Bogusław Mazurek opowiada o próbie ucieczki z PRL

Tomasz Turczyn
Bogusław Mazurek przesiedział ponad siedem lat w więzieniu. Na zdjęciu w Darłowie, skąd w 1971 roku próbował uciec do Danii
Bogusław Mazurek przesiedział ponad siedem lat w więzieniu. Na zdjęciu w Darłowie, skąd w 1971 roku próbował uciec do Danii Ryszard Pietrasz
40 lat temu dwaj dwudziestolatkowie ze Sławna podjęli brawurową próbę ucieczki z PRL wojskową motorówką. Jednego z niedoszłych uciekinierów, Bogusława Mazurka, na wspomnienia namówił Tomasz Turczyn.

Edward Gierek to cham - mówi 87-letni por. Tadeusz Mazurek ze Sławna, były żołnierz Armii Krajowej.
Starszy pan inaczej się o pierwszym sekretarzu KC PZPR nie wyraża. Siedząc w wygodnym fotelu, z wyrazem zaciętości na twarzy opowiada, jak w 1971 roku jego 20-letniego syna Bogusława Mazurka skazano na 11 lat więzienia za próbę ucieczki wojskową łodzią motorową do Danii. Przed ogłoszeniem wyroku w Sądzie Wojewódzkim w Koszalinie jeden z prokuratorów powiedział mu, że sam Edward Gierek kazał surowo ukarać - jak o Bogusławie Mazurku i jego koledze pisała ówczesna prasa - "przestępców", "porywaczy z Darłowa", "gości bez skrupułów", "terrorystów". Prokurator, wygłaszając mowę końcową, domagał się dla oskarżonych po 25 lat więzienia. Skończyło się na 11 i 12 latach dla drugiego z uciekinierów, odebraniu praw publicznych na 10 lat i konfiskacie mienia. Ówczesne media oceniły wyrok jako surowy, ale sprawiedliwy.

Taki był finał jednego z najgłośniejszych procesów pokazowych w powojennej Polsce, jakie urządziły władze komunistyczne dwóm śmiałkom, którzy zamarzyli o innej rzeczywistości. Wolnej od socjalizmu.

Zrobiłbym to jeszcze raz

- Odsiedziałem ponad siedem lat za kratami - wylicza obecnie 60-letni Bogusław Mazurek. - Byłem więźniem najgorszej kategorii: politycznym. Uznawanym za zagrożenie dla ówczesnego systemu. Ale nie żałuję, że zdecydowałem się na próbę ucieczki do Danii. Chciałem wspólnie z kolegą ośmieszyć komunistyczne władze. Pokazać ich słabość. Chcieliśmy innego życia. Swój wpływ na moją postawę miały też grudniowe wydarzenia z 1970 roku na Pomorzu: w Gdyni, Gdańsku czy Szczecinie. Krwawo stłumiony przez komunistów bunt robotników odcisnął głębokie piętno w mojej świadomości. Widziałem te wydarzenia. Uczestniczyłem w nich, w Szczecinie.

W tonie jego głosu, gdy opowiada swoją historię, da się wyczuć nutę dumy. Zapewnia, że gdyby raz jeszcze mógł dokonać wyboru, to byłby on taki sam.

Jesteśmy w mieszkaniu jego ojca, do którego przyjechał w odwiedziny. Na ścianie pokoju określanego przez domowników gabinetem - wisi portret Józefa Piłsudskiego. Po drugiej stronie odznaczenia, książki i pamiątki wojskowe, dyplomy. W szafie kilka mundurów wojskowych. Por. Tadeusz Mazurek, żołnierz AK (pięć lat w partyzantce), walczył w czasie II wojny światowej i przeszedł szlak bojowy w 1945 roku od Lublina aż do zdobycia Berlina.

Tadeusz Mazurek - przeciwnie - uważa, że próba ucieczki nie była warta wyrwania ponad siedmiu najlepszych lat życia jego syna.

- Gdy odczytywano w sądzie wyrok, nie wytrzymałem - wspomina finał ucieczki z 1971 roku por. Mazurek. - Zemdlałem.

Ojciec i syn zgadzają się w jednej kwestii: proces w Sądzie Wojewódzkim w Koszalinie był wybitnie pokazowy. Władza chciała przykładnie ukarać "przestępców" w blasku fleszy i kamer. Mazurkowie mówią, że już sam akt oskarżenia był porażający. Odczytał go wiceprokurator koszalińskiej Prokuratury Wojewódzkiej.

- Obaj zatrzymani sterroryzowali wspólnie żołnierza Wojsk Ochrony Pogranicza i przywłaszczyli sobie wojskową motorówkę - cedził słowa prokurator. - Skradli żołnierzowi karabin maszynowy, tzw. kałasznikowa. W bandycki sposób uprowadzili dwóch małoletnich chłopców, jako zakładników. Posiadali nielegalnie broń. Przekroczyli bez zezwolenia morską granicę PRL.

Kierunek Bornholm

Wydarzenia, mogące posłużyć za scenariusz sensacyjnego filmu, rozegrały się na wysokości teraźniejszych elewatorów zbożowych w Darłowie. Miało ich być czterech. Wszyscy doskonale się znali. Ostatecznie w dniu zbiórki - 24 lipca 1971 roku stawiło się dwóch.

- Uważaliśmy, że komuna nas niszczy - Bogusław Mazurek przerywa dłuższą chwilę ciszy. - Chcieliśmy się wyrwać na wolność. Chcieliśmy żyć inaczej.

W 1971 roku Mazurek pracował w nieistniejącym już przedsiębiorstwie Kuter w Darłowie. Z morzem był obeznany. Ukończył Zasadniczą Szkołę Rybołówstwa Morskiego w Darłowie. Zawód - rybak morski. Wiedział, jak i gdzie popłynąć. Wybrali Bornholm, gdzie wówczas stacjonowali Amerykanie.
Postanowili uderzyć przy tym w wojsko. Chcieli ośmieszyć obronę wybrzeża. Zaczęli w Darłowie od obserwacji żołnierzy Wojsk Ochrony Pogranicza, którzy pod bronią stali w miejscowym kanale portowym przy wojskowych motorówkach. Przez kilka dni "oswajali" wartownika ze swoją obecnością, łowiąc ryby na wędkę w pobliżu miejsca, w którym miał służbę. Atak postanowili przypuścić w samo południe, jak w jednym z najsłynniejszych amerykańskich westernów.

Ubrani byli zwyczajnie. Mogli wyglądać na wczasowiczów. Twarze owiewał im lekki wiaterek. Podeszli do żołnierza.

- Byłem spięty, ale zagadałem do wartownika. Wywiązała się zwyczajna dyskusja o książce, którą czytał. Napięcie zelżało. Nagle wyrwałem mu kałasznikowa, którego rzuciłem koledze. Ten go błyskawicznie przeładował. Nastraszył żołnierza, że będzie strzelał. On był tak samo młody jak my. Groźba poskutkowała. Uciekł. Oczywiście nie w głowie było nam używanie broni - opisuje rozwój wypadków nasz rozmówca.

Wypadki w darłowskim kanale portowym rozegrały się błyskawicznie. Po wyrwaniu kałasznikowa dwaj uciekinierzy wskoczyli do porwanej motorówki. Uruchomił ją Mazurek. Nie było kłopotu. Zaczęli płynąć w kierunku wyjścia z portu na pełne morze. Po chwili zobaczyli dwóch znajomych chłopców idących brzegiem kanału portowego. Znali ich rodziców. Dzieci poprosiły ich, aby podwieźli je do Darłówka w pobliże plaży. Bogusław Mazurek po latach ocenia, że zachowali się naiwnie, ale ta naiwność uratowała im życie. Bo zabrali dzieci na pokład motorówki. Żołnierz, który uciekł, podniósł alarm i wojsko czekało na nich z karabinami i granatami na pobliskim zwodzonym moście znajdującym się ponad kilometr dalej.
- Zobaczyli dzieci i zdębieli - wspomina Mazurek. - Wykorzystaliśmy to. Na bezczelnego wypłynęliśmy na pełne morze. Słyszeliśmy za nami strzały, ale były one oddane w powietrze.

Tego dnia pogoda była słoneczna. Na darłowskiej plaży opalało się wielu turystów. Wystrzały z karabinów ich zaniepokoiły.

Płynęli przez cztery godziny. Mieli kontakt radiowy z Amerykanami, którzy obiecali im pomoc, jeśli wypłyną poza wody neutralne. Mazurek znał język angielski, więc porozumiał się z nimi bez kłopotu. Tymczasem za nimi podążał pościg: wojsko i kutry rybackie z Darłowa.

"Za zasługi dla obronności kraju"

- Ironią losu było, że zabrakło nam paliwa - mówi Mazurek. - Złapali nas żołnierze WOP. Nie stawialiśmy oporu. Podnieśliśmy ręce do góry. Później przewieźli nas do Darłowa, a następnie do Koszalina na komendę milicji. Wszystko toczyło się błyskawicznie. W lipcu ucieczka, w sierpniu były już wyroki.
Ówczesne media szeroko relacjonowały złapanie uciekinierów oraz proces.

- Wiadomo, jaki był to przekaz - wtrąca senior Mazurek. - Nawoływano do surowego ukarania "terrorystów", "przestępców"... Bardzo szybko przestałem to śledzić.

Prokurator nie kłamał. Kiedy po latach Tadeusz Mazurek mógł przejrzeć akta osobowe syna, natrafił tam na odręczną notatkę Edwarda Gierka, który polecił najsurowiej ukarać uciekinierów.

Władze zrobiły w Darłowie jeszcze jedną pokazówkę w 1971 roku. Publicznie wręczyły odznaczenia żołnierzom i rybakom z kutrów, którzy uczestniczyli w akcji schwytania uciekinierów. Otrzymali oni m.in. medale "Za zasługi dla obronności kraju" przyznane przez ministra obrony narodowej oraz zegarki z okolicznościową dedykacją i dyplomy.

Nazista dzieli się szwajcarską czekoladą

- Dostałem 11 lat więzienia, ale w 1975 roku była amnestia i zdjęto mi rok, a koledze dwa lata - wspomina Mazurek. - Odsiedziałem siedem lat i osiem miesięcy w Barczewie i Rawiczu. Miałem zawsze grupę tzw. P1. Na tabliczkach było napisane: "W razie rozruchów rozstrzelać". Siedziałem obok celi Ericha Kocha, nazisty - gauleitera i ostatniego nadprezydenta Prus Wschodnich uznawanego za winnego śmierci 400 tysięcy Polaków.

Koch miał zasądzoną karę śmierci, ale jej nie wykonano. Prawdopodobnie chodziło o to, że władze PRL podejrzewały, że znał położenie Bursztynowej Komnaty. Powszechnie wiadomo, że los komnaty jest jedną z największych niewyjaśnionych zagadek II wojny światowej. Koch zmarł w wieku 90 lat w barczewskim więzieniu. Bogusław Mazurek mówi, że takie sąsiedztwo cela w celę doskonale pokazuje, jakiej kategorii on był więźniem.

- Koch był ubierany na spacerniak w tzw. szynel wojskowy, czyli płaszcz po kostki z czasów II wojny światowej - opisuje Mazurek. - Facet był niskiego wzrostu, wychudzony, ale wzrok miał przeszywający człowieka na wylot. O Bursztynowej Komnacie mówił niewiele. Jak już, to twierdził, że wywoziło ją SS w niewiadomym dla niego kierunku, a on nie miał z tym nic wspólnego. Co jakiś czas służby specjalne przyjeżdżały i go "maglowały". Zapytany, zawsze miał taką samą odpowiedź. Widywałem go, gdy siedziałem w izolatce. Spotykaliśmy się na spacerniaku. Taki spacer trwał około godziny. Chodziliśmy w odległości kilku metrów od siebie pod czujnym okiem służby więziennej. Koch mówił dość dobrze po polsku, ale z akcentem niemieckim. Dostawał co miesiąc paczki ze szwajcarskiego Czerwonego Krzyża. Odwiedzała go też córka, a po tragicznym wypadku, gdy zginęła - wnuczka. Co dwa-trzy miesiące przyjeżdżał również konsul austriacki.

Mazurek opisuje, że nie pałał do nazisty sympatią. Dla niego - jak go określa - był to starszy "dziadziunio", który dzielił się z innymi czekoladą czy herbatą lub papierosami otrzymanymi ze Szwajcarii.

Bogusław Mazurek wyszedł z więzienia w 1978 roku. Wspomina, że najbardziej wszystko przeżyła jego mama. Dodaje, że odbiło się to na jej zdrowiu. Opisuje, że zmarła tuż po jego wyjściu na wolność. Z kolei jego kolega po zwolnieniu z więzienia uciekł do Luksemburga. Bogusław Mazurek po odzyskaniu wolności skończył liceum zawodowe w Sławnie. A po dojściu do władzy Solidarności, dzięki ministrowi Jackowi Kuroniowi, odzyskał uprawnienia do żeglugi na morzu i nadal pływa statkami po całym świecie.

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

c
ciekawski

Doprawdy wielki to "bohater". Poproście jeszcze o opinię rodziny porwanych chłopców oraz zapytajcie jakie były ich losy?

w
wolf1955

Tak to się nadaje do gazety innych mediów wspaniały wyczyn chylę czoła dla tych co mieli okazję uciec i chcieli wolności życia słowa , może ktoś to wpuści w media a szczególnie w : SŁawno nasze miasto" niech ludzie się dowiedzą o wszystkim jakiego mają bohatera wolności.