Bezdomność niejeden ma smak i kolor - Wędka dla Sylwii

Beata JajkowskaZaktualizowano 
Sylwia prowadzi sklep, myśli o otwarciu następnego. Miała w życiu trudne chwile, ale wyszła na prostą
Sylwia prowadzi sklep, myśli o otwarciu następnego. Miała w życiu trudne chwile, ale wyszła na prostą Tomasz Bołt
W historiach bezdomnych kobiet często nie występuje alkohol. W każdym razie one nie piją, w przeciwieństwie do swoich partnerów. Oto losy Sylwii.

Sylwia to dziś kobieta sukcesu, prowadzi sklep, przymierza się do otwarcia kolejnego. Zadbana, dobrze ubrana 29-latka. Nowa praca, nowe mieszkanie, nowy mąż, nowe życie - to jej recepta na szczęście. Szczęście, za którym goniła kilkanaście lat, a które omijało ją szerokim łukiem. Akurat jej problem bezdomności nigdy nie powinien dotknąć. Jedynaczka, po szkole handlowej, z dobrze sytuowanej rodziny. Bezdomność ma jednak różne oblicza. Nie zawsze przybiera postać dworcowego amatora tanich trunków. Często ma twarz kobiety. Czasem takiej jak Sylwia, której mimo tragicznych splotów okoliczności, wystarczyło determinacji, by z pomocą innych stanąć na własnych nogach i odnieść sukces.

Już tu nie mieszkasz

- Dzień przed Wigilią zastałam swoje rzeczy na klatce schodowej - opowiada. - Nie wierzyłam, choć mama zapowiadała mi od dawna, że gdy skończę 18 lat, mam wynosić się z domu. Nie piłam, nie brałam narkotyków, nie wagarowałam, byłam zwykłym dzieciakiem. Ona po prostu mnie nie chciała. Wcześniej spakowała manatki ojca. Ale on przynajmniej wiedział za co - pił, zdradzał...

Był mroźny, grudniowy wieczór, a ona z walizką stała przed klatką rodzinnego domu i łkała. W końcu noga za nogą powlokła się do mieszkania Adama, z którym się spotykała. Przyjął ją do małej, wynajmowanej klitki. W 1998 r. urodziła mu syna, po roku była w kolejnej ciąży. I wtedy świat się dla niej zawalił po raz drugi. Jej narzeczony miał romans z jej najlepszą przyjaciółką!

Spakowała rzeczy i wprowadziła się do ojca, ale tam, gdzie alkohol lał się strumieniami, a głośne imprezy ciągnęły się do świtu, ciężarna z malutkim dzieckiem nie potrafiła się odnaleźć. Popadła w depresję i nie wiadomo, jak by skończyła się jej historia, gdyby nie sąsiadka, która wzięła dziewczynę za jedną rękę, jej małego synka za drugą i zaprowadziła do Domu Samotnej Matki na ul. Fredry w Gdyni. Tam urodziła synka i powoli zaczęła stawać na nogi. Pomogło też to, że spotkała inną, podobnie jak ona pokaleczoną duszę. A raczej tak jej się wydawało...

Szymon, czyli Darek

- Poznałam Szymona, bezdomnego z Tymczasowego Ośrodka Opiekuńczego dla mężczyzn w Gdyni Chwarznie - opowiada. - Pomagał przy remoncie placówki, w której mieszkałam. To była miłość od pierwszego wejrzenia, jej owocem była córeczka. Wynajęliśmy niewielkie mieszkanko w peryferyjnej dzielnicy Gdyni. Nagle, po pół roku sielanki, zjawiła się policja. Okazało się, że mój Szymon ma naprawdę na imię Darek i podaje się za brata, o istnieniu którego nie miałam pojęcia. Ukrywa się bowiem z powodu kryminalnej przeszłości. Darek trafił do więzienia, a ja wybaczyłam i nosiłam mu do celi paczki. Gdy wyszedł próbowaliśmy posklejać życie, wynajmowaliśmy kolejne mieszkania, on imał się różnych zajęć.
Na pozór wszystko wracało do normy. Darek wychodził codziennie do pracy, przynosił do domu pieniądze. Aż pewnego dnia do Sylwii zadzwoniła koleżanka: idź na dworzec na Wzgórzu św. Maksymiliana. Gdy zobaczyła ukochanego w brudnych łachmanach, żebrzącego u przechodniów, powiedziała: basta, kolejnego oszustwa nie wybaczę! Zabrała dzieci i znowu trafiła do domu samotnej matki. Darek przepraszał, aż pewnego dnia... porwał najmłodszą córkę. Policja zatrzymała go, gdy próbował wyjechać z dziewczynką.

Tym razem Sylwia nie nosiła już paczek do więzienia. W domu samotnej matki dowiedziała się o programie "12 odważnych ludzi", aktywizujących bezdomnych i bezrobotnych. Dzięki niemu uwierzyła w siebie, skończyła kilka kursów, tak długo wydeptywała ścieżki do Urzędu Miasta Gdyni, aż przydzielono jej i dzieciom mieszkanie socjalne, spotkała nową miłość, wyszła za mąż, uregulowała kontakty z matką. A ta pożyczyła jej trochę pieniędzy na uruchomienie własnego biznesu. Dziś Sylwia prowadzi sklep i poważnie myśli o kolejnym...

Pomoc szyta na miarę

Jarosław Józefczyk, zastępca dyrektora Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w Gdyni, z pomocy którego przez lata korzystała Sylwia, jest przeciwnikiem dawania bezdomnemu "ryby". Woli dać "wędkę".

- Sylwia ją wzięła i łowi już sama - mówi. - Było to możliwe dzięki indywidualnemu programowi wychodzenia z bezdomności. To szyty na miarę kontrakt między bezdomnym a MOPS. Wspólnie rozmawiamy o barierach i wyznaczamy drogę, którą razem idziemy do samodzielności. To lepsze niż zasiłek, który pozwala przeżyć, ale uzależnia od pomocy.

Gdynia była jedną z pierwszych gmin w województwie, która zaczęła różnicować bezdomnych i układać dla nich indywidualne programy. Szybko okazało się, że to nie są wyłącznie podchmieleni osobnicy z dworca. Takich jest raptem 2-5 procent. Reszcie życie poplątało się na tyle, że mieszkają w noclegowni, ale ich aspiracje są większe. Dla nich zorganizowano mieszkania chronione, które już otwierają furtkę do samodzielności.

Co czwarty z niemal trzech tysięcy pomorskich bezdomnych to kobieta. Około 80 proc. z nich doświadcza bezdomności z powodu przemocy, wypędzenia i wymeldowania, ale tylko niecałe 10 procent mieszka na ulicy. W 2008 r. realizowano w Gdyni 28 Indywidualnych Programów Wychodzenia z Bezdomności, które zakończyły się usamodzielnieniem 25 osób.

polecane: FLESZ: Podział Mandatów po wyborach parlamentarnych

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie