Chętnych nie brakuje, czyli dlaczego warto powalczyć o Brukselę

Dorota KowalskaZaktualizowano 
Jerzy Buzek już po raz kolejny znalazł się na listach do europarlamentu
Jerzy Buzek już po raz kolejny znalazł się na listach do europarlamentu FOT WOJCIECH BARCZYNSKI / POLSKAPRESSE
Europarlament to już nie zsyłka, ale prestiż. Walka o miejsca w europarlamencie zapowiada się fascynująco. Na wygranych czeka nagroda

Kolejka tych, którzy chcieliby do Brukseli, jest całkiem spora. I to jakie nazwiska! Kutz, Gowin, Kalisz, Szczuka, no i cała gwardia starych wyjadaczy, jak Buzek czy Kowal, którzy starają się o reelekcję. Europaralament, kiedyś uważany za miejsce politycznej zsyłki, stał się dzisiaj wymarzonym miejscem dla politycznych elit. Powód? Tych jest przynajmniej kilka.

Adam Bielan: Parlament europejski przez te ostatnie 10 lat zyskał na kompetencji. Tak naprawdę dwie trzecie prawa obowiązującego w Polsce uchwala się właśnie tutaj. W Brukseli rozstrzygają się kluczowe kwestie związane z przyszłością Europy i Polski. Tymczasem rola posła została zdegradowana, podobnie jak jego pozycja społeczna i polityczna.
Ryszard Czarnecki: Politycy obserwują i widzą, że europarlament może być trampoliną do politycznej kariery, wystarczy spojrzeć na kolegów z innych krajów - jeden został prezydentem Estonii, drugi premierem Łotwy, trzeci prezydentem Włoch. Poza tym europarlament daje taki europejski szlif, człowiek wiele się tu może nauczyć. No i element finansowy, on też nie jest bez znaczenia.

Taką diagnozę tego nagłego europejskiego zapału naszych parlamentarzystów stawiają starzy brukselscy wyjadacze. I dużo w tej diagnozie prawdy.

O finansowych korzyściach pracy w PE mówi się od dawna, bo dziennikarze już wiele lat temu podliczyli naszych posłów: na rękę zarabiają pond 6 tys. euro miesięcznie, na dietach i przejazdach drugie tyle. Mają 18 tys. euro do wydania na asystentów i ekspertyzy. Całkiem sporo. Ale, jak wiemy - Polak potrafi. Więc oszczędzać i dodatkowo zarabiać w Brukseli można na przynajmniej kilka sposobów. Pierwszy: mieszkanie. Można je sobie kupić, mieszkać w hotelu, wynajmować samemu albo razem z kolegami. - Niektórzy posłowie wynajmują mieszkania razem ze swoimi asystentami i to ci drudzy ponoszą przede wszystkim koszty wynajmu- opowiada nam jeden z polityków. Po Brukseli krąży plotka, że najbardziej oszczędni czy zaradni, jak kto woli, mieszkają w pięciu na iluś tam metrach kwadratowych.

Ryszard Czarnecki jako pierwszy polski europarlamentarzysta kupił w Brukseli mieszkanie. To było w styczniu 2005 r. Potem pojawiło się jeszcze kilku śmiałków. - 1,5 tys. euro za wynajem miesięcznie to bardzo dużo. Jako profesor ekonomii nie miałam wątpliwości, że lepiej mieszkanie kupić - tłumaczy Joanna Senyszyn z Sojuszu Lewicy Demokratycznej, europosłanka.
Posłanka Senyszyn zachwala formę pracy w europarlamencie. - Bardzo mi odpowiada. W Polsce poseł nie może zgłosić poprawki do projektu ustawy bez zgody klubu, tak naprawdę jest mocno ubezwłasnowolniony. W Brukseli wygląda to zupełnie inaczej - opowiada. Jako wiceprzewodnicząca Podkomisji Praw Człowieka napisała ponad 50 interpelacji, zgłosiła ponad 80 rezolucji. Angażuje się bardzo w życie parlamentu europejskiego. Kontakt z kolegami posłami z Polski ma raczej niewielki. - Nie wyobrażam sobie życia towarzyskiego z ludźmi o zupełnie innych poglądach politycznych - mówi. Więc praca, praca i jeszcze raz praca. Z Brukseli wraca w piątek, w weekend rusza do swojego okręgu wyborczego i spotyka się z ludźmi. W poniedziałek znowu do Brukseli.

