Angelika Cichocka: Medal na halowych mistrzostwach Europy to nie jest moje ostatnie słowo. Kolejny medal jeszcze przede mną ROZMOWA

Rafał Rusiecki
Rafał Rusiecki
Angelika Cichocka przypomniała się w środowisku lekkoatletycznym, zdobywając w Toruniu brąz halowych mistrzostw Europy w biegu na 800 metrów Grzegorz Olkowski
Angelika Cichocka przypomniała o sobie lekkoatletycznemu światu, zdobywając brązowy medal halowych mistrzostw Europy w biegu na 800 metrów. W Toruniu świetnie pokazała się na tej samej bieżni, na której w 2014 roku w Ergo Arenie zdobywała wicemistrzostwo świata. 33-letnia biegaczka SKLA Sopot mówi, że się rozpędza i sukces w Toruniu nie jest jej ostatnim wyczynem.

Jak po kilkuletniej przerwie smakuje medal dużej imprezy sportowej?
Smakuje pewnością siebie, motywacją i radością. To są bardzo dobre smaki. Bardzo fajne miałam wspomnienia z tej bieżni z Sopotu. Tak sobie pomyślałam przed halowymi mistrzostwami Europy, że byłoby wspaniale, gdybym te wspomnienia sobie odświeżyła. Minęło trochę czasu i to mi było bardzo potrzebne. Sezon letni był w porządku, wróciłam na całkiem niezły poziom, ale to jeszcze nie był poziom europejski, światowy. Teraz czuję, że odzyskuję wolność biegania, taką bez bólu. To jest dla mnie najważniejsze. Medal jest uwieńczeniem tego, co przeszłam przez ostatni dłuższy okres. Nawet moi przyjaciele, którzy oglądali finałowy bieg, a totalnie nie znają się na sporcie, powiedzieli mi, że to było zupełnie inne bieganie, niż w sezonie letnim. Powiedzieli mi, że wraca stara „Angie”.

Zdobyłaś medal na tej samej bieżni, która była w 2014 w Ergo Arenie na halowych mistrzostwach świata?
Tak, bieżnia jest ta sama. Ona została przeniesiona do hali do Torunia. To konstrukcja składana i rozkładana na zawody sportowe.

Przed mistrzostwami w Toruniu mówiłaś, że na powrót do szybkiego biegania dystans 800 metrów będzie idealny. Jak Ci szło to bieganie?
Po raz pierwszy biegałam 800 metrów na mistrzostwach Europy w hali. W 2015 roku wystartowałam na 1500 metrów (w Pradze – przyp.) i to też po szkoleniu wojskowym. Przygotowałam się wtedy w dwa miesiące i tam było srebro. Teraz też tego czasu miałam mało, bo w listopadzie przytrafiła mi się kontuzja, przez którą straciłam miesiąc. Jeździłam więc na rowerze, kręciłam 60-tki, 70-tki. To była jedyna rzecz, którą mogłam robić, jeśli chodzi o wysiłek tlenowy. Stwierdziliśmy, że nie ma sensu przyspieszać wszystkiego. W Kenii trenowałam bardzo objętościowo, trochę asekuracyjnie. Zauważyliśmy, że jeśli pewne rzeczy chcemy przyspieszyć na siłę, to to niestety odpłaca się pojawianiem się urazów. Na poprzedzających mistrzostwa Europy mistrzostwach Polski i Copernicus Cup nie byłam w najwyższej formie. Formę docierałam startami, bo w Afryce nie mogłam ćwiczyć na szybkościach pod kątem 800 metrów. Nie byłam wtedy na to gotowa. Ze startu na start było coraz lepiej. Wtedy pomyślałam, że z tej mąki będzie chleb.

Halowe mistrzostwa Europy 2021. Zobaczcie, jak najlepsi pols...

Kobiecy finał biegu na 800 metrów to był trochę taki lekkoatletyczny mecz Polska – Wielka Brytania. Ostatecznie wygrała Keely Hodgkinson, przed Jaonną Jóźwik i Tobą. To było Twoje maksimum, czy można było jeszcze coś „ugryźć”?
Analizowałam sobie już na chłodno ten bieg i rzeczywiście między nami były bardzo małe różnice. Gdybym pierwsza wchodziła w ostatni łuk, to pewnie bym wygrała. Gdyby wchodziła Aśka, to pewnie by wygrała. Wchodziła jednak Brytyjka. To był wolny bieg. Pierwsze 100 metrów, wiadomo, to było łapanie pozycji. Udało mi się zająć całkiem niezłą, w pierwszej trójce. Tak już było do końca. Brytyjka zaatakowała już na ostatnich 300 metrach. Ze wszystkich dziewczyn najszybsze miałam ostatnie 200 metrów, a to świadczy o tym, że jest potencjał. Przy wolnym biegu na mecie praktycznie wszystko może się wydarzyć. Trochę mnie więc martwiło, że jest wolno, bo przez to było bardzo ciasno. Cały czas miałam Brytyjkę po swojej prawej stronie i czułam jej łokcie. Bałam się, że mogę wylecieć poza bieżnię. Było to trochę stresujące. Na mecie byłam bardzo szczęśliwa, ale już miałam w głowie analizę, że można było pobiec lepiej. Po fakcie zawsze dochodzi się do stwierdzenia, że nie ma biegu idealnego i w każdym można coś poprawić. Trener powiedział, że powinnam być bardzo zadowolona. I jestem. Kto by stawiał na mnie w grudniu, kiedy dopiero schodziłam z roweru? Byłam wtedy daleko w tyle, w porównaniu do innych dziewczyn. Cieszę się, że udało mi się to tak zakończyć. Opłacił się wysiłek, który wkładałam w ciągu ostatnich trzech lat, aby wrócić do zdrowia. Ten wynik pokazuje, że mogę rywalizować na poziomie europejskim, czy światowym.

Trenujesz od pewnego czasu z mężem, Tadeuszem Zblewskim. Czy ten wynik też daje mu satysfakcję, że idziecie w dobrym kierunku?
Z mężem też. Naszą grupę przejął teraz trener Piotr Rostkowski, który opiekuje się też Marcinem Lewandowskim i Adamem Kszczotem. Na obozie w Kenii podporządkowałam się pod niego właśnie. Uznaliśmy z Tadziem, że czekamy na plan i realizujemy założenia. Tadeusz też był w Kenii i bardzo pomagał mi w treningu, ale głową całego planu był trener Rostkowski. Moje trenowanie z mężem było trybem awaryjnym. Wiedzieliśmy, że długofalowo nie chcemy tak pracować, bo to obciążające. Ja po treningu wolę skupić się na odpoczynku i regeneracji, a nie siadać do analizy i ustaleń kolejnego treningu. Teddy zawsze pytał mnie o planowanie i razem się tym zajmowaliśmy. Uznałam, że z trenerem Rostkowskim będę miała większy spokój.

Czyli na wysokim poziomie sportowym inaczej się już nie da?
Wydaje mi się, że tak. Są różni zawodnicy. Niektórzy uwielbiają analizować swoje treningi, wgłębiać się w nie. Mnie to jednak przytłacza. Wolę wychodzić na trening, robić robotę i wracać, odcinając się od tego. Wtedy po prostu prowadzę życie zwykłego człowieka: czytam książki, słucham muzyki, wychodzę z psem. Nie chcę siedzieć nad planami treningowymi, analizować ich i kombinować.

Biegi naprawdę są w Polsce na wysokim poziomie. Co ważne, to nie jest gra jednego aktora, tylko przychodzą kolejni zawodnicy. Jest rywalizacja na wysokim poziomie, jeżeli chodzi o kraj, a to się przekłada dalej.

Przeszkadzało mieszanie sfery zawodowej z prywatną?
Raczej nie. Starałam się tej swojej emocjonalności w treningu, nawet jeśli coś nie wychodziło, nie przenosić do domu. Starałam się zachować równowagę, bo wiem, że to jest bardzo obciążające i może być destrukcyjne. Podeszliśmy do sprawy na spokojnie, aby wyciągnąć z tej sytuacji wszystko to, co się da.

Podsumowując halowe mistrzostwa Europy w Toruniu nie sposób nie zauważyć, że aż siedem z dziesięciu medali było zasługą biegaczy. To jakiś zwrot w reprezentacji Polski?
Cztery były z biegów na 800 metrów (śmiech).

Zgadza się, to był pokaz mocy.
Biegi naprawdę są w Polsce na wysokim poziomie. Co ważne, to nie jest gra jednego aktora, tylko przychodzą kolejni zawodnicy. Jest rywalizacja na wysokim poziomie, jeżeli chodzi o kraj, a to się przekłada dalej. Pamiętam, jak w 2012, czy 2013 roku wygrywałam biegi na 800 metrów i nie miałam praktycznie rywalki, z którą musiałabym się „wycinać” o medale. Wtedy też nie byłam na poziomie europejskim czy światowym. Potem zaczęłam się rozwijać. Dołączyła do mnie Asia (Jóźwik – przyp.), Ania Sabat (teraz Wielgosz – przyp.). Jest jeszcze Angelika Sarna. Tych dziewczyn jest teraz naprawdę sporo. Wzajemnie popychamy się do przodu i to jest super. Zauważmy, jaka jest teraz dziura w kobiecej tyczce po Annie Rogowskiej i Monice Pyrek. A w biegach cały czas są nowe, utalentowane osoby.

Nawet Adam Kszczot ma teraz trudno.
Tak, ale Adam miał teraz trudny czas, więc i tak uważam, że super biega (w Toruniu był czwarty w biegu na 800 metrów – przyp.). Taka jest kolej rzeczy. Nie zamierzam z tego powodu rozpaczać. Wiem, że jeszcze mogę z siebie dać dużo. To nie jest moje ostatnie słowo. Wręcz przeciwnie, ten medal w Toruniu to nie jest to najlepsze, na co czekałam. Medal jeszcze jest przede mną.

Dobre nastawienie przed sezonem letnim. Jakie plany z nim związane?
Wszystko podporządkowuję pod igrzyska olimpijskie. 13 grudnia wyleciałam na obóz do Kenii i wróciłam do domu w marcu. Podejrzewam, że teraz jak wylecę 19 marca, to tak naprawdę na dłużej wrócę po sezonie. Teraz cały swój czas, energię i motywację włożę w trening i przygotowania do igrzysk.

Znowu kierunek Kenia?
Tak, ale nie na siedem tygodni, tylko tym razem na trzy tygodnie. Po powrocie spędzę parę dni w domu, a potem obóz w górach. Być może będzie to zgrupowanie gdzieś w Europie. Zobaczymy, jakie będą warunki pogodowe i gdzie w ogóle będzie można trenować.

To będzie nadal praca pod kątem 800 metrów?
W marcu czeka mnie szersza robota pod 1500 metrów. Zobaczymy, czy będziemy skracać, czy kontunuować. To jest zależne od wyników monitoringu treningu. Moje przygotowania do sezonu halowego nie były pewne. Teraz wprowadzimy kilometry i spokój w treningu, w którym dużo będzie wysiłku w trzecim zakresie intensywności. To nie będzie jeszcze tempo stricte pod 800 czy 1500 metrów, ale zostawi pole do decyzji później.

A gdzie i kiedy mają być te główne uderzenia po olimpijskie minima?
Myślę, że sezon zacznę dosyć szybko i to będzie już w maju. Może uda mi się wystartować w Diamentowej Lidze w Dosze, a tam jest 800 metrów. Myślę, że to będzie mój pierwszy start. Zobaczymy jeszcze, jak rozwinie się sytuacja z koronawirusem. Mogę sobie planować, tworzyć szkice, ale wiadomo, jak to jest i być może trzeba będzie te plany weryfikować.

Biało-czerwoni halowe mistrzostwa Europy zakończyli z dziesięcioma medalami

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie