Anegdoty aktora Stanisława Michalskiego

Gabriela Pewińska
Stanisław Michalski  (stoi), obok - Zofia Czerwińska i Tadeusz Wojtych w  spektaklu "Jonasz i błazen" (teatr Wybrzeże, 1958)
Stanisław Michalski (stoi), obok - Zofia Czerwińska i Tadeusz Wojtych w spektaklu "Jonasz i błazen" (teatr Wybrzeże, 1958) Tadeusz Link, ze zbiorów MNG
O Zbyszku Cybulskim, Zdzisławie Maklakiewiczu, Edmundzie Fettingu, Leonie Załudze i Teresie Iżewskiej. Czyli anegdoty, które opowiadał aktor Stanisław Michalski w trakcie wielu rozmów

Michalski o Zbyszku Cybulskim

- To był niesamowity amant! Powiedział mi kiedyś: "Kurczę, Staszek, co to jest? Przecież ja mam takie krótkie nogi i wcale nie jestem ładny"... Wie pani, był Kobiela, mknący jak szaleniec na motorze, i Cybulski - wiecznie zamyślony. Mówiło się: Bobek ma pomysły, a Zbyszek jest przystojny...

Stanisław Michalski nie żyje. Był jednym z najbardziej znanych pomorskich aktorów

- Zbynio umiał pić! Potrafił dużo tankować i na drugi dzień był zupełnie przytomny! Piliśmy wszystko, co nam postawił, a był hojny. No... wszystko, oprócz ropopochodnych. Miał strasznie dużo radości w sobie! Przychodzę kiedyś do niego. Pukam. Nikt nie otwiera. "Zbyszek!" - wołam go z dołu. "Zbyszek!" - po chwili pojawia się w oknie. Potwornie zaspany. "Poczekaj trochę" - bełkocze. - "Ja tylko szybko się prześpię i zaraz cię wpuszczę"...

Michalski o Edmundzie Fettingu

- Mówi pani, że ducha Edmunda Fettinga można dziś spotkać w starej willi na Matejki 4 we Wrzeszczu? Że wpada do sąsiadów na herbatę, na placki ziemniaczane?! Gdybym ja mieszkał w tamtym domu, wpadłby do mnie na kielicha! Bo Mundeczek to był rozrabiaka nie z tej ziemi! Bardzo tajemniczy. Wszystko "Ą - Ę przez bibułkĘ". Wielka klasa i kultura, więc z Mundziem, oczywiście bardzo kulturalnie, żeśmy sobie popijali. Z Mundka był, cholera, diabelnie pracowity aktor! Co nie przeszkadzało mu balować po lokalach. Jak on łączył balowanie i pracowitość? Nigdy nie mogłem tego pojąć. Pamiętam nasze eskapady ze Spatifu do baru Caro w Grand Hotelu. Urzędowaliśmy tam bardzo często. Może nie były to jakieś nocne rozróby, ale następnego dnia na próbach głowa, oj, bolała... Tylko Mundeczek przychodził wypachniony, trzeźwiutki, koszulka bielutka, rozpromieniony. Nigdy nie miał kaca!

- Bardzo koleżeński. No i zawsze miał przy sobie trochę grosza. A że był uczynny, to my z problemem zawsze do Mundeczka. Jeszcze nie zdążyło się powiedzieć, o co chodzi, a on od razu pytał "Ile?". Był też bardzo punktualny i tę punktualność przenosił na wszystkie sfery życia. Jak ktoś długu w terminie nie oddał, to już więcej mu nie pożyczył. Elegant był z niego! Podczas próby przebierał się ze trzy razy. Zmieniał sweterki, spodnie, koszulę, skarpetki. Ale nie żeby pięknie wyglądać, tylko żeby było higienicznie.
Michalski o Zdzisławie Maklakiewiczu

- Pewnego razu Zdzisio poprosił mnie, bym zorganizował bankiecik z okazji jego imienin. Przyszło 20 osób. Było bardzo wesoło: wódeczka, Wanda Stanisławska-Lothe na stole, tańce, śpiewy, a tu Zdzisio zapatrzył się na jedną ze swych koleżanek, młodą aktorkę. Nagle wstał, lekko się kołysząc i powiedział: Bardzo przepraszam, ale proszę opuścić moje pomieszczenie, zostaje tylko pani Pszczółka i ja.
Przyjęliśmy to salwami śmiechu. Po chwili znów: Państwo wychodzą, Pszczółka zostaje!
A my dalej swoje. Zdzisio odsiedział chwilę, po czym wstał i ryknął: Do jasnej cholery, powiedziałem wyraźnie: Proszę opuścić moje mieszkanie, zostaję tylko ja i pani Pszczółka!!!

Stanisław Michalski nie żyje. Był jednym z najbardziej znanych pomorskich aktorów

Wyszliśmy do Grandu. Owa Pszczółka została później żoną Zdzisia. Po latach wspominamy ten bankiet, a Zdzisio: Wszystko fajnie, tylko po cholerę żeście wtedy wyszli?!

- Pamiętam, jak Maklak przyszedł do teatru na podwójnym gazie. Dyrektor Goliński i dyrektor Biliczak dopadli go we foyer i powiedzieli, że niestety, ale jest w stanie takim, że nie będzie grał przedstawienia. Maklak oczywiście prychnął tylko na to ich gadanie i wyparł się wszystkiego. Goliński postanowił jednak ostro mu przemówić do rozumu, a Biliczak tylko mu wtórował. Rzecz się miała tak.
Golo do Maklaka: - No przecież jesteś pijany w cztery dupy, schlałeś się i tyle!
Biliczak: - Pan dyrektor Goliński ma rację...
Maklak: - No taaak, wiedziałem! Ty, Golo, to jesteś Orland Szalony! A pan, panie dyrektorze Biliczak jesteś... (tu nie mógł znaleźć rymu) łobuz skończony!
Biliczak zbladł i powiedział: Panie Maklakiewicz, pan nie jest znowu tak bardzo pijany...
- Ze Zdzisiem chodziliśmy dość często do Grand Hotelu. Jako biedni artyści niejednokrotnie byliśmy przez panie średnio prowadzące się, ale za to dobrze zarabiające, zasilani mocnymi napojami. Było wspaniale! Maklak szczęśliwy, bo wszystkie damy zawsze wisiały u jego szyi, rozpieszczając go bezgranicznie. Do czasu. Bo pewnego dnia pojawił się tam z nami Zbyszek Cybulski. "Ten Cybulski - płakał Zdzisio. - Ledwo wszedł, a na mojej szyi wisi już tylko szalik".

- Ucinaliśmy sobie dość często długie, nocne pogawędki w Teatrze Kameralnym w Sopocie. Bywało, że Zdzisio trochę więcej się napił... Gadaliśmy, gadaliśmy, w pewnym momencie towarzystwo zaczęło krzyczeć, jeden przez drugiego, używając nie tylko słów, ale i rąk. - Ja tu będę teraz mówić! - ryknął Maklak. A na to słynny aktor Lech Grzmociński, który był do tego świetnym bokserem, wrzasnął: - A właśnie, że ja! I tak się zamachnął, że huknął Maklakiewicza w zęby. O tyle nieszczęśliwie, że jeden mu naruszył, krew poszła odrobinę. Zdzicho się osunął i rzekł: Zawodowiec mnie zabił! Zawodowiec mnie zabił! Oddajcie sprawę do sądu, a potem po księdza!

Michalski o Leonie Załudze

- Gawędziarz. Typ charakterystyczny. Naturszczyk. I prawdziwy mężczyzna. Frontowiec. Latał na kukurużnikach. Żołnierz I Armii Wojska Polskiego. Kawalarz. Myśmy już znali jego dowcipy. Ale gdy ktoś nowy przychodził do teatru, Leoś robił coś takiego: Panie kolego, cgdyhgukfdombukda, prawda? Gość spanikowany dukał: Przepraszam, ale nie rozumiem. To ten znowu: Gbnmkjirsdhjkoy-ree, co nie? I tak zostawiał biedaka z rozdziawioną gębą...

Tylko na pogrzebie Leosia mogło zdarzyć się coś podobnego. Jak trumnę wynosili z domu, to trzeba było okno wywalić, bo się nie mieściła. Jak go wsadzili do grobu i zaczęli murować, to przez przypadek zamurowali jednego murarza... Leoś kawały robił nawet zza grobu!
Michalski o twórcach szlagieru "Kasztany"

- Pewnego dnia po spektaklu w Teatrze Kameralnym w Sopocie grupa aktorów: ja, Zygmunt Hobot, Zbigniew Korepta i Krystyna Wodnicka wpadliśmy na chwilę do Spatifu. Wypiliśmy tam nieco napoju winnego, po czym wróciliśmy do teatru, by pośpiewać, wziąwszy ze sobą, oczywiście, absolutnie minimalną ilość tego, co napoczęliśmy... Zbysio zasiadł do pianina (stało we foyer), podgrywał sobie, podgrywał, a my płakaliśmy nad kolejną jesienią, która właśnie odchodziła bezpowrotnie... Natchniona brzdąkaniem w pianino Krysia wzięła ołóweczek i na małych karteczkach zaczęła pisać. Pisała, pisała, po czym rzekła: Teraz idę do domu skończyć tekst do tej waszej melodyjki. Po godzinie zadzwoniła: Mam pierwszą zwrotkę! Podyktowała. Zbysio w te pędy do pianina. Posklejaliśmy jego nuty ze słowami Krysi i zaczęliśmy śpiewać. A jak zaśpiewaliśmy, tośmy się spłakali. Ze wzruszenia. Choć oczywiście ów napój miłosny, który przywlekliśmy ze Spatifu, też zrobił swoje... Tak powstała ta piosenka. Evergreen. "Kasztany". Pamiętam, jak powiedziałem wtedy Korepcie: "Stary, to jest hit!". Ale on tylko machnął ręką. Nie minęło wiele czasu, jak wymyślona przez nas w teatrze piosenka stała się przebojem wszystkich dancingów i festiwali. Ja oczywiście do dziś uważam się za ojca duchowego tego utworu. Pamiętam, gdy przychodziliśmy na dancingi do Grandu - a pieniędzy to jakoś nam wtedy zawsze brakowało - z miejsca przedstawialiśmy Zbynia: To jest kompozytor "Kasztanów". I już wszyscy w pas się kłaniają, już grają, już stoliczek dla nas szykują, już po kieliszeczku, jednym, a nawet drugim serwują!

Michalski o Teresie Iżewskiej

W tekście o tym, jak to Pan Bóg wezwał do siebie wielu aktorów teatru Wybrzeże, Stanisław Michalski wspominał Teresę Iżewską (Stokrotkę z filmu "Kanał" Wajdy). Mówił: - Gdy odeszła z tego świata, zostawiła tu, na dole, dziesiątki wielbicieli. Chętnie poszedłbym za nią do tego Boskiego teatru, ale na razie nie mogę rozwiązać umowy z teatrem Wybrzeże! A coś tam, na Górze szykują? Pani wie? Może "Życie jest snem"? .

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie