Anegdoty z życia gwiazd w książce piosenkarki Lidii Stanisławskiej

Ryszarda Wojciechowska
Lidia Stanisławska: - Dobrze jest pośmiać się z siebie, ale też nie gorzej jest pośmiać się z innych
Lidia Stanisławska: - Dobrze jest pośmiać się z siebie, ale też nie gorzej jest pośmiać się z innych archiwum prywatne Lidii Stanisławskiej
Udostępnij:
Dlaczego Barbara Wrzesińska siadała na telefonie, a Emil Karewicz jeździł na plan filmowy lepszym autem niż reszta ekipy? Anegdoty wielu artystów zebrała piosenkarka Lidia Stanisławska

Z anegdotą jest jak z winem, nawet w małych ilościach potrafi rozweselić. Nie ma artysty, któremu na scenie, planie filmowym, serialowym czy, po prostu, w codziennym życiu, nie zdarzyło się coś zabawnego. Te krótkie opowieści z życia polskich gwiazd zebrała piosenkarka i felietonistka Lidia Stanisławska, publikując je w książce pt., jakżeby inaczej... „Anegdoty”.

Skąd pomysł na taką pozycję? Autorka tłumaczy, że jak zwykle zadziałał jaśnie pan przypadek. Na jednej z uroczystości spotkała założyciela „Teletygodnia” Jerzego Webera.

- Opowiedziałam mu kilka żartów środowiskowych. On się uśmiał, potem zatarł ręce i powiedział: - A może byś tak na stałe, co tydzień opisywała anegdoty z życia gwiazd?

Tak stała się łowcą anegdot na dobre 17 lat.

Autorka „Anegdot” wychodzi z założenia, że dobrze jest pośmiać się z siebie, ale też nie gorzej jest pośmiać się z innych. Jednak w jej historyjkach o ludziach króluje śmiech bardzo ciepły. Czasami uśmiech, nigdy rechot.

Oto, jak na przykład - czytamy w „Anegdotach” - zareagował Daniel Olbrychski, kiedy reżyser filmowego knota, w którym aktor zagrał ze swoim synem, zapytał go kiedyś sarkastycznie: - A pamiętasz tę scenę, w której byłeś trzeźwy? Riposta ze strony Olbrychskiego była natychmiastowa: - Wiesz, odwróciłbym problem. W filmie widzę swój niepewny wzrok tylko ja i tylko raz, natomiast niepewną rękę reżysera widzą wszyscy i to przez dziewięćdziesiąt minut.

Jerzy Trela, aktor genialny, do tej pory nie był znany z anegdotycznej strony życia. Tymczasem czytamy, że kiedyś spóźnił się na próbę do teatru, na której powinien był się stawić przed reżyserem. Zderzył się jednak z nim przy wejściu do teatru. Jego reakcja była natychmiastowa: „Spóźniłem się wyłącznie przez uprzejmość. Chciałem by choć raz mógł pan wejść pierwszy” - powiedział do reżysera Trela.

W tej książce możemy przeczytać historyjki skrzące się dowcipem i dobrą puentą w wydaniu ponad 200 gwiazd. - Starałam się zebrać opowieści zabawne, żartobliwe, ale niecodzienne, zdumiewające czasami. Coś, co nie tylko nas rozbawi, ale otworzy nam na coś szerzej oczy - tłumaczy Stanisławska.

Pytana o ulubione anegdoty, odpowiada, że ma ich wiele. I wymienia jako przykład tę o Krzysztofie Pendereckim, wielkim kompozytorze, który zasłynął z wprowadzania do muzyki stukotu smykiem o dno instrumentu, pisku, płaczu, szeptu, piania kogutów. Rzecz doczekała się nawet nazwy - sonoryzm. Nie wiedziała o tym najwyraźniej sprzątaczka w domu pracy twórczej, która zdumiała się, kiedy muzyk poprosił, by zmieniła odkurzacz. „Ten już spisałem” - wytłumaczył kobiecie.

Lubi też historyjkę dotyczącą aktorki Barbary Wrzesińskiej, która jest kompletnie atechniczną osobą. Synowie chcieli więc swoją mamę podszkolić. Kupili jej telefon nowej generacji, którego ona jednak nie potrafiła wyłączyć. Zatem - kiedy szła na spotkanie albo do kina - po prostu na nim siadała.

- Pewnego dnia - opowiada Stanisławska - Basia poszła z siostrą, psychiatrą, na film. I siostra podczas seansu zaobserwowała podejrzane zachowanie Baśki. Na ekranie nie było thrillera ani horroru, ale Basia trzy razy w ciągu godziny podskoczyła i nerwowo się przy tym zaśmiała. Po seansie siostra zapytała aktorkę, o co chodziło z tym podskakiwaniem. I usłyszała, że podczas oglądania przyszły trzy SMS-y, które ją wyjątkowo zagilgotały. Ponieważ sama jestem gapą techniczną, więc ta opowieść bardzo mnie rozbawiła - tłumaczy Stanisławska.

Swoją anegdotkę ma też Emil Karewicz, Brunner ze „Stawki większej niż życie”. Opowiadał jednak o historii związanej z innym filmem, w którym grał - z „Krzyżakami”. Jak wiadomo, zagrał tam króla Jagiełłę. I tak wspomina pracę nad filmem: „Byłem traktowany iście po królewsku. Donoszono mi pyszne dania, miałem lepsze warunki mieszkaniowe niż reszta ekipy, wożono mnie lepszym samochodem”. Karewicz, jak wspomina, był przekonany, że to splendor z powodu roli, czyli króla zwycięzcy, peszyło go jednak zamieszanie wokół niego. Podziękował więc pewnego dnia kierownikowi produkcji za takie traktowanie. I wtedy usłyszał: - Cóż, musimy się wspierać. Pozwoli pan, że się przedstawię. Moje nazwisko Król.

Swoją zabawną historię zdradził Lidii Stanisławskiej także Roman Kłosowski, aktor wielkiego talentu i serca, ale niewielkiego wzrostu. Po spektaklu, w którym kreował Ryszarda III, tuż po wygłoszeniu słynnej kwestii: „królestwo za konia”, usłyszał głośny komentarz z widowni: „raczej za kucyka”.

Anegdota o Idze Cembrzyńskiej jest również świetna. Pewnego dnia jeden z jej koncertów został poważnie zakłócony. Jakiś brodaty, przystojny mężczyzna podniósł się i stwierdził głośno: „co za nudy”. Artystka od razu wyjaśniła zdumionej publiczności: - To tylko Andrzej Kondratiuk, mój mąż, wywołując tym na widowni huragan braw. - No i po co ci to było? - skwitowała później mężowski żarcik. - Dostałam jeszcze większe brawa. Kondratiuk ani myślał skapitulować. - A skąd pewność, że były dla ciebie? - podsumował.

Nawet Irena Santor, wielka dama polskiej piosenki, ma niejedną anegdotę do opowiedzenia.

Kiedy jechała w taksówce, taksówkarz najpierw ją długo w lusterku obserwował, a potem rzucił: - Pani to trochę do Santorki podobna. - Ależ to ja - odparła artystka, zanosząc się perlistym śmiechem. - Chciałaby pani - usłyszała.

Robert Janowski, jako prowadzący program „Jaka to melodia?”, jak pisze Lidia Stanisławska, czasami musiał wchodzić w rolę terapeuty w swoim programie. I opowiedział jej o jednym takim przypadku. Jeden z graczy zaczął dość często podczas nagrania prosić o przerwę. Tłumacząc, że musi wyjść do toalety. Za każdym razem stamtąd wracał coraz bardziej rozluźniony. Ekipa zorientowała się, co mu tak poprawia nastrój. Robert Janowski nachylił się więc i szepnął mu do ucha, żeby tam więcej nie chodził, bo będzie dobry tylko w jednej kategorii: piosenka biesiadna.

Są tu także wesołe opowieści o tym, jak Grażyna Szapołowska musiała - choć nie chciała - kaprysić na planie serialu „Plac Hiszpański”, w którym grała hrabinę Armidę de Tolle, jak Wojciech Mann śpiewał w duecie ze Stevie Wonderem i co miała na nogach Krystyna Loska podczas prowadzenia w telewizji jednej z sylwestrowych nocy. Jest tu także historia o tym, jak „ugotował się” na scenie Marian Opania, kiedy jego koleżanka aktorka, recytując fragment „Pana Tadeusza” zamiast powiedzieć: „Telimena widzi Zosię bawiącą się w sadzie”, z przejęcia zakończyła: bawiącą się w... zadzie... Oczywiście, po tym przejęzyczeniu się, trzeba było przedstawienie przerwać, bo nikt nie był w stanie zahamować śmiechu.

W „Anegdotach” w sposób bezpretensjonalny poznajemy też historię polskiej kultury, obrazki z planów filmowych i z polskiej sceny, wielkie inscenizacje i popularne seriale, kabarety i festiwale. To wszystko jest w tle, ale najważniejsza jest oczywiście Jej Wysokość anegdota.

[email protected]

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Dziennik Bałtycki
Dodaj ogłoszenie