reklama

Arcybiskup Sławoj Leszek Głódź o samotności, marzeniach i designie w biskupiej modzie

Ryszarda WojciechowskaZaktualizowano 
Arcybiskup Sławoj Leszek Głódź
Arcybiskup Sławoj Leszek Głódź G. Mehring
To ja od jubilata dostałam prezent. Książkę "Oto jestem... Trzy wyzwania". - To jako pokutę. Musi pani przeczytać koniecznie chociaż jedno moje kazanie. Bo pewnie pani nagrzeszyła - usłyszałam. W piątek metropolita gdański arcybiskup Sławoj Leszek Głódź skończył 65 lat.

To dla księdza arcybiskupa przełomowe urodziny?
Jeszcze kilka lat temu każde urodziny były jak... z marszu. A teraz zaczynam sobie powoli uświadamiać, że ten marsz nabiera ostrego przyspieszenia. I już bliżej końca. Nie tylko dlatego że za 10 lat przyjdzie czas odmeldować się, jeśli Pan Bóg da zdrowie, na emeryturę. Ale nie ma co kryć, wszedłem w czas emeryta. Moi koledzy generałowie łowią już ryby od pięciu lat. I jak na nich patrzę, to widzę, że towarzystwo mocno się zestarzało, żeby nie powiedzieć - zgrzybiało. To praca popycha człowieka do przodu.

Ale kiedy przez telefon umawialiśmy się na rozmowę, ksiądz arcybiskup powiedział o sobie: stary dziad jestem. Rzadko ktoś mówi o sobie z taką szczerością.
Wie pani, to wszystko zależy od punktu widzenia. Trzy włosy na głowie to za mało, ale trzy w talerzu zupy to za dużo. Dzisiaj te moje 65 lat to, powiedzmy, wiek mocno dojrzały. Ale dawniej 65-latka to ledwo na krześle do ołtarza donieśli. Teraz ludzie się trochę odmładzają. Nie chcą się szybko starzeć.

Urodziny trzynastego, i to w piątek...
Do trzynastego zdążyłem się już przyzwyczaić. Trzynastka nie przynosi mi nieszczęść. Czuję się przez nią nawet szczęśliwie naznaczony.

Myślałam jednak, że te urodziny odbędą się już w nowej siedzibie księdza arcybiskupa, na Oruni.

Stan prac na Oruni jest zaawansowany. W przyszłym roku już tam obchodzić będę kolejne urodziny. Ja sam mam nadzieję osiąść na Oruni jeszcze w tym roku, późną jesienią. Oczywiście urzędnicy miejscy i konserwatorzy mają to do siebie, że jak już nie mogą przeszkodzić, to wtedy zaczynają pomagać. Tak jest zresztą wszędzie, nie tylko tu.

Mam wrażenie, że ksiądz arcybiskup już się w Gdańsku czuje pewnie. Na swój sposób się zadomowił.
To prawda. Ja po świecie włóczę się już od 50 lat. Wyszedłem z domu, mając lat 14. I tylko sporadycznie do mojej Bobrówki wracam.

To tam gdzie na księdza arcybiskupa czeka kombajn i ostra kosa?

Tak jest, tam gdzie nie tylko się urodziłem, ale gdzie się stałem, jak mawiał Adam Bień. Ja w tej mojej Bobrówce na Podlasiu nie tyle się urodziłem, co się stałem. Urodzenie to jedno, a wzrastanie to drugie, z zapachem tej ziemi, krajobrazami, kulturą i językiem, które się wszędzie ciągnie ze sobą przez całe swoje życie. Do tego wracam najchętniej i najlepiej tam odpoczywam. Mimo że spędziłem dwa lata we Francji, 14 lat w Rzymie, że znam pół Europy i kraje za oceanem, to dzisiaj mnie nie ciągnie w świat. A do Bobrówki, mój Boże, mnie ciągnie. Do tej zwyczajności. - Tam ludzie są tak szczerzy i dobrzy.

I to oni, mieszkańcy Bobrówki, znają tę prawdziwą twarz księdza arcybiskupa?
Myślę, że tak. Ja tam nawet mogę być latem w krótkich spodenkach, ale jak pierścień biskupi mam na palcu, to oni go zawsze całują. Widzą we mnie nie tylko rodaka, ale też biskupa.

A w Trójmieście te miejsca ulubione? Nie możemy przecież uciekać cały czas do Bobrówki.

Ja tam uciekam, bo jestem u siebie. Tam nic nie muszę. A tu jeżeli już, to trzeba się potem "wywdzięczać". A nie chcę być w niczym od nikogo zależny. Chcę być niezależny.

Nie rozumiem.
Nawet jeśli się pojedzie do jakiegoś domu zakonnego czy do proboszcza z wizytą, to jakoś to potem człowieka wiąże, do czegoś zobowiązuje. Ale poznaję tutejsze parafie i ludzi, i wiem, że już nie ma piękniejszej diecezji i regionu jak pomorska. Tu ciągle coś się dzieje, tętni życie polityczne, religijne, kulturalne. Tak się złożyło, że dobrze znam Warszawę. Jestem Honorowym Obywatelem tego miasta. Razem z Normanem Daviesem odbieraliśmy ten tytuł. Ale to dygresja. Znam też dobrze Rzym, Paryż i Brukselę. Ale to już wszystko było. A tutaj na Pomorzu jest wczoraj, dziś i jutro razem wzięte.

W Warszawie ksiądz arcybiskup czuł się dobrze?
W Warszawie, owszem, są rządy, ministrowie, ambasady, media, ale tak po ludzku mówiąc, to czułem się lepiej na Pradze niż na Miodowej, w katedrze polowej. Bo Praga ma duszę, a ta druga część jest taka urzędnicza. Bez duszy, jak martwa. Trochę nastrojem podobna do Luksemburga. Tam po godzinie dwudziestej widzi się w mieście tylko szyby i komputery. Ani pół żywej duszy. Miasto jak wymarłe. Podobnie jest z Gdańskiem. Miasto piękne, powstają hotele, są muzea, ale na co dzień, w odróżnieniu od Wrocławia i Krakowa, gdzie do rana tętni życie, centrum Gdańska późnym wieczorem zamiera. Nawet w sierpniu, podczas jarmarku dominikańskiego. Chyba wszyscy są już tego świadomi. No i jeszcze ten wjazd do Gdańska od strony Warszawy, tam nie ma zachęcających widoków. Ta część miasta też czeka na jakiś makijaż.

Ale ksiądz arcybiskup przenosi się na Orunię, a tam też niezbyt pięknie. Co się księdzu podoba w tej dzielnicy?
Ja będę urzędował przy Trakcie Wojciechowym. I wiem, że ta część Oruni ma wartość historyczną i katolicką. Tam tętni bardzo życie religijne. Powstały nowe parafie, jest blisko do urzędów, jest piękna świątynia świętego Ignacego - najpiękniejszy, barokowy kościół w Gdańsku. To tam jest tak naprawdę środek Gdańska, a nie w Oliwie. No i wyremontuję dawny kompleks jezuitów, który się zmieni w piękny obiekt. To po mnie pozostanie.

Przez te 10 lat do emerytury ksiądz arcybiskup zamierza być w Gdańsku?

Tak, chcę tu zostać. W Oliwie jest pięknie, ale tu wszystko na kupie, seminarium i trzech biskupów, kuria i archiwum, parafia katedralna i sąd biskupi, za to brakuje ogrodu, z trudem stworzyliśmy wreszcie boisko dla kleryków.

Ma ksiądz arcybiskup jeszcze w Trójmieście wrogów?

Nie wiem. Nikt już oficjalnie mi nie pokazuje, że jest wrogo do mnie nastawiony. Wszyscy się uśmiechają, kłaniają. Ja zresztą też chciałbym żyć w pokoju ze wszystkimi.

A z kim ważnym ksiądz arcybiskup chciałby zjeść urodzinowy obiad?
Najbardziej to chciałbym z najbliższymi, z rodzicami. Ale ich już nie ma. Są tylko wspomnienia. Z urodzinami jest trochę tak jak z wigilią. Na kolacji zostają domownicy, mieszkający tu biskupi, dyżurujący klerycy i gotujące siostry oraz kanclerz, który nie wyjeżdża, bo już nie ma do kogo. To jest teraz nasza rodzina. Paradoks polega na tym, że będąc w morzu ludzi, tak właściwie na co dzień człowiek jest sam. A na szczycie wyjątkowo się czuje samotność. Ale ona jest wpisana w kapłańskie życie. A w biskupie jeszcze bardziej.

Z wiekiem samotność jest mniej dokuczliwa czy może bardziej?
Ja teraz bardziej odczuwam samotność niż przed laty. Wtedy człowiek był żywszy, z większym rozpędem to wszystko szło. A teraz, jak się niedomaga, to musi być ktoś, kto przypomni, jaką tabletkę trzeba wziąć. Ale jeszcze szpitale wiele na mnie nie zarobiły (śmieje się).

Ksiądz arcybiskup daje sobie prawo do nadziei, marzeń i ambicji?
Jak pisze Stanisław Pigoń w swoich wspomnieniach "Z Komborni w świat", ja z takiej swojej Komborni, która się nazywa Bobrówką, poszedłem w świat sam i tak w tym świecie tkwię. Teraz kiedy słyszę, jak rodzina młodego maturzysty przeżywa to, że on zdaje maturę, jak tam wszyscy, poza nim samym, cierpią z tego powodu... A za moich czasów tak nie było. Pojechałem na egzamin, zdałem maturę, w domu nawet nie wiedzieli z jaką lokatą, czy już jestem po maturze. To były decyzje samodzielne, podobnie jak wybór seminarium. Cała moja droga życiowa była zygzakowata. Czterdzieści lat kapłaństwa, bardzo urozmaiconego, bo to i parafia wiejska, i Paryż, studia w Lublinie i potem Rzym, wreszcie wojsko. Poznałem cały świat mundurowy, wszystkie rodzaje sił zbrojnych, polityków, ministrów, prezydentów. To było życie urozmaicone. Ależ mnie pani na wspominki naciąga.

Ale przez to ksiądz arcybiskup ucieka od moich pytań o marzenia.
Moje oczekiwania pokrywają się z oczekiwaniami wiernych i księży Kościoła gdańskiego. Obym nie zawiódł ich oczekiwań. Dlatego chcę całe moje doświadczenie tutaj spożytkować. Przede mną jeszcze 10 lat. A nadludzi nie ma. Pan Bóg, na szczęście, nie wymaga rzeczy po ludzku niemożliwych, tylko tego co człowiek może spełnić. Jestem dyspozycyjny od szóstej rano do dwunastej w nocy.

No ale marzenia, księże arcybiskupie...
Moim marzeniem jest (zawiesza głos na chwilę). W życiu kapłańskim osiągnąłem wszystko, poza świętością, do której trzeba dorastać. Ale jeszcze chciałbym zostać sołtysem. Nie, teraz. Dlaczego teraz nie mógłbym nim być?

Na emeryturze?
Nie, teraz. Dlaczego teraz nie mógłbym nim być?

To możliwe?
A dlaczego nie? To przecież nie jest stanowisko ani samorządowe, ani polityczne. Sołtys to sołtys.

Ale dlaczego sołtysem? Bo ma władzę we wsi?

Tak, bo to jest najważniejsze stanowisko we wsi. A ja jestem synem wsi i nim pozostanę. Po moim wyborze na sołtysa możemy się spotkać na kolejnym wywiadzie. Jeżeli oczywiście zostanę wybrany. Dlatego na razie nie chcę o tym zbyt wiele mówić. Ale sołectwo już zostało w tym celu utworzone tam, gdzie jestem zameldowany, na Białostocczyźnie.

Specjalnie dla księdza arcybiskupa?
Dla kandydata. Ale tym kandydatem mogę być ja.

Poważnie ksiądz arcybiskup myśli o tym sołtysie?
Ależ ja panią redaktor podobnie jak i innych traktuję poważnie. I wiem, że już na pewno nie odniesie przy tym szwanku moja posługa. A zyska sołectwo.

Teraz rozumiem, jaki prezent mógłby być najlepszy na urodziny.

Kłonica... (śmieje się). Ale widzę, że pani spogląda na tę mitrę, która leży na stoliku. Na ten kłos zboża na mitrze. To już nie ma nic wspólnego z sołectwem. Ale ta mitra ma ciekawą historię. Będąc na wizytacji, w kościele Świętego Jana, u księdza Niedałtowskiego, zobaczyłem wykonane artystycznie przez panią Alicję Grucę ornaty. Zapytałem, czy nie wykonałaby takich i dla mnie. Zgodziła się i już dostałem piękny ornat z niezwykle szlachetnych tkanin. Celebrowałem w nim mszę. Ale pani Alicja zaproponowała, że wykona też mitrę. Dałem jej moją starą na wzór, no i żeby obwód głowy się zgadzał. I widzi pani przed sobą to cudo. Jest wykonana z pięknych tkanin, sprowadzanych z Syrii i Włoch.

A już ksiądz arcybiskup przymierzał?
Tak, widziałem się w tej mitrze już w lustrze. W złotym kolorze każdemu jest do twarzy. Na pewno lepiej, bo ożywia twarz. Odprawię w niej po raz pierwszy mszę świętą podczas uroczystości Matki Bożej Zielnej, 15 sierpnia. Wtedy będzie można zrobić mi zdjęcie i zobaczyć, jaki to jest design. Bo to jest naprawdę design.

Flesz - nowi marszałkowie Sejmu i Senatu, sukces opozycji

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 3

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

k
k

to zwykly oszust i zlodziej

d
delta121

jak zwykle perełka dziennikarskiej roboty ! Całowanie hierarchy w d...... z pozycji kolankowo-łokciowej.No i jak oni mają sie nie czuć namiestnikami Polski ! A ten człowiek, akurat to wyjatkowy egzemplarz aroganta, hipokryty i karierowicza. Obrzydliwa postać.

L
La.K.

Ta pani to wazelina,wczoraj tamtemu,dziś temu,jak wiatr wieje.

Dodaj ogłoszenie