reklama

Ballada o małym Filipie, który kiedyś nie wiedział, kim jest, przeznaczeniu oraz rodzicach i bracie, którzy na niego czekali

Dorota Abramowicz
Dorota Abramowicz
unsplash
Będzie to opowieść o dobrych ludziach i o prawdziwej miłości. I o tym, jak prawie niemożliwe stało się możliwe. W kwietniu siedmioletniemu Filipowi groziło umieszczenie w domu dziecka. Malec pięć lat wychowywany przez upośledzoną matkę, odebrany po tym, jak próbowała go okaleczyć, prawie nie mówił, nie wiedział, czy jest chłopcem, czy dziewczynką, nie znał nazw przedmiotów i nie miał praktycznie szans na adopcję. Dziś Filip już przestał pytać, czy go nie oddadzą. Marek cieszy się, że wreszcie ma brata. A Katarzyna i Karol wierzą, że za tym wszystkim stała Opatrzność.

Łóżko piętrowe, trzynastoletni Marek na dole, Filip na górze. Uśmiechnięty, szczęśliwy, bo o takim łóżku zawsze marzył. A tu z maltańczykiem Julą, zwaną Niunią. Pojawiła się u Karoliny i Krzysztofa latem, tuż po przyjeździe Filipa. Na kolejnym zdjęciu umorusana lodami twarz Filipa, na następnym - chłopiec z rodzicami i bratem.

Zdjęcia nie są do publikacji. Bo po co? Filip nie jest już osobą publiczną, nie trzeba go pokazywać światu jak wtedy, w kwietniu, gdy nikt go nie chciał i czekał go dom dziecka. I gdy wiele osób mówiło, że znalezienie dla niego rodziny graniczy z cudem.

Pierwszy był Marek

Filipa nie było jeszcze na świecie, gdy w gdyńskim domu Karoliny i Krzysztofa zamieszkał Marek.
Karolina: Staraliśmy się o dziecko, ale miałam problemy zdrowotne. I tak pojawiła się myśl o adopcji. Poszliśmy do nieistniejącego już ośrodka "Trap" w Gdyni Demptowie. Wraz z kilkoma rodzinami przeszliśmy trzymiesięczny kurs. Czekali rok na sygnał z ośrodka. Długo? Niekoniecznie, byli pierwszą z rodzin, która dowiedziała o możliwości zaadoptowania dziecka.

- Być może dlatego, że nie mieliśmy zbyt wygórowanych oczekiwań - mówi Krzysztof. - Dziecko to nie jest towar leżący na półce w sklepie, które można wybierać i przebierać.

Joanna Bartoszewska, dyrektor Pomorskiego Ośrodka Adopcyjnego przyznaje, że czasem po rozmowie z kandydatami na rodziców adopcyjnych aż za gardło ją ściska, kiedy słyszy twardo postawione wymaganie, by dziecko miało najwyżej 11 miesięcy. A co, jeśli ma jedenaście i pół miesiąca? Albo trzynaście miesięcy? Czy jest już wybrakowane, nie warte miłości i domu? Aż trudno uwierzyć, że tak można...

Mareczek miał dwa lata i trzy miesiące. Mama, pochodząca z drugiego końca Polski, urodziła go w gdyńskim szpitalu. A potem zrzekła się opieki nad chłopcem. Marek trafił do rodziny zastępczej. Okazało się, że cierpi na niedosłuch, wymaga opieki specjalistów.

- Dziś Marek nic nie pamięta z tamtego okresu - twierdzi Karolina. - Bardzo szybko się u nas zaadaptował, być może dlatego, że byłam fizycznie podobna do Basi, jego zastępczej matki.

Dzieciństwo chłopca to ciągła rehabilitacja, pomoc ośrodka wczesnej interwencji. Przez dwa lata uczęszczał do "zerówki" dla dzieci niesłyszących. Nie było to dobre rozwiązanie, bo Mareczek, w przeciwieństwie do pozostałych dzieci z grupy, nie stracił całkowicie słuchu. - W czasie tej "zerówki" zauważyliśmy, że Marek, który i tak późno zaczął mówić (dopiero w wieku 3 lat, wcześniej były to tylko pojedyncze słowa typu mama, tata, dada...) zatrzymał swój rozwój mowy i zaczął porozumiewać się z nami językiem migowym - wspomina Karolina.

Poszedł więc do zwyczajnej, gdyńskiej podstawówki. I stało się coś, czego nikt się nie spodziewał - zauważyli, że syn słyszy nawet bez aparatu. Niedosłuch prawie minął.

- To znaczy pojawia się wybiórczo - śmieje się Krzysztof. - Marek świetnie słyszy, gdy pozwalamy mu zagrać na komputerze. I nagle traci słuch, gdy każemy zabrać się do nauki.

Ale i tak ma niezłą średnią ocen, dobry kontakt z innymi dziećmi. Jest otwarty, uwielbia autobusy, należy do Młodzieżowej Drużyny Pożarniczej, jest ministrantem. Chodzi do siódmej klasy, zapewne pójdzie do jakiegoś technikum.
I jeszcze jedno - kiedy Mareczek wchodził do rodziny, Karolina i Krzysztof marzyli, by miał brata lub siostrę. Niestety, ośrodek adopcyjny nie zaproponował kolejnej adopcji.
- Może tak miało być - mówi głęboko wierząca Karolina. - Może Bóg chciał, byśmy poczekali na Filipka.

Krzywda Filipa

Przed dwoma laty pięcioletni Filip prosto z przedszkola, po próbie okaleczenia go przez matkę, został zabrany do rodziny zastępczej. Niektórzy mówili, że stało się to o pięć lat za późno. Mama Filipa jest osobą o znacznym stopniu upośledzenia umysłowego. Znajduje się pod opieką warsztatów terapii zajęciowej, mieszka w lokalu chronionym w Kościerzynie. Ojciec zrzekł się prawa do opieki, matki tego prawa nie pozbawiono. Zapewne początkowo starała się, by synkowi nie było źle. Potem jednak chłopiec zaczął ją denerwować.

Nie umiała odpowiedzieć na jego pytania, reagowała agresją na próby zwrócenia na siebie uwagi. Jak opowiadała Halina Zdrojewska, prowadząca w Kościerzynie rodzinę zastępczą, Filip początkowo nawet nie wiedział, czy jest chłopcem, czy dziewczynką.

- Nie znał swojego imienia i nazw przedmiotów - mówiła. - Na stole stał termos, a on dopytywał się, co to jest. Bał się piasku i wody. Zasypiał, jak na rozkaz, już o godzinie 17. Cichutki, bardzo grzeczny, początkowo nieufny. Niepokojące było, że kiedy tylko zobaczył matkę, uciekał.

Bał się także panicznie starszych mężczyzn. Nie wiadomo, czy któryś z odwiedzających matkę gości nie zrobił mu krzywdy.
Dlaczego Filip tak długo musiał przebywać z matką, która nie nadawała się do opieki nad dzieckiem i nie mogła czuwać nad jego rozwojem psychicznym, społecznym i intelektualnym?

Krzysztof Sarzała, koordynator gdańskiego Centrum Pomocy Dzieciom Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę: - U podstaw obaw pracowników socjalnych i służb zajmujących się pieczą zastępczą przed odbieraniem dzieci leżą skutki wcześniejszego stosowania art. 10a ustawy o przeciwdziałaniu przemocy. Reperkusje nagłośnionych przypadków odbierania znajdujących się w niebezpieczeństwie dzieci bez wyroków sądowych, spowodowały przesunięcie wahadła w drugą stronę. Czyli bierności. Do tego doszła obowiązująca od kilku lat polityczna narracja, że rodzina jest najważniejsza, a odebranie dziecka powinno być ostatecznością.

Ja też nie jestem zwolennikiem zabierania dzieci z rodzin i zrywania więzi - mówi Sarzała.– Czasem lepsze byłoby umieszczanie dzieci na pięć dni w tygodniu w internatach z możliwością powrotu do domu na soboty i niedziele lub wsparcie asystenta rodziny Jednak w przypadku, gdy dochodzi do przemocy, a w domu rośnie dziecko bez szans rozwoju, taką decyzję należy podejmować szybciej. Nie trzeba być specjalistą, by wiedzieć, co w takiej sytuacji jest lepsze dla dziecka.

Filip podczas pobytu w rodzinie zastępczej przeszedł niezbędne badania. Wykluczyły FAS, czyli alkoholowy zespół płodowy (matka nie piła alkoholu podczas ciąży) oraz opóźnienie intelektualne o podłożu genetycznym (zespół Downa). Jedna z opinii zdiagnozowała u Filipa lekkie upośledzenie umysłowe, druga stan na granicy normy i upośledzenia. Uznano, że ma ono podłoże społeczne, Podobnie, jak znani bohaterowie książek dla dzieci, wychowywani przez mieszkańców dżungli, Filip w początkowym okresie życia mógł nauczyć się tylko tego, co mu opiekująca się nim matka przekazała. Czyli niewiele.

Poszukiwania

Przez dwa lata pobytu w rodzinie zastępczej chłopiec poczynił postępy. Praca z logopedą sprawiła, że zaczął mówić wyraźniej. Uczył się nazw przedmiotów, literek, rysowania. Zaczął grać w piłkę. Nawiązał kontakty z innymi dziećmi.
Nadszedł jednak dzień, w którym trzeba było zacząć szukać nowego domu. Rodzina zastępcza, w której mieszkał, kończyła swoją działalność. Chłopcu groziło umieszczenie w domu dziecka. Jedyną szansą dla Filipa była adopcja.

Problem w tym, że Filip był "nieadopcyjny". Kolejni kandydaci wycofywali się z obawy, że chłopiec nie nadrobi już zaległości. Poza tym Filipek jest... za stary. Siedem lat dla dziecka potrzebującego rodziny to przeważnie zbyt dużo.

- W tej chwili w całej Polsce, nie tylko na Pomorzu, szukamy rodzin dla 103 dzieci - mówi dyr. Joanna Bartoszewska z Pomorskiego Ośrodka Adopcyjnego. - Wiele z nich czeka kilka lat. Są to albo rodzeństwa, albo dzieci starsze, albo z różnymi dysfunkcjami. Czasem wszystko na raz.

O problemach ze znalezieniem rodziców dla Filipka usłyszałam w kwietniu br. od Hanny Herbasz, koordynatorki pracy socjalnej w PCPR w Kościerzynie. Odwiedziłam dom państwa Zdrojewskich. Poznałam chłopca, chwytającego za serce. Napisałam o niesprawiedliwości, jak go spotkała.

Kiedy odwiedzałam dom państwa Zdrojewskich w Kościerzynie, w Gdyni Karolina, podczas rozmowy z koleżanką mówiła, że bardzo chciałaby mieć drugie dziecko. Kilka dni później przeczytała tekst o Filipie...

- Mąż był akurat w pracy, przesłałam mu artykuł - wspomina. - Przeczytał do dopiero po powrocie do domu.Przespaliśmy się z tym, następnego dnia zadzwoniłam do pani Hani Herbasz. Skierowała nas do ośrodka adopcyjnego w Gdańsku. Umówiliśmy się na spotkanie po świętach Wielkanocnych.

Tak miało być

Nie mówili bliskim o planach.
- Ja to wszystko przemyślałam, przemodliłam - opowiada Karolina. - Mówiłam: Panie Boże, będziesz chciał, to Filip będzie z nami. A jeśli dasz nam Filipa, to dasz nam także siły, by go wychować.

Mieli już kursy, mają Marka, więc przeszli tylko badania psychologiczne.

Pierwsze spotkanie - Filip nie mógł oderwać się od Krzysztofa. Wyraźnie było widać, że potrzebuje ojca. Podczas drugiego spotkania zafascynowany był własnym, starszym bratem. A Marek, który wcześniej nie raz prosił rodziców o młodszego braciszka, gładko wszedł w nową rolę.

A potem wszystko poszło tak, jakby ktoś czuwał nad Filipem, jego bratem i rodzicami. Choć na terminy trzeba czekać nawet pół roku, już 11 lipca Sąd Rodzinny wyraził zgodę, by do czasu orzeczenia adopcji Filip mógł mieszkać z nową rodziną.

- Przyjechaliśmy do Kościerzyny, a on miał już plecak na ramionach - śmieje się Krzysztof. - Nawet kawy nam nie pozwolił wypić. W gdyńskim mieszkaniu zachwycony był swoim i Marka pokojem i piętrowym łóżkiem.

- Jesteśmy rodziną, która okazuje sobie uczucia - mówi Krzysztof. - Tulimy się, całujemy. Początkowo Filip uznał, że tak się nie robi, wreszcie sam zaczął do nas przybiegać i domagać się buziaków.
Po wakacjach poszedł do tej samej szkoły, co Marek. Do "zerówki".
- Szkoła bardzo dobrze przyjęła Filipa, pani dyrektor i nauczycielka są nam wyjątkowo życzliwe - podkreśla Karolina. - Ma indywidualnie oraz w grupie zajęcia logopedyczne oraz dwa razy w tygodniu rewalidację. Chodzi na zajęcia sportowe - gra w piłkę nożną i muzyczne. Jest zresztą bardzo muzykalny.

Czasem targuje się z ojcem, wymieniając zgodę na oglądanie bajki na jedną stronę namalowanych przez siebie szlaczków. Zauważyli, że boi się burzy i niekiedy nieufny jest wobec starszych panów. No i jeszcze ani razu nie widzieli, by płakał.

Jeszcze do niedawna pytał "Ale mnie nie oddacie"? Teraz już nie pyta.

W ubiegłym tygodniu sąd orzekł adopcję Filipa.

POLECAMY NA STRONIE KOBIET:

Wspierają nie dla lajków. Oto Gwiazdy ,które pomagają naprawdę.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie