Ten Sejm rzeczywiście jest rekordowy pod względem liczby posłanek. I ja się z tego cieszę. Ale uważam, że w Sejmie powinna nas być połowa. Zwłaszcza że liczba procedowanych tematów bezpośrednio dotyczących kobiet była naprawdę duża - mówi Anna Górska z Rady Krajowej Partii Razem.

Przed stu laty, 28 listopada, Józef Piłsudski podpisał historyczny dekret, który nadawał prawa wyborcze Polkom. Ale tak naprawdę te prawa nie zostały nam dane, tylko nasze prababki wywalczyły je sobie.

Ta walka była rzeczywiście długa, dlatego nie można mówić, że coś zostało nam dane olśnieniem umysłu jednego człowieka. W dodatku mężczyzny, i to autorytarnego. Bo przecież wiemy, że Józef Piłsudski nie był największym przyjacielem demokracji - wolał rządy twardej ręki. Nie było więc tak, że pewnego dnia obudził się i wpadł na taki genialny pomysł, by kobiety mogły głosować. Kiedy dzisiaj sięgamy do historii i próbujemy ten temat badać, tak jak to robi chociażby Anna Kowalczyk, która ostatnio napisała książkę pt. „Brakująca połowa dziejów”, to widzimy, że ta walka kobiet o nasze prawa zaczęła się jeszcze sto lat wcześniej. To wtedy kobiety zaczęły się edukować, pisać pierwsze teksty feministyczne i mówić, że kobieta nie jest wyłącznie ozdobą czy pracownicą do ciężkiej, nieodpłatnej pracy.

Kobiety przez wieki siedziały głównie w domu i były traktowane jak ludzie gorszej kategorii. Jako osoby, które mają rodzić dzieci i obsługiwać mężczyzn.

Ale już 200 lat temu Klementyna Hoffmanowa pisała, że jeżeli kobieta ma być dobrą matką, to powinna być osobą wykształconą. Z dzisiejszego punktu widzenia nie nazwałybyśmy tego wojującym feminizmem, ale wtedy była to bardzo odważna teza, przełomowa. A potem emancypowały nas powstania i zrywy narodowe, gdy to kobiety musiały zajmować się majątkami, bieżącym utrzymaniem, za co zazwyczaj odpowiadali mężczyźni, ale ci w tym czasie walczyli. Były też organizatorkami zaplecza powstańczego. W końcu nadszedł czas, kiedy zaczęły się organizować w ruchy polityczne, feministyczne i zakładać własne organizacje.

Nie miałyśmy jak Amerykanki sufrażystek. U nas były emancypantki.

Ale to tylko różnica w nazwie, bo zarówno sufrażystki jak i emancypantki walczyły o to samo. Nasze emancypantki już w połowie XIX wieku zaczęły dopominać się o prawo do udziału w polityce. W 1908 roku Maria Dulębianka nawet kandydowała w wyborach do Sejmu Krajowego we Lwowie. Była, co prawda, w uprzywilejowanej grupie kobiet wykształconych, z finansowym wsparciem, więc mogła się o to ubiegać, ale wtedy taki ruch był jeszcze czymś niezwykłym.

Anna Górska: To nie było tak, że pewnego dnia Józef Piłsudski obudził się i wpadł na taki genialny pomysł, by kobiety mogły głosować. Kiedy dzisiaj sięgamy do historii, to widzimy, że ta walka kobiet o nasze prawa zaczęła się jeszcze sto lat wcześniej

Nie zdobyła jednak mandatu.

Tak, wszystkie oddane na nią głosy unieważniono. Ale do pierwszego Sejmu w 1919 roku, już w Polsce niepodległej, weszło osiem posłanek. Ten kobiecy udział w sprawowaniu rządów był niewielki, ale możemy mówić o prawdziwej forpoczcie. Co prawda stanowiły ją wyłącznie kobiety wykształcone, z wysoką świadomością społeczną i z zapleczem finansowym, ale zdecydowanie mogły być wzorem. Z mojego punktu widzenia najbardziej znamienne jest jednak to, że w tym pierwszym Sejmie mieliśmy reprezentację kobiet od prawa do lewa, swoje reprezentantki wprowadziły do Sejmu nawet stronnictwa, które niekoniecznie entuzjastycznie popierały wprowadzenie prawa wyborczego dla kobiet. Mandaty zdobyły zarówno kobiety, które reprezentowały ruchy narodowe, jak i socjalistki. A jeszcze bardziej znamienne było to, że one w wielu sprawach mówiły jednym głosem. Kiedy były procedowane ustawy dotyczące spraw socjalnych, jak powszechna edukacja, likwidacja analfabetyzmu czy dostęp do służby zdrowia, głosowały tak samo. Były postępową siłą w tamtym Sejmie, która chciała zmieniać przestrzeń społeczną.

A w czym się różniły?

W podejściu do praw obyczajowych, dotyczących, na przykład prostytucji, dzieliły je też poglądy na kwestię aborcji.

Symbolem kobiet walczących o równe prawa były parasolki. Ale jak mówi Partia Razem dziś tych parasolek też nie można odkładać do szafy. Kobiety nadal mają pod górkę.

Mają. Nadal są ważne tematy, które ruch feministyczny chce rozwiązać. Jednym z nich jest w dalszym ciągu realny udział kobiet we władzy, czyli np. parytety.

Jeżeli ktoś pyta, po co parytet i dodaje - wystarczy, że poseł jest dobry, to niech zajrzy do naszego Sejmu i przyjrzy się tym posłom. A potem zastanowi, czy pewnej części z nich nie dałoby się zastąpić kompetentnymi kobietami. Myślę, że dałoby się. I że byłoby warto.

Ale posłowie mówią, że to kobiety nie bardzo chcą kandydować. Nie rwą się do polityki.

W naszej wewnętrznej strukturze Partii Razem bardzo pilnujemy zasady parytetu i suwaka podczas wewnątrzpartyjnych wyborów. I to się sprawdza. Kiedy na dzień dobry mówimy, że połowę składu Rady Krajowej czy Zarządu Krajowego będą stanowić kobiety, to już ta zapowiedź sprawia, że chętniej się do wyborów zgłaszamy. Bo wiemy, że mamy realne szanse na udział we władzy. W naszych wyborach bywało już nawet tak, że to mężczyzn trzeba było zachęcać do kandydowania, ponieważ jeśli grupa do tej pory dyskryminowana ma zapewnienie, że będzie reprezentowana w równym stopniu, to chętniej odpowiada na taki apel, niż grupa która ma wszystko nadane jakby z góry.

Ten Sejm ma jednak dużo posłanek. O jakości nie chcę mówić.

Rzeczywiście jest rekordowy pod względem liczby posłanek. I ja się z tego cieszę. Ale uważam, że w Sejmie powinna nas być połowa. Zwłaszcza że to kadencja ważna dla naszych spraw. Liczba procedowanych tematów bezpośrednio dotyczących kobiet była naprawdę duża. A kto o nich decydował? Większość męska.

Ale dzisiaj kobiety lewicy i prawicy mówią całkiem różnym głosem. Nie mają właściwie tematów wspólnych, jak to było w pierwszym Sejmie niepodległej Polski.

Scena polityczna tak się spolaryzowała, że ustawiła również kobiety po dwóch stronach. Ten podział jest coraz wyraźniejszy i przebiega trochę po linii podziału tzw. światopoglądowego. Chociaż ja i Partia Razem nie uważamy takich tematów jak aborcja czy in vitro za sprawy światopoglądowe, tylko za sprawy dotyczące bezpośrednio naszego życia i zdrowia, za elementarne prawa człowieka. To prawa reprodukcyjne, które uważam za równie ważne jak realny udział kobiet we władzy. Mówię tu o prawie do aborcji, do zabiegów in vitro, do rzetelnych badań prenatalnych i o informowaniu rodziców o ich wynikach, o rezygnacji z klauzuli sumienia w publicznych usługach medycznych, o szanowaniu godności kobiet rodzących oraz roniących. Sama urodziłam dwoje dzieci, a jedno poroniłam. I naprawdę czasami czułam się tak, jakbym leżała w dziewiętnastowiecznej lecznicy. Pozostawiona sama sobie. Jedyną osobą, która zaglądała czasami do sali był ksiądz, który do sali pełnej np. kobiet w połogu, w bieliźnie, cierpiących, wchodził jak do siebie, nawet wcześniej nie pukając.

A inne ważne postulaty na teraz?

Równa płaca za równą pracę. Luka płacowa, niestety, w Polsce istnieje. I jest policzona, wystarczy zajrzeć do danych Głównego Urzędu Statystycznego. Pomijając fakt, że Polacy zarabiają naprawdę mało, to Polki jeszcze mniej. Inna sprawa do wprowadzenia od zaraz to edukacja seksualna i antyprzemocowa. Dużo mówi się o przemocy wobec kobiet, była nawet wspaniała akcja #MeToo, otwierająca oczy na to, czym jest naprawdę przemoc. Że to nie jest tylko napaść na kobietę w lesie, że krzywda dzieje się wszędzie, w domu, w pracy, w szkole. I tylko wtedy uda nam się jej zaradzić, postawić tamę, jeśli zaczniemy edukować społeczeństwo na temat równości płci. Jeżeli będziemy tłumaczyć młodym ludziom, które zachowania są dopuszczalne, a które nie. Kiedy komuś robimy krzywdę, a kiedy ktoś nam robi krzywdę. Myślę, że nie ma innej drogi do spełnienia tych postulatów, niż poprzez udział świadomych kobiet we władzy.