Bywa, że trzeba zjeść oko bawoła. Kulisy wyprawy Afromendes

Joanna Surażyńska
Arch. Afromendes
Są odważni, lubią ryzyko i nie boją się przygód. Do Afryki już 1 lutego wyjeżdżają dwoma 17-letnimi mercedesami, kupionymi specjalnie na tę wyprawę. Przed nimi 15 tys. km.

Na podbój Czarnego Lądu wyrusza sześć osób. Są to Sławomir Richert, Marcin Pykało, Kamil Jereczek, Grzegorz Burandt, Maciej Ciebiera i Łukasz Czapiewski. Dla Łukasza to już piąta wyprawa. Jak przyznaje, Afryka wciąż go fascynuje. Tym razem miesięczna podróż będzie nie tylko wielką przygodą, ale też kolejną misją. Grupa nazwała ją "Okulary dla Afryki".

- Pierwszym celem wyprawy będzie Tufunde, na pograniczu z Senegalem, gdzie polskie siostry zakonne prowadzą między innymi szkołę, przychodnię i bibliotekę - mówi Łukasz Czapiewski. - W ubiegłym roku kolega Maciej Ciebiera, z zawodu optometrysta, podczas pobytu w Tufunde zauważył, że wiele osób ma tam problemy ze wzrokiem. Dlatego zabieramy sprzęt i będziemy badać wzrok. Liczymy, że uda się przebadać około 200 osób, dzieci i dorosłych. Może dzięki naszej akcji zmieni się ich życie, będą mogli czytać, funkcjonować zupełnie inaczej niż obecnie. Zabieramy też oprawki, do których po naszym powrocie zostaną dołączone odpowiednie szkła korekcyjne. Następnie okulary zostaną wysłane do Tufunde. Trzeba dodać, że sytuacja w tej wsi jest naprawdę trudna. Właściwie ta miejscowość przez pół roku jest odcięta od świata.

Mogli liczyć na wsparcie mieszkańców
W 2012 roku, dzięki misji "Afromedes - kaczy konwój", do sióstr trafiły dary z Pomorza. - Siostry bardzo nam pomogły i postanowiliśmy się im odwdzięczyć - mówi Łukasz Czapiewski. - Potrzebowały przede wszystkim przedmiotów dydaktycznych, a także środków medycznych. Zdecydowaliśmy się, że zorganizujemy akcję wśród mieszkańców regionu, i tak się stało. Było tak dużo rzeczy, że musieliśmy się przepakować - rozpakować jeden z załadowanych samochodów i wszystko ładować od początku - dodaje Łukasz Czapiewski. - Łącznie mieliśmy 600 kilogramów darów.

Misja jest najważniejsza, ale dalszy przebieg podróży stanowi zagadkę nawet dla samych uczestników. Decyzję będą podejmować dopiero na miejscu. - Myślimy o miejscowości Sassandra na Wybrzeżu Kości Słoniowej - mówi Łukasz. - Wydaje mi się, że każdy z nas czasami ma ochotę pojechać gdzieś tak po prostu, bez zastanawiania się, po co tam jedzie. To sama podróż, ludzie napotkani po drodze i wydarzenia tworzą przygodę. Właściwie nigdy nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co się będzie działo. Może nas spotkać dosłownie wszystko.

Jak przyznaje, podczas każdej podróży są pewne obawy. Nigdy nie wiadomo, co się wydarzy, jakie przygody napotkają po drodze. Teraz najgroźniej jest w Mali, gdzie trwa wojna między islamskimi partyzantami a siłami rządowymi, wspieranymi przez wojska francuskie.

Trzeba przyznać, że podczas wypraw do Afryki bywały trudne chwile. - Do takich na pewno mogę zaliczyć przejazd pociągiem w węglarce na trasie około 500 kilometrów. Nigdy nie było mi tak zimno - wspomina Łukasz. - Jechaliśmy 15 godzin. Nie było wagonów pasażerskich, a ten był darmowy. Byliśmy cali brudni, na dodatek siedzieliśmy na węglu. Natomiast kiedy wracaliśmy, była pełnia księżyca. Dzięki temu zobaczyliśmy drugi na świecie największy monolit. Wywarł na nas niesamowite wrażenie.

Czasami bywało naprawdę bardzo groźnie

Najbardziej niebezpieczny moment? Jak przyznaje Łukasz, było to w 2007 roku w Mauretanii. - Nocą goniły nas dwa samochody, zajeżdżały nam drogę, a my uciekaliśmy pełni strachu - mówi. - Dopiero kiedy dojechaliśmy do wsi i zobaczyliśmy między innymi żołnierzy ONZ, sytuacja się uspokoiła. Po prostu się do nich przykleiliśmy. Było bardzo niebezpiecznie. Potem dowiedzieliśmy się, że niedaleko zastrzelono turystów z Francji.

Przygotowania do podróży trwają od dawna. - Specjalnie na tę wyprawę kupiliśmy dwa 17-letnie mercedesy - mówi Łukasz. - Zostały przygotowane w środku do podróży, mamy tam łóżka, które na pewno bardzo się przydadzą. Bierzemy też namioty i co najważniejsze - sprzęt do badania wzroku, który otrzymaliśmy od fundacji. Poza tym pakujemy także kiełbasę, słodycze i ogórki kiszone dla naszych sióstr. To towary deficytowe. Nie zapomnimy o tym, co będzie dla nas niezbędne, czyli o zapasowych kołach, łopatach, linach. Europę chcemy przejechać w 40 godzin.

Kuchnia w Afryce jest przedziwna

Tym, co z pewnością wyróżnia Afrykę, jest tamtejsza kuchnia. - Oparta jest głównie na kaszach, na przykład z rybą, oraz na baraninie - mówi Łukasz. - Nie brakuje przedziwnych potraw, takich jak na przykład oko bawoła czy jakieś dziwne zwierzę, przypominające szczura, nadziane na patyk i grillowane. Ich kurczak też jest zupełnie inny. Przede wszystkim mały, wielkości naszego udka, a mięso jest gumowe.

Natomiast bardzo dobra są herbata arabska i piwo. Co ciekawe, zimne piwo podczas upału jest w Afryce po prostu doskonałe, a kiedy próbowaliśmy to samo wypić w Polsce, było obrzydliwe, nie do wypicia. Nic tak nam nie smakuje jak zwykłe bagietki z jajkiem, kupione na straganie.

Język nie jest dla nich żadną barierą. Jak przyznają, doskonale można się porozumieć choćby przez pokazywanie rękoma, a nawet malowanie. Tym, co łączy wszystkie podróże, są mercedes i Czarny Ląd. Z każdej wyprawy zostają też niesamowite wspomnienia i przygody, o których można by opowiadać godzinami. Do historii przeszła już wyprawa "Afromedes - w poszukiwaniu zaginionego mercedesa" . Samochód został sprzedany w Afryce podczas wcześniejszej wyprawy. W ten sposób udało się wówczas zdobyć pieniądze na bilet powrotny do Polski. Od razu jednak było jasne, że trzeba wrócić po ukochany samochód.

W Burkina Faso gonił ich słoń

Niezapomnianych chwil było mnóstwo - jak powitanie Nowego Roku w Mauretanii w 40-stopniowym upale, burza piaskowa, przejazd przez pole minowe czy stłuczka, z której na szczęście podróżnicy wyszli bez szwanku. To jednak nic w porównaniu z tym, co się działo w Burkina Faso.

- Zwiedzaliśmy park, w którym przy wodopoju stało 26 słoni - opowiada Łukasz Czapiewski. - W drodze powrotnej przed nami pojawiły się kolejne słonie. Zatrzymaliśmy się, żeby zrobić zdjęcia i się im przyjrzeć. Po chwili jeden ze słoni zaczął nas gonić i trąbić. Miałem serce w gardle, na szczęście jakoś się udało uciec. Słoń nie miał szans w pościgu za naszym samochodem.

Oby teraz afrykańskie słonie były bardziej życzliwe dla podróżników z Pomorza.

Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!
Możesz wiedzieć więcej! Zarejestruj się i czytaj wybrane artykuły Dziennika Bałtyckiego www.dziennikbaltycki.pl/piano

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie