Budzę się i krzyczę: nie strzelajcie!

Barbara Szczepuła
Tomasz Bolt
O ucieczce z kraju, w którym partia strzelała do robotników - opowiada Barbarze Szczepule Waldemar Malinowski

Tu się, k...a, żyć nie da - filozoficznie wzdycha ślusarz Waldek Malinowski. Jest przerwa śniadaniowa. Zbożową kawą popijają z Adamem przyniesione z domu kanapki. W porcie ruch, ryczą syreny, statki wpływają i wypływają, kręcą się holowniki, załadunek, rozładunek, znowu załadunek, ruszają się ramiona dźwigów, jeżdżą wózki widłowe, biegają dokerzy, krzyk i rwetes jak na bazarze.

- No, nie da się, nie da, masz, k...a, rację - przytakuje Adam, przełykając kęs chleba z margaryną i mortadelą. - Ale nie krzycz tak. Ściany mają uszy. Nie wiadomo, czy ktoś nie słucha. Zgnoją nas i tyle.
- Patrz, co się wyrabia - krzywi się Waldek. - Przenieśli mnie do gorszej roboty, z technikum chcą wyrzucić… Za co, pytam się, za co? Ojciec mówi, żebym się cieszył, że mnie nie zamknęli, bo przecież mogli, no nie? Mają podobno zdjęcia z tego pochodu, gdy szliśmy przez 10 Lutego i Świętojańską.

Już przeszło pół roku minęło, a wszystko to mam przed oczami, w nocy, szczególnie w nocy koszmar wraca, budzę się i krzyczę: nie strzelajcie! Nie mogę uciekać, wrastam w jezdnię przed Prezydium Miejskiej Rady Narodowej, jak drzewo wrastam, buty zamieniają się w korzenie, a oni podnoszą te swoje karabiny i celują…
- Ja już tego nie wytrzymam, a ty?
- Wiejemy?

Obserwują uważnie port. Widzą statki obcych bander, które stoją przy nabrzeżu. Tam by się schować, gdzieś wśród skrzyń, i odpłynąć do RFN, powiedzmy, albo do Szwecji… - Najlepiej wejść do kontenera - radzi Adam, gdy za kilka dni wracają razem z pracy. Idą przez skwer Kościuszki, świeci jesienne słońce, gapią się na dziewczyny, a Adam przekonuje: wskoczymy, gdy już kontener będzie opróżniony, i poczekamy, aż załadują nas na statek. - A kto zamknie go za nami? - denerwuje się Waldek. - Nikogo nie możemy wtajemniczać, bo wszystko szlag trafi, a my wylądujemy w więzieniu. Są kontenery przykrywane plandeką - odpowiada Adam. - Plandeką, mówisz? - łagodnieje Waldek. - Więc musimy się spieszyć, bo noce są już zimne.

Mija parę dni.
- Jest! - szepce podczas przerwy śniadaniowej zdenerwowany Waldek. - Jest kontener z plandeką!
- Jaki statek?
- Jasło.
- Cholera, to polski statek.
- No to co? Płynie do Anglii przez Kanał Kiloński. Tam wyskoczymy.
Ubrali się ciepło. Kalesony, swetry, kurtki, czapki. Herbata w butelkach po oranżadzie, kanapki i czekolada. Powinno wystarczyć, bo do Kanału Kilońskiego niedaleko. Sprawdzili w szkolnym atlasie.
W środę wieczorem zakradli się do kontenera. Był pusty, burty miał niewysokie, łatwo było wleźć, bo przecięli plandekę, a potem skleili ją starannie…

Trochę przysnęli, noc jakoś minęła, zaczął się czwartek. Nie jest bezpiecznie, bo ktoś może do kontenera zajrzeć, siedzą jak myszy pod miotłą, uda się, nie uda, jakieś kroki blisko, ktoś przystaje, uff, odlał się i poszedł dalej… Żeby tylko jakiegoś żelastwa na nas nie zrzucili - martwi się Waldek, ale Adam uspokaja, że statek płynie pusty po ładunek do Anglii.

Wieczorem zaczął się ruch, widać było, że marynarzom się spieszy, chcieli opuścić port przed północą, by nie płacić postojowego za następną dobę. Dźwig poniósł kontener i postawił na statku. - Praszczaj lubimyj gorod - zanucił cichutko Waldemar fragment radzieckiej piosenki. - Uchodim zawtra w morie…
21 października 1971 roku tuż przed północą roku m/s Jasło opuścił port w Gdyni.

Gdy minął Hel, rozpętało się piekło. Sztormu nie brali pod uwagę, a tu statek kołysze się, z burty na burtę się przechyla. - K...a, zaraz zmyje nas do wody! - woła Waldek, bo się okazało, że kontener ciągle stoi na pokładzie. Stoi? Wcale nie stoi, ale jeździ jak po lodzie, zawraca, w coś uderza, cofa się… Wiatr wyje, fale szumią, plandeka pęka, zimna woda leje się do środka, zatyka dech, ktoś przechodzi obok, zagląda do środka i krzyczy: - Kontener jest pusty! A oni spłaszczeni, przyciśnięci do ścianek, podtrzymują plandekę i zasłaniają się nią jednocześnie, ale na szczęście jest noc i mało co widać.
Waldek się modli, całe krótkie życie staje mu przed oczami.

To już pewnie koniec, zaraz fala zmyje nas z pokładu i nigdy już nie zobaczę ojca ani mamy, głupi byłem, że się zdecydowałem na ucieczkę, lepszy żywot byle jaki niż śmierć w zimnym Bałtyku. I widzi ojca, który siedzi na wersalce w ich gdyńskim mieszkaniu, a mama przynosi mu talerz gorącej zupy, może jutro obejrzą Dziennik Telewizyjny i dowiedzą się, że ich syn się utopił. Nie, nie dowiedzą się, bo skąd, nikt nigdy się nie dowie, a ten kontener stanie się już na zawsze ich trumną, osiądzie na dnie, "na dnie twoim lec, tylko na dnie z honorem lec", jak śpiewali w szkole, ale jaki tu honor, jaki honor, to nie wojna przecież… O, kurna, jak zimno…

Rano morze zrobiło się spokojne, nawet słońce wyszło, ale oni szczękają zębami, bo są przemoknięci do cna, płyną… Wreszcie statek wchodzi do Kanału Kilońskiego, marynarze biegają jak kot z pęcherzem, zajęci biznesem, wyciągają przemycone dolary i kupują towar: dżinsy, alkohol, jakieś bluzeczki, sweterki.
Waldek i Adam wyłażą z kontenera, rzucają mokre kurtki na pokład, wskakują do wody i płyną do brzegu. Niedaleko, jakieś 50 metrów.

Na składanym krzesełku siedzi mężczyzna i łowi ryby. Jak zobaczył, że wyłażą z wody prosto na niego - zdębiał. Rzucił im papierosy i popędził, jakby go chcieli zjeść. Co mieli mu powiedzieć, skoro po niemiecku znali tylko kilka słów zapamiętanych z wojennych filmów: Halt. Haende hoch! Achtung. Torpedo los! Zaczął się też ruch na pokładzie Jasła, widocznie marynarze coś zauważyli. - Alarm, człowiek za burtą! - krzyczeli.

A oni stoją w samych majtkach i czekają. Wreszcie nadchodzi dwóch policjantów. Okryli ich swoimi bluzami, bo zimno było okropnie, wyglądali zabawnie w tych policyjnych ciuchach, szkoda, że koledzy z Gdyni nie mogli ich zobaczyć.

Na posterunku policji Waldek i Adam poprosili o azyl polityczny. Przyczyna: niezadowolenie z systemu komunistycznego. Już mieli tłumacza, mogli swobodnie opowiadać.
- Co wyście swoim rodzicom narobili? - zmartwił się tłumacz. Rzeczywiście, o rodzicach jakoś zapomnieli. Waldek powiedział mamie, że jedzie naprawiać huśtawki w zakładowym ośrodku wypoczynkowym w Jasieniu i wróci w poniedziałek. A to już wtorek, więc pewnie wiedzą, co się stało. Ojciec - zastanawia się Waldek - zrozumie, bo on się na własnej skórze przekonał, czym jest komunizm.

Józef Malinowski to twardy Kociewiak spod Pelplina. Mistrz malarski, przed wojną miał spory zakład w Gdyni, malował szyldy, piękne litery stawiał: Sklep kolonialny - kaligrafował, albo: Kancelaria notarialna, także na statki różne tablice robił. Waldek jako mały chłopiec był z nim kiedyś na Batorym. Widział tam cuda i dziwy, na przykład biały chleb tostowy! Ojcu dobrze szedł interes także po wojnie, aż do 1957 roku, kiedy komuniści załatwili go takim domiarem, że głosu nie mógł wydobyć ze zgrozy. Przyszli jacyś ludzie i nawet meble z domu pozabierali.

Zostali w pustych ścianach, ojciec się rozchorował, bo przesłuchiwano go na UB, zamykano, straszono… Nawet to że był więźniem Stutthofu, nie miało dla komunistów znaczenia. Nic nie miało znaczenia, wszystkiego można było użyć przeciw człowiekowi.

Tego oczywiście Waldek Niemcom nie mówi, bo po co im w takiej sytuacji wojnę wypominać. Więc opowiada o grudniowej masakrze w Gdyni. Wyrzuca z siebie to, co siedziało w duszy jak cierń, kłuło w serce.
- Zaczęło się we wtorek piętnastego grudnia - zamyka oczy i znowu wracają te obrazy. - Choć już wcześniej burza wisiała nad Trójmiastem, ciężkie chmury niezadowolenia przyduszały ludzi, więc tego piętnastego postanowiono w porcie gdyńskim, że trzeba przerwać pracę. Kto postanowił, nie wiem, byłem tylko młodym ślusarzem, pobiegłem z Adamem i dwoma innymi kumplami do Stoczni Komuny Paryskiej zobaczyć, co się dzieje. Stocznia stała. Przyłączyliśmy się do jakiegoś pochodu i idziemy. Dokąd właściwie idziemy? - Pod komitet partii - ktoś mówi.

Z komitetu nikt do nas nie wyszedł, potem się dowiedzieliśmy, że sekretarz, który też się nazywał Malinowski, tak jak ja, ale to nie żadna rodzina, bo u nas komunistów nie było, więc ten Malinowski przestraszył się i uciekł. No, skoro sekretarz partii robotniczej boi się robotników, to kierujemy się do prezydium Miejskiej Rady Narodowej. Idziemy spokojnie, uważamy, by nie dać się sprowokować. Przewodniczący przyjął naszą delegację, wysłuchał postulatów, dotyczyły przede wszystkim cofnięcia podwyżki cen żywności, którą Gomułka wprowadził przed świętami, no i podwyżki zarobków. Gdy delegacja wróciła, nie było już po co stać, więc wróciliśmy do zakładów, ja pobiegłem do portu, by kolegom opowiedzieć, co się działo.

Ktoś mówi, że spotkamy się wieczorem w zakładowym domu kultury. Tam znowu spisano postulaty, pamiętam taki między innymi, by zrównać zarobki fizycznych i umysłowych, przypominam sobie też, że pojawił się szef ZMS i straszył nas konsekwencjami, ale Międzyzakładowy Komitet Strajkowy tak czy owak się ukonstytuował. Do domu wróciłem w nocy. Zaniepokojeni rodzice chodzili już od okna do okna, bo w Gdańsku były tego dnia starcia z milicją. Mówiono o ofiarach.

- To sukinsyny, są zdolne do wszystkiego - lżył władze ojciec. - Nie mieszaj się do tego! - krzyczał i zaczął wspominać przesłuchania na UB, ale mama tylko przytuliła mnie z ulgą…
Szesnastego dowiedzieliśmy się, że członków naszego komitetu strajkowego aresztowano już poprzedniego wieczoru. Nie pracowaliśmy, choć początek strajku ustalono na następny dzień, ale atmosfera była taka, że o robocie nikt nie myślał. Jak to, k...a, możliwe, że w Gdańsku strzelano do ludzi? Wierzyć się nie chciało… Wieczorem wicepremier Kociołek wezwał wszystkich, żeby siedemnastego iść do pracy.

Rano, po piątej, może wpół do szóstej, obudziły nas strzały.
- Jezus, Maria, wojna! - krzyknęła mama.
Pobiegłem do portu. Przed bramą czołgi, żołnierze z wycelowanymi karabinami. Jeden z żołnierzy podszedł do nas, bo byłem z Adamem, i mówi: - Wracajcie do domu! Idziemy w kierunku placu Kaszubskiego, a tam do szpitala jedna za drugą podjeżdżają karetki. Ranni wysiadają i sami sobie pomagają iść, widać krew, wybiegają lekarze, a taksówkarz, który przywiózł pięć osób, trzyma się kierownicy i krzyczy w jakimś amoku:
- Ludzie, tam jest pełno rannych i zabitych, pełno!
- Gdzie?
- Na przystanku kolejki.

Pędzimy w kierunku dworca głównego, robi się trochę jaśniej, i tam napotykamy ten upiorny pochód: na drzwiach niosą chłopca.
Widzę mojego brata Mirka. Co tu robisz, czemu nie idziesz do szkoły - głupie pytanie, kto w takim dniu idzie do szkoły?
- Żyje? - pytam, wskazując na leżącego na drzwiach, i łapię go za rękę. Ale krew na ubraniu już zakrzepła, pulsu nie wyczuwam. Ruszam z nimi, krzyczymy: mi-li-cja mor-du-je, mi-li-cja mor-du-je! Zbiera się coraz więcej ludzi, z helikoptera walą petardy, a my jesteśmy już na 10 Lutego, okna się otwierają, czuje się, że ludzie są z nami, mężczyźni idący chodnikami zdejmują czapki z głów, jak podczas procesji albo pogrzebu.

Bo to był pogrzeb, jakiego jeszcze Gdynia nie widziała. Jak się okaże po latach - pogrzeb PRL, w każdym razie początek końca, a o tym zastrzelonym chłopaku lud będzie w przyszłości śpiewać ballady.
- Nie dajmy się sprowokować - podawaliśmy sobie szeptem informacje, bo na rogu Świętojańskiej grupa mężczyzn, którzy czapek nie zdjęli, więc z miejsca wiedzieliśmy, że to tajniacy, ruszyła w naszym kierunku. Ale zaraz z kościoła wyszedł ksiądz i odmówił modlitwę, a my zaczęliśmy śpiewać "Jeszcze Polska nie zginęła" i to nas podniosło na duchu.

Gdy doszliśmy do gmachu Prezydium Miejskiej Rady Narodowej, zobaczyliśmy czołgi, żołnierzy i milicjantów, a helikoptery cały czas krążyły nad miastem i rzucały petardy. Mi-li-cja mor-du-je! - krzyczeliśmy - uwolnić aresztowanych, milicja morrr….

I w tym momencie padły strzały… Rzucamy się do ucieczki w różne strony, potykamy się, chowamy się po bramach, krzyki niosą się za nami, milicjanci stojący pod prezydium ruszają w naszą stronę, strzelają, chłopak biegnący obok mnie krwawi, lecę w stronę Władysława IV i ciągle myślę: dlaczego oni strzelają, przecież nie ma wojny, i przypomina mi się opowiadanie mamy o tym, jak skończył życie jej ojciec, a mój dziadek. Otóż dziadek Leon Mazur miał nieszczęście znaleźć się wiosną 1945 roku na ulicy Śląskiej. Szedł do domu ze swoim jedenastoletnim synem. I spotkał grupę krasnoarmiejców. - Wódkę masz? - zaczepili go. Nie miał. Jeden z nich wyjął pistolet i zastrzelił Leona Mazura na oczach synka.
Takie to było wyzwolenie Gdyni.
A teraz, ćwierć wieku po wojnie, partia robotnicza strzela do wnuka Leona Mazura. Wnuk ucieka, rozdygotany dopada bloku, także przy Śląskiej, w którym mieszka jego siostra. W mieszkaniu widzi, że na ubraniu ma krew, ale nie jest ranny. Wpada szwagier. Krzyczy: - Zabili Zygmunta! Zamordowali Zygmunta Polito!

Cała dzielnica płakała i rozpaczała, to był nasz sąsiad, kolega i przyjaciel, miał 23 lata. Dlaczego? Za co? Taki fajny, spokojny chłopak, że do rany przyłóż. I Janek Kałużny, kolega z portu i ze szkoły zawodowej, też zastrzelony, a kolega ze szkoły podstawowej Zbyszek Wycichowski zmarł od ran postrzałowych.
Wściekłość nas ogarnęła, złość, przerażenie, bo taka straszna krzywda się stała, taka krzywda.
Politowie mieszkali tuż obok mojego szwagra Zdzisława w tym samym bloku, więc szwagrowi w drodze wyjątku pozwolono z rodzicami Zygmunta pojechać na cmentarz.

Co to był za pogrzeb! Noc, jakieś nieznane miejsce, szybko, szybko, na nalegania rodziny na chwilę otwarto trumnę, szwagier patrzy, a Zygmuś bez butów leży.
Ściągnął swoje i włożył mu na nogi.

- Czterdzieści lat minęło - wzdycha pan Waldemar Malinowski, który z okazji rocznicy przyjechał w grudniu z Kilonii do Gdyni, by wziąć udział w uroczystościach. - A gdy o tym myślę, stale cierpię, w nocy znowu budzę się z krzykiem i wydaje mi się, że wrastam w tę ziemię przed budynkiem prezydium, a oni do mnie celują… Powiem pani jeszcze - dodaje - że ojca nigdy już nie zobaczyłem. Zmarł w 1977 roku, a ja pierwszy raz do Polski przyjechałem w osiemdziesiątym ósmym. Nie miał do mnie pretensji, że mieszkam w Niemczech, choć przecież nie było mu łatwo się z tym pogodzić. Po pobycie w obozie miał przecież z Niemcami swoje rachunki.

Ciągle pytam o sprawiedliwość. I nie znajduję odpowiedzi. Profesor Eisler podczas jednej z gdyńskich konferencji powiedział, że nie ma jej w ziemskim rozumieniu tego pojęcia, ale może jest gdzieś tam wysoko, w niebie, gdzie nie ma lekarzy wystawiających lipne zaświadczenia oskarżonym, żeby mogli, zamiast do sądu, jechać na wakacje do Egiptu, nie ma przeciągających sprawy adwokatów…
- Tam wszystkie czyny będą zważone i policzone. I dopiero tam dokona się sprawiedliwość - zamyśla się i wyjmuje z teczki zdjęcie z grudnia 1970 roku: z Adamem i Mirkiem idzie w pierwszym szeregu za tymi sławnymi już dziś drzwiami, na których położono ciało ich rówieśnika, zastrzelonego Zbyszka Godlewskiego.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

A
Anna

Urodziłam się po 1970 roku. Słyszałam wiele wspomnień uczestników wydarzeń grudniowych.
Wszystkie są bardzo wzruszające.

Dodaj ogłoszenie