Bonda: Pisanie? Odradzam. Sama pani zauważ yła, że pisarz jest dziwny

Ryszarda WojciechowskaZaktualizowano 
Katarzyna Bonda
Przez wiele miesięcy przebywam w alternatywnym świecie, którego nie ma. Muszę się więc odkleić od tej rzeczywistości, żeby wejść w nową, po to, aby ją zapisać - mówi Katarzyna Bonda

W Pani najnowszej książce "Okularnik" intryga kryminalna jest tylko pretekstem do opowiadania historii. Dlaczego?
Czasami to historia wybiera człowieka, który ma ją opowiedzieć. Tak było w tym przypadku. To moja najbardziej osobista powieść, w której wątku kryminalnego użyłam jak ramy do obrazu.

Mamy tu historię pogromu wsi prawosławnych na Podlasiu, za którym stał oddział żołnierza wyklętego "Burego". Odważny wątek i mało znany.
Na początku myślałam, że ta historia nie powinna się znaleźć w kryminale, bo może rozsadzić gatunek. Poza tym czy to obchodzi młodych - zastanawiałam się. Wojna, jacyś Białorusini, żołnierze wyklęci. Przecież to niszowy temat. Ale pisarz przy każdej kolejnej książce chce sobie podnieś poprzeczkę. I dla mnie to było literackie wyzwanie. Szanuję moich czytelników i wierzę w ich inteligencję. Sama nie znoszę, kiedy inni pisarze traktują mnie jak debila. Zmieniają tylko motyw zbrodni, a ja mam wrażenie, że znowu czytam tę samą książkę. Wiem, że czytelnik chce być zaskakiwany i spodziewać się niespodziewanego. Dlatego zainteresował mnie też pogrom, a nie tylko fakt, że jak nie ma ciała, to nie ma zbrodni, czy sama antroposkopia...

O żołnierzach wyklętych mówi się teraz tylko dobrze albo wcale. A w Pani książce "Bury" budzi grozę. Dla wielu prawdziwych "patriotów" to jakby włożyć kij w mrowisko.

Nie potępiam w czambuł wszystkich żołnierzy wyklętych. Jestem bardzo daleka od uogólnień. Przejrzałam w IPN akta na ten temat, 27 tomów, strona po stronie. Od tego zaczęło się moje historyczne śledztwo. Ale na tym się nie skończyło. Bo pojechałam w te wszystkie miejsca, do ludzi, którzy jeszcze żyją i mogą pamiętać tamte wydarzenia. Podczas przeglądania akt odkryłam, że w tym pogromie zginęła także moja babcia Katarzyna.

Wcześniej nic Pani o tym nie wiedziała?
W dzieciństwie słyszałam, że babcia Kasia zginęła pod koniec wojny, od broni z niemieckiego czołgu. Na początku przeżyłam więc szok, ale potem uświadomiłam sobie, że przez lata oszukiwano mnie tylko dlatego, żeby chronić przed atakami i ostracyzmem. Ci ludzie w pogromie zginęli z powodów nacjonalistycznych. Ale ja nie chciałam tworzyć mitu, że wszyscy Białorusini byli niewinni, a "Bury" i jego ludzie źli. Pokazuję, że "Bury" też miał swoje motywacje. Jednak najbardziej w tym wszystkim interesowała mnie pamięciologia, czyli to, co się działo później. Jak pogrom wpływał na zachowania ludzi na tamtym terenie podczas komuny. I jaki miał wpływ na to, co się tam dzieje teraz. Bo mamy ultra-Białorusinów i ultra-Polaków, którzy się nadal naparzają. Chociaż kiedy pani przyjedzie do Hajnówki, to na pierwszy rzut oka zobaczy sielskie, miłe miasteczko, gdzie podają fantastyczne pielmieni, słoninę z cebulą. Na zewnątrz wygląda to jak w filmie Davida Lyncha. Ale to maska.

Wszystko widać jak pod lupą w takim niewielkim miasteczku?

Wszyscy wszystko wiedzą, ale nikt nic nie powie. Tę zmowę milczenia też wykorzystałam w "Okularniku". Zresztą specyfikę tego miejsca oddaje jedna sytuacja. Podczas mojego autorskiego spotkania w domu kultury w Hajnówce wszyscy się ucieszyli, słysząc, że akcja książki tu właśnie będzie się rozgrywać. Nagle wstała jedna z pań i powiedziała: - Pani Kasiu, ale ten zły to będzie przyjezdny?

"Okularnik" o mały włos Pani nie wykończył.
Był już prawie gotowy, kiedy w IPN zaczęłam szukać informacji o "Burym" i odnalazłam historię związaną z moją babcią. Ten wątek musiał się w książce znaleźć. Zabrałam się więc za pisanie od nowa, aż trafiłam na ostry dyżur.

Przez pisanie?
Jak już piszę, to niemal obsesyjnie. Podczas tej pracy zaczęło mi "latać" oko. Poszłam do okulisty, który mi powiedział, że mam sobie zrobić urlop od pisania. Słysząc to, powiedziałam: - Wie pan, tak się składa, że piszę właśnie książkę pod tytułem "Okularnik". Lekarz się roześmiał, a ja dodałam, że wcześniej pracowałam nad "Pochłaniaczem". Więc fajnie, że mi nosa nie urwało.

Co na to doktor?
Że skoro tak żartuję, to może jeszcze coś ze mnie będzie. Nie posłuchałam jednak jego rady i skończyłam książkę, bez urlopu. Ale potem był pobyt w szpitalu.

Może nie trzeba tak pruć do przodu przy pisaniu. To nie będzie się kończyć szpitalem.
Energia jest ważna. Jeśli pisarz się angażuje, czytelnik to czuje. Każda moja książka jest wcześniej szczegółowo planowana. Ten czas inkubacji, czyli wymyślania historii i zbierania materiałów, jest najdłuższy w tym procesie tworzenia. Potem jest czas wyciszenia, dopinania wątków. Sam zapis zaczynam wtedy, kiedy książka mi się ułoży w trzewiach.

W jednym z wywiadów powiedziała Pani, że na sukces długo czekała. Jak trzydziestoparoletnia autorka, która ma już bestsellery na koncie, może powiedzieć, że długo czekała?
Mam 38 lat, a pierwszą książkę zaczęłam pisać 15 lat temu. Kiedy człowiek wyda pierwszą powieść, to czuje się tak, jakby złapał Pana Boga za nogi. Ale w porównaniu z autorami, którzy po debiucie byli od razu nominowani do NIKE albo zdobywali najważniejsze nagrody literackie, ja nie byłam rozpieszczana. Przez lata, pisząc, cierpiałam biedę. Nawet nędzę. Komornik chciał mi zabrać mieszkanie, bo nie płaciłam za prąd, nie mając pieniędzy. Ale jakoś to przeżyłam. Nie ugięłam się i nie rezygnowałam z pisania. Przy każdej kolejnej książce liczyłam, że teraz to będzie sukces. Że będę wreszcie żyła ze sprzedaży książek. Na początku była więc finansowa sinusoida. A jak mi się trafiły pieniądze ze sprzedaży praw do filmu o Hubercie Meyerze - chociaż nie został nakręcony - to całą gażę zainwestowałam w naukę pisania. Jeździłam po świecie i uczyłam się. Dopiero od niedawna żyję z książek.

Do pisania trzeba mieć talent czy można się tego nauczyć?
To jak z tabliczką mnożenia. Każdy może się jej nauczyć, ale nie każdy zostanie wybitnym matematykiem. Pisarz zdobędzie warsztat. Ale to, czy książka będzie świetna, jest tajemnicą i zależy właśnie od talentu.

Czy pisarz wie, że pracuje nad bestsellerem?

Nikt się nie czuje pewnie, nawet jeśli napisał w swoim życiu już wiele powieści. A jeśli się tak czuje, to albo ma syndrom Boga, albo jest grafomanem. Uczę ludzi pisać. Jestem kimś w rodzaju literackiego coacha. I potrafię dostrzec szwy na cudzych tekstach. Ale kiedy piszę sama, czuję się niepewnie. Dopóki nie skończę, jestem rozdygotana. Poprawiam książkę na milion sposobów, bo chcę, żeby była jak najlepsza.

Kiedy tak naprawdę książki stały się Pani planem na życie? Wcześniej była Pani dziennikarką.
Długo nie miałam odwagi pisać książek. Nie wierzyłam, że to może się udać. Ale przestałam wierzyć w dziennikarstwo. A jak przestaję w coś wierzyć, to przestaję być w tym dobra. A byłam dobra. Uważano mnie za redakcyjny pistolet. Pracowałam nad okładkowymi tematami. Żartowano, że gdzie diabeł nie może, tam Bondę pośle. Ale kiedy wydawcy zaczęli kombinować, jak tu podwyższyć nakład sensacją, i news stał się ważniejszy niż materiał pogłębiony, to pomyślałam: halo, nie po to przychodziłam do tego zawodu, żeby pisać teksty pod tezę. Nie mówiąc o tym, że czułam się jak wyrobnik.

Przeczytałam, że też wypadek samochodowy, w którym zginął człowiek, miał wpływ na zmianę.

Dziennikarze lubią takie uproszczenia w stylu był wypadek, a potem porzuciła wszystko, żeby pisać książki. Ale to niedokładnie tak. Są w życiu sytuacje, które pokazują, że jesteśmy w złym miejscu. Pierwsza książka "Sprawa Niny Frank" powstawała jeszcze przed wypadkiem. Sfrustrowana, siedząc wieczorami w pracy, czekając, aż kolejny nadredaktor przeczyta mój tekst, pisałam ją. Kiedy postanowiłam rzucić dziennikarstwo, była już gotowa. Ja, po prostu, przestałam wierzyć w to, że jeszcze mogę w dziennikarstwie coś powiedzieć. Że mogę powiedzieć coś więcej niż każe mi mój nadredaktor. Miałam poczucie, że walę głową w mur. Bo jak się pani domyśla, byłam misyjną dziennikarką. I kiedy tę misyjność zabrały mi newsy, poczułam się tak, jakby mi się grunt pod nogami osunął. Pomyślałam, że nie chcę tak żyć. Nie chcę tak pracować. Ale pracowałam tak jeszcze pół roku. I wypadek zdarzył się dlatego, że byłam eksploatowana. Że w sobotę wieczorem oddałam okładkowy tekst, a następnego dnia kazano mi już jechać w teren po kolejny materiał. Zaraz, mówiłam, przecież powinnam mieć dwa tygodnie urlopu. Urlopu, który był już podpisany. Usłyszałam, że nie ma ludzi. No i pojechałam, chociaż nie chciałam. Byłam zmęczona. I zdarzyło się to...

A potem?
Potem przyszła refleksja, że gdybym wcześniej odeszła, umiała powiedzieć nie, to by do tego nie doszło. Ponieważ ten wypadek zdarzył się z mojej winy. Jechałam za szybko. Byliśmy spóźnieni. Jeszcze musiałam prowadzić obce auto, ponieważ właściciel był alkoholikiem. Wtedy ma pani na cały ten świat wyjebane. Chce pani umrzeć. I nie jest tak, że pierwsza rzecz, o jakiej pani myśli, to napisać książkę, pani nie chce żyć. Bo wie, że to pani wina. Nie dlatego że pani jechała za szybko. Tylko że się dała zagonić w kozi róg. Kiedy przeszłam terapię, uporałam się z rzeczywistością, z moimi samobójczymi myślami, poczuciem winy i wyrzutami sumienia, które były nie do zniesienia, pomyślałam - albo robię, co chcę, albo zginę.

No i teraz Pani pisze tak totalnie, że aż trafia do lekarza. Nie można inaczej pracować?
A po co miałabym inaczej pracować? Nie rozumiem pytania. Chodzi o to, że powinnam dwie godziny pisać, potem sprzątać, gotować obiad, oglądać serial? Tak pisarz nie da rady pracować. Książka to rodzaj obsesji. Chyba że to produkt, który pisarza niezbyt angażuje. I takie też są na rynku. Ale jeżeli pani chce napisać dobrą, mocną rzecz, taką, która porwie czytelnika na trzy noce, to trzeba pracować totalnie. Higiena pisarska polega na tym, że trzeba to jak najszybciej skończyć. Nie można tego rozwlekać, bo fabuła panią zniszczy. Pozwoliłam na infekcję oka, bo chciałam, żeby ta moja energia została zassana przez powieść, a nie rozproszyła się. Proszę sobie wyobrazić, że ja przez wiele miesięcy przebywam w alternatywnym świecie, którego nie ma. Muszę się więc odkleić od tej rzeczywistości, żeby wejść w nową, po to, aby ją zapisać. Im szybciej to zrobię, tym lepiej dla psychiki.

Pytam, bo w świecie rzeczywistym jest Pani mamą. Jak się udaje pogodzić te światy?

Kwestia organizacji. Pisarz to poeta i generał w jednym. Jeśli ktoś nie umie organizować sobie świata, niech nie myśli o pisaniu książek. Regularnie odbieram moje dziecko ze szkoły, poza dniami, kiedy jestem w trasie promocyjnej. Wtedy córką zajmuje się babcia. Ale kiedy ja odbieram ją ze szkoły, to jestem tylko dla niej. I kiedy jestem z nią, to jestem. Uważam, że moja córka ma świetne dzieciństwo.

W każdej sytuacji jest Pani na sto procent. Dlatego zastanawiam się, skąd w Pani tyle energii?
A myśli pani, że ona się kończy?

Jak się wszystko w życiu robi na 100 procent...
Dużo energii dają mi moi czytelnicy. Wbrew temu, co o mnie mówią, mam w sobie wiele pokory. I widzę tego konkretnego człowieka, który mi opowiada o tym, co mu moja książka dała. Nie wiem, czy mogę wyczerpać energię. Zawsze taka byłam. "Dymiłam". Mam naturę buntownika.

Są mankamenty w pracy pisarza?
Każdemu odradzam. Jak pani zauważyła, pisarz jest dziwny. Każdy ma jakieś swoje jazdy. Paradoksalnie, ja nie jestem ekstrawertykiem, tylko introwertykiem. Uwielbiam spędzać czas w samotności. Cierpi na tym życie rodzinne. Nie córka, ale partner. Jestem związana z pisarzem, ale nie mieszkamy razem. Bo chyba byśmy się pozabijali. Ja jestem dziwna. On jest dziwny. Ale nasi znajomi twierdzą, że w tym związku to ja jestem Salingerem. I to ja się częściej chowam, co wpływa na nasze relacje. Tak, trudno się żyje z kimś, kto pisze książki.

polecane: Wybory 2019

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 1

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

R
Retro
Bonda często wypowiada się na temat konwencji pisania kryminałów. Naśladowanie stylu Skandynawów nie oznacza, że odkryła Amerykę. Jej kryminalnym intrygom daleko do tych autorstwa znakomitych skandynawskich autorów . Nie wiem po co uparcie deprecjonuje kryminał klasyczny, pisząc na jego temat piramidalne bzdury. To nie konwencja decyduje o wartości kryminału. Dobrze przedstawione tło nie wymaga długich i nudnych opisów.
Sukces Bonda zawdzięcza gigantycznej i profesjonalnej reklamie. Zapewniono ją głównie "Pochłaniaczowi", dlatego "Okularnik" na listach bestsellerów radzi sobie o wiele gorzej niż pierwsza część teatrologii. W "Okularniku" jest naprawdę beznadziejna intryga a autorka skręca wyraźnie w kierunku celebryckiej ścianki.
W wielu miejscach czytałam coś takiego: "muszę przeczytać książkę tej autorki, bo jest o niej głośno". Głośno zrobiło się po "Pochłaniaczu". Poprzednie książki przeszły bez echa, dopiero teraz odcinają kupony od PR "Pochłaniacza".
W natłoku recenzji najwięcej jest klonów z blurbu Miłoszewskiego, najmniej indywidualnych opinii. Smutne zjawisko.
Do ludzi zaczyna docierać, że Bonda próbuje być wyrocznią a plecie duby smalone. To straszne, co robi z nami reklama, tyle osób uwierzyło w jej geniusz. Na szczęście moda na nią powoli przemija. Czas służy dobrym pisarzom nie celebrytom, lansującym się na każdy możliwy sposób.
Dodaj ogłoszenie