Pieniądze, podróże, towarzyskie obycie, ciekawe znajomości - na to wszystko mogą liczyć ci, którzy wejdą do PE

- Jadam w stołówce dla parlamentarzystów, nazywam ją zresztą paszarnią, bo wydają dziennie jakieś 5 tys. posiłków. Plus: nie traci się czasu. Wybieram najczęściej rybę albo makarony - opowiada. Ona też stara się o reelekcję, chce zostać w Brukseli na kolejne pięć lat. Co do jedzenia, najtaniej i najszybciej można zjeść w paszarni właśnie, ale polscy parlamentarzyści upodobali sobie także prowadzoną przez panią Basię z Dzierżoniowa restaurację, w której można dostać typowe polskie dania. Dobre potrawy serwują w Chez Leon niedaleko Grand Place czy w Foossille. Poseł Czarnecki lubi zjeść w La Madonna na Place Jourdanplein.
- Ale tak naprawdę posłowie pięć do ośmiu posiłków w tygodniu mogą zjeść za darmo, zwłaszcza jeśli zasiadają w jakichś komisjach. Są zapraszani na różnego rodzaju prezentacje czy spotkania przez różne osoby, które chcą ich do czegoś przekonać albo po prostu poznać - tłumaczy jeden z europarlamentarzystów. Więc tak naprawdę kolacje często posłowie mają darmowe, bo wiadomo - płaci zapraszający.

Oszczędni wożą nawet jedzenie z Polski, w czym, jak piszą media, prym wiedzie poseł Tadeusz Cymański. - Kilka razy przywoziłem sobie ulubioną golonkę czy kiełbasę i któryś z życzliwych kolegów doniósł prasie - wzrusza ramionami poseł Cymański. I podkreśla, że nigdy słoików z domu nie brał, tylko kupione w Polsce jedzenie. - Jedni wolą mulle i krewetki, inni swojskiego schabowego. I naprawdę nie ma porównania między na przykład naszymi pomidorami a tymi kupionymi w Brukseli - tłumaczy poseł Cymański. Dla niego pobyt w Brukseli to przede wszystkim możliwość spotkania wybitnych ekspertów. Prestiż, a nie zsyłka. Ale przyznaje: warunki są znakomite. W każdym razie nigdy nie znalazł się jeszcze w takiej sytuacji.

Adam Bielan w parlamencie europejskim jest od dziesięciu lat. Pierwsze osiem mieszkał w hotelu. Jak mówi, to była dla niego najwygodniejsza opcja. - Pracowałem do późna w biurze, wracałem do hotelu właściwie tylko spać. Nie bez znaczeni był fakt, że odpadały mi takie obowiązki, jak chociażby sprzątanie - tłumaczy. Sytuacja zmieniła się, kiedy żona posła zaszła w ciążę, a tu zbliżała się data głosowania nad jego raportem. - Nie mogłem zbyt często jeździć do Polski, miałem strasznie dużo pracy w Brukseli. Żona był w szóstym czy siódmym miesiącu ciąży, kiedy dość spontanicznie podjęliśmy decyzję o przeprowadzce do Brukseli - opowiada poseł Bielan.

To było dwa lata temu. Wynajęli mieszkanie, w Brukseli na świat przyszła córka posła. W wakacje zeszłego roku żona z dzieckiem wrócili do Polski, on stara się trzeci raz o mandat europosła.- Jakość życia w Brukseli jest na pewno wysoka, ale nie to jest najważniejsze. Człowiek spotyka tu ciekawych ludzi i wiele może się nauczyć - mówi poseł Bielan.
Nie on jeden sprowadził do Brukseli rodzinę. W Brukseli uczył się syn posła Czarneckiego. Żony i dzieci ściągnęli tu także Jacek Kurski i Wojciech Olejniczak. - Ale kiedy przyszedł czas wyborów, Olejniczak wrócił z rodziną do Polski. Musiał walczyć o pozycję w partii, być na miejscu - tłumaczy nam jeden z parlamentarzystów.

Bo rzeczywiście niezwykłej sprawności wymaga bycie w Brukseli i Warszawie, niemal jednocześnie. Niektórzy posłowie opanowali tę umiejętność do perfekcji. Rekordziści potrafią w poniedziałek przyjechać do Brukseli, by we wtorek wrócić z niej do Polski, w środę znowu jechać do PE i w piątek wracać stąd nad Wisłę. Za podróż w obie strony PE płaci 1,5 tys. euro, nawet odejmując od tej kwoty pieniądze wydane na benzynę i autostrady w kieszeni zostaje na czysto jakieś 1,3 tys. euro.
Ale łatwo zarobić kolejne 1,5 tys. euro, które dostaje się za podpisanie w poniedziałek listy w europarlamencie, bo to ma oznaczać, że polityk przyjechał i będzie brał udział w posiedzeniach PE aż do piątku. Oczywiście, tylko teoretycznie.

Jak podaje "Gazeta Wyborcza", organizacja VoteWatchEurope, która analizuje głosowania w PE, sporządziła listę europosłów wyspecjalizowanych w pozorowaniu aktywności, czyli podpisujących listę obecności, ale później niegłosujących. W czołówce znaleźli się europosłowie Solidarnej Polski: Zbigniew Ziobro i Jacek Kurski. Poza nimi reporterzy TVN 24 przyłapali na tym także Marka Migalskiego, Pawła Kowala, Jacka Protasiewicza, Bogusława Sonika i Marka Siwca.
Za tego, który szaleje nie samochodem, a samolotami uchodzi poseł Ryszard Czarnecki. - Przy dobrej organizacji pracy w Brukseli można być raz w tygodniu w Warszawie - mówi poseł Czarnecki. Tak, on lata samolotami, samochodem w tę i z powrotem, to prawdziwa mordęga.
Tadeusz Cymański zauważa z kolei, że politycy Solidarnej Polski są w dość specyficznej sytuacji. Wielu z nich pracuje w Brukseli. - Ale przecież nie możemy się odrywać od tego, co dzieje się kraju. Więc to nasze podróżowanie wynika trochę z konieczności - mówi. Kolejna sprawa, już pomijając pieniądze, które, co tu ukrywać, odgrywają w tych politycznych wyborach sporą rolę, w Brukseli czy Strasburgu można zobaczyć trochę innego świata. Albo ruszyć stąd daleko w świat. Z zamiłowania do podróży znany jest poseł Michał Kamiński czy poseł Iwiński z Sojuszu. Słynie z niego również Ryszard Czarnecki, opis swoich podróży wydał w książce "W skórze reportera". Poseł Czarnecki nie ukrywa, że przez te lata pracy w Parlamencie Europejskim zjechał służbowo pół świata. - Ale kiedy moi koledzy odpoczywali albo szli na whisky, ja siadałem i spisywałem to, co widziałem, słyszałem, czego doświadczyłem - opowiadał mi swego czasu poseł Czarnecki.

W pamięci zapadła mu podróż do Timoru Wschodniego, gdzie był jednym z czterech oficjalnych obserwatorów z ramienia Parlamentu Europejskiego wyborów prezydenckich w tym kraju. Timor, jak pisze w swojej książce, działa na wyobraźnię. Ale poseł Czarnecki pochyla się też nad Serbią, Albanią, Bośnią, Kosowem - czyli Bałkanami, których nie znamy tak dobrze. Swoją książkę kończy wizytą w Brazylii.

"W hotelu w Sao Paulo jest 4 rano. Budzi mnie telefon. Pierwsza myśl: ktoś dla kawału zamówił mi budzenie o tej porze. Podnoszę słuchawkę. Jest 10 kwietnia 2010 r. Przed chwilą w lesie pod Smoleńskiem…." - to ostatnie zdanie zapisane przez polityka PiS.

Ostatnio jednak poseł przestał tak dużo podróżować, zajął się sprawami krajowymi. Ale z drugiej strony, chyba trudno się dziwić tej podróżniczej pasji naszych polityków. Ponoć ciekawość świata jest cnotą, nie wadą, więc jeśli można upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, to czemu z tego nie skorzystać?

Nie bez znaczenia jest też święty spokój. W Brukseli czy Strasburgu, jak zauważają wszyscy nasi rozmówcy, kultura polityczna jest na dużo wyższym poziomie niż przy Wiejskiej. Tu się gryzą, obrzucają błotem, tam można podyskutować na poziomie. Znamienna rzecz, że w przeciwieństwie do kolegów w Polsce politycy w Brukseli trzymają się razem, nawet jeśli należą do dwóch walczących ze sobą partii politycznych. - To oczywiste, jest nas tu około pięćdziesięciu na prawie ośmiuset posłów, więc pewnie że trzymamy się razem. W ogóle Słowianie lepiej się rozumieją - mówi jeden z naszych rozmówców.
Panowie razem chodzą na kolacje, chociaż podobno miejscem towarzyskich spotkań jest brukselski dom Krzysztofa Liska, polityka Platformy Obywatelskiej, w którym spotyka się lewica z prawicą, w każdym razie na jednej imprezie bywają tu Wojciech Olejniczak i Jacek Kurski. Tak, poglądy polityczne bynajmniej nie przeszkadzają politykom.

W Parlamencie Europejskim pracuje prawie ośmiuset posłów

No i co tu dużo mówić, wielu posłów, którzy trafili do Brukseli, nabrało ogłady. Siłą rzeczy, trzeba było podszlifować angielski albo się go wręcz nauczyć. Uzupełnić garderobę. Zadbać o kondycję. Pewnie też nie wszyscy nasi politycy jedli wcześniej wykwintne dania serwowane w belgijskich restauracjach czy pili świetne wina. Obecność kolegów z innych krajów, w tym zachodniej Europy, też pewnie działa mobilizująco, bo nikt nie chce uchodzić za biedniejszego brata ze wschodu.
Tak więc powodów, aby bić się o Brukselę, jest całkiem sporo. Ale są też względy czysto polityczne.
- Te wybory są generalnie próbą sił, konkretnym sprawdzianem - tłumaczy posel Cymański.

Leszek Miller, szef Sojuszu, przyznaje w wywiadzie udzielonym naszej gazecie, że tak silnych list, jak w tym roku, nie mieli jeszcze nigdy w wyborach do parlamentu europejskiego. - Unia jest dzisiaj na rozdrożu. W Europie bardzo mocno wyrosły ugrupowania eurosceptyczne czy wrogie integracji europejskiej. W Polsce też są one obecne i silne. I gdyby przyszły parlament europejski został zdominowany przez takie właśnie ugrupowania, to byłoby fatalne dla całej Europy, dla Polski oczywiście także. Bo na przykład sprawa budżetu wyglądałaby zupełnie inaczej. Więc pewnie świadomość tych zagrożeń może powodować większe zainteresowanie potencjalnych kandydatów do Parlamentu Europejskiego. Dlatego te wybory będą szczególne - tłumaczy. - Zatem my, konstruując nasze listy, myślimy o tym, żeby wprowadzić do parlamentu europejskiego reprezentację, która jest w stanie walczyć z przeciwnikami integracji. Reprezentację, która będzie proeuropejska bez żadnego znaku zapytania - mówi jeszcze.

Bez dwóch zdań, wybory do europarlamentu będą sprawdzianem politycznej siły tych, którzy zostaną w Polsce. Może dlatego na listach znalazły się tak mocne nazwiska.

W maju o miejsce w parlamencie europejskim walczyć będą artyści, celebryci, politycy z krwi i kości. Bo, jak sami mówią, po 10 latach od naszego wejścia do Unii Europejskiej, prestiż jest tam - to w Brukseli ważą się losy Europy i Polski.
Dorota Kowalska
d.kowalska@polskatimes.pl

polecane: FLESZ: Podział Mandatów po wyborach parlamentarnych

Wideo

Materiał oryginalny: Chętnych nie brakuje, czyli dlaczego warto powalczyć o Brukselę - Polska Times

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 1

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

Buzek powinien rozliczyć swoje działania przed Prokuratorem a nie jechać do Brukseli. Wyborcy na Górnym Śląsku opamiętajcie się!

Dodaj ogłoszenie