczywiście jeśli udałoby się nam odzyskać zabytek, jesteśmy otwarci na propozycje. Procedur ominąć jednak nie możemy. Jesteśmy zobligowani do przestrzegania prawa. Nasza gmina jest pod tym względem w szczególny sposób sprawdzana - podkreśla.

Stajnia

Przez park w ciągu zaledwie kilkunastu minut przechodzi młoda dziewczyna, kobieta z zakupami, mężczyzna z dzieckiem w wózku, ktoś przejeżdża na rowerze. Od lat mieszkańcy Rusocina skracają sobie tędy drogę - na przystanek autobusowy i do Biedronki. Nikt nic nie robi, nie pilnuje. Tylko przy dworze jest informacja o tym, że obiekt jest monitorowany.

Z tego, co pozostało po dawnej stajni, dochodzą głosy. Przez wyrwę w murze, która kiedyś była pewnie drzwiami, wychodzi młody chłopak. To miejsce spotkań wagarowiczów z okolicznych miejscowości, uczniów Zespołu Szkół Rolniczych.

Gruz i śmieci. Pozostałości stropu zwisają nad głową, cegły walają się pod nogami. I te piękne sklepienia! Unikat w skali kraju! Jak mówią konserwatorzy i historycy, obiektów o tak wyjątkowych sklepieniach i takiej kubaturze praktycznie już nie ma. To najcenniejszy obiekt na terenie kompleksu.

- Nie boicie się, że to wszystko zaraz zawali wam się na głowę? - pytam nastolatków, którzy kryją się tu przed szkolną nudą. - Ja się boję!
- To chyba po ostatniej ulewie runęło, tam obok też ściana była - chłopak wskazuje dziurę w ścianie. - Nikt tu nie przychodzi, niczego nie sprawdza, nie ma żadnej tablicy, że "grozi zawaleniem"...

A grozi z całą pewnością!
- Jeszcze sześć lat temu sklepienia były kompletne, zabielone - mówi "miłośnik historii".
Przedstawiciele Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków w Gdańsku zwrócili się do prokuratury, która zabezpieczyła kompleks na poczet śledztwa ws. parabanku, oraz do syndyka, aby bezzwłocznie podjęto działania w celu zabezpieczenia konstrukcji stajni z powodu zagrożenia katastrofą budowlaną oraz zabezpieczono budynek przed dostępem do niego osób trzecich. Ale... sytuacja prawna jest skomplikowana.

Mleko i bimberek

- Rusocin jest wyjątkowy z dwóch powodów - mówi Bartosz Gondek, historyk i dziennikarz. - To świetnie zachowana całość jako założenie. Najpierw siedziba rycerstwa, potem szlachectwa, przetrwała w tym kształcie do dziś. Po drugie wartość mają same budynki. W zrębach konstrukcyjnych nie zostały one przetworzone ani zafałszowane przez te wszystkie lata. Zachowano tkankę historyczną.

Klasycystyczny dwór (mieszkańcy mówią o nim pałac) otoczony jest parkiem oraz budynkami folwarcznymi, m.in. magazynem zbożowym, wozownią, stajnią, oborą. W części parkowej zlokalizowane są dwa stawy posiadające odpływ do pobliskiej rzeki Kłodawy. W sumie 12,5 ha w świetnej lokalizacji.

Od początku lat 50. do 90. działało tu PGR, czyli jak się tu mówi - "zakład rogaty", potem - magazyny. Ten okres z największym sentymentem wspominają mieszkańcy.

- My tu przez lata krowy doiliśmy, jak gospodarstwo jeszcze było. Wtedy to się tu żyło lepiej niż teraz. Mleko, kartofle, bimberek się pędziło na rozgrzewkę. Wesoło było. A teraz to nawet nie spojrzą na człowieka, tylko patrzą, kto co ma lepszego - opowiada mężczyzna na rowerze. - Kiedyś to tu było! Wszyscy pracę mieli w PGR, a jak nie mieli, to przychodziła milicja i pytała, z czego człowiek żyje - opowiada starsza pani. - A teraz ktoś przyjdzie? Gdzie tam! Jak smażyliśmy mięso z prosiaka, to pięć bloków dalej było czuć. A teraz? Takiego mięsa to jużnie kupisz...

W 1996 r. od Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa dwór przejęła na własność gm. Pruszcz Gd. Przez ponad 40 lat działało tu przedszkole. Część dworu przeznaczono mieszkania komunalne.

- Fakt! To coś - mieszkać w pałacu, ale tak naprawdę mieszkania nie były ciekawe - przyznaje Marek Kowalski, przewodniczący Rady Gminy Pruszcz Gd. - Wnętrze zostało przebudowane z uwzględnieniem bieżących potrzeb i daleko mu do oryginału.

Tadeusz Morka, dawniej sołtys Rusocina, mieszka tu od półwiecza. W PGR pracował jego ojciec. On sam był konserwatorem w przedszkolu, przez kilka lat dbał o estetykę parku.

- Dawniej tu jeszcze coś się działo, a to zmieniono szybę, a to podmalowano tam, gdzie trzeba, od długiego czasu nie dzieje się nic - mówi.

Trudno mieszkać w Rusoci-nie i nie mieć nic wspólnego z zabytkiem. Jak ktoś nie mieszkał we dworze albo nie pracował w PGR, to uczęszczał do tutejszego przedszkola. Tak, jak Karol Kardasiński, podsołtys wsi, w której mieszka od urodzenia. W pałacu mieszkała jego babcia.

- Niewiele pamiętam z dzieciństwa - opowiada Kardasiński. - Przed pałacem mieliśmy plac zabaw. Potem, już w liceum, do parku oczywiście chodziliśmy na wagary. To miejsce nie jest nam obojętne. Mieszkańcy własnymi siłami oczyścili i zarybili staw, stanęli w obronie przedszkola, gdy planowano je przenieść. Chcieliśmy zrobić wystawę, bo była dyrektorka przedszkola prowadziła kronikę...

- Ta kronika z życia przedszkola przez przypadek trafiła do Archiwum Narodowego w Gdańsku - mówi Joanna Gwizdała, dyrektorka przedszkola w Łęgowie. W Rusocinie przepracowała w sumie 25 lat. - To było wymarzone miejsce na tego typu placówkę, mieliśmy ogromny ogród, plac zabaw z lokomotywą i park w pobliżu. Dzieci miały tu na żywo dzięcioły, wiewiórki, bocianie gniazdo na wozowni za płotem, spacery po parku...

Mieszkańcy spacerują po parku coraz rzadziej. Nie dlatego że to, jakby nie było, teren prywatny, ale dlatego że park jest zaniedbany.

Zegar tyka

- Dziś łatwo przewidzieć finał ZDPF Rusocin - pisze w e-mailu Edward Licznerski. - 200-letni drzewostan parkowy stopniowo będzie znikał, zrujnowane obiekty trzeba będzie rozebrać, pozostawiając jedynie dwór z przybudówką na jeszcze jeden zajazd, a cały teren po rozparcelowaniu na działki - świetnie się sprzeda. I tyle zostanie z jednego z ostatnich zachowanych na Pomorzu wiejskich kompleksów dworsko-parkowych...

Mało kto pamięta o tym, że całkiem niedawno, w 1999 r. ówczesne Pomorskie Towarzystwo Edukacyjne planowało zrealizować tu projekt ośrodka promocji innowacji, coś jak mini Centrum Nauki Kopernik w Warszawie. PTE i gmina spotkały się w sądzie. Towarzystwo sprawę przegrało.

Wójt Kołodziejczak: W sprawie Rusocina zrobiliśmy bardzo wiele. Wydaje mi się, że pech polega na tym, że w momencie, gdy jako gmina mogliśmy swobodnie dysponować kompleksem, rozpoczął się kryzys i przedsiębiorcy po prostu nie chcieli się podjąć tej inwestycji, a potrzeba dziesiątek milionów złotych. Myślę, że teraz jest dobry moment, by w problem zaangażować także inne służby.

Eugeniusz Lorek: Trzeba działać natychmiast. To, co ocalało, może nie przetrwać kolejnej zimy.

Rusocin

Pierwsze wzmianki o wsi pochodzą z 1296 roku. Jako właściciela wymieniano wtedy chorążego gdańskiego Woysława. Na początku XIV w. wieś znalazła się pod panowaniem krzyżackim i należała do komturii gdańskiej. Od XVII w. Rusocinbył własnością gdańskich patrycjuszy, m.in. Daniela Rudgiera, rodziny Giese i rodziny Thiedemann, dla której zbudowano dwór.

[email protected]

Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

Rząd podjął decyzję w sprawie obostrzeń.

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

p
pospil

Tu nie można mówić o szczęściu tylko o kalekim Polskim prawie które zamiast być stworzone dla Polaków to jest tworzone dla kast które dziś rządzą . Kasty nie myślą co może być w przyszłości jak zmieni się opcja i do rządów wejdą degeneraci,wizjonerzy i oszuści..Ten dworek w normalnym Państwie powinien od razu po ogłoszeniu afery powrócić do dawnych praw .U nas najważniejszy jest minister prokurator wyglądający jak chromy i takie są jego wypowiedzi bo myśli nie znam

K
Krol KiK
Zdarza sie tak, ze wpisanie do reestru zabytkow jest niedzwiedzia przysluga albo wpisem do dziadowskiej ksiegi. Potencjalni nabywcy to biskupi za co laska, zlodzieje jak Plichtowie czy mafiozi.
Dodaj ogłoszenie