reklama

Andrzej Kotkowski: Lwowska cierpliwość, czyli film prosto z serca

Ryszarda WojciechowskaZaktualizowano 
Andrzej Kotkowski
Andrzej Kotkowski Andrzej J. Gojke
Z Andrzejem Kotkowskim - reżyserem filmu "Miasto z morza", rozmawia Ryszarda Wojciechowska.

Skąd w Panu, człowieku ze Lwowa, pomysł na film o Gdyni? To przecież dwa różne światy.
Tak, zupełnie różne (śmiech).

Szukałam gdyńskich akcentów w Pana życiorysie. I niewiele znalazłam.
Wie pani, ja jestem uczuciowo związany z morzem. Kiedyś chciałem być marynarzem. Uciekłem z domu, żeby pływać. Zdawałem do szkoły morskiej. Potem przez półtora roku uczyłem się w szkole rybołówstwa morskiego. Morze to moja fascynacja. I osobista przyczyna do zrobienia tego filmu.

Jest jeszcze inna przyczyna?
Mamy pięćset kilometrów wybrzeża. A filmy o naszym morzu można policzyć na palcach obu rąk.
W dodatku znałem fantastyczną trylogię Stanisławy Fleszarowej-Muskat. Gotową historię w stylu jak zdobywano Dziki Zachód. Przecież 80 lat temu, w tym miejscu była rybacka wieś...

Zastanawiałam się, dlaczego jeszcze żaden z filmowców nie sięgnął po powieści Fleszarowej-Muskat. W PRL była taką Grocholą, w której się rozczytywano.
Dzisiaj też jest nadal popularna. Wystarczy pójść do biblioteki i się przekonać. Bo to po prostu ludzka literatura. Ja z "Tak trzymać" musiałem wybrać tylko pewne elementy. Decydując się na to, że scenariusz będzie na motywach, a nie adaptacją. Ale tam dalej są fantastyczne historie. Bohaterowie w czasie okupacji i ich niezwykle ciekawe losy. Jest obrona Gdyni, Helu, Stuthoff, podpisywanie volkslisty przez Łuckę, która musiała to zrobić, żeby wyciągnąć Krzysztofa z obozu. Na te dalsze wątki nie wystarczyło jednak pieniędzy. Zdecydowałem się pokazać sam początek. Bo on mi się wydawał najbardziej wart kina.

Dwadzieścia lat nosił się Pan z pomysłem na ten film.
Kiedy jeszcze żyła pani Stanisława, spotkałem się z nią.

Mówił jej Pan o planach?
Tak, ona nawet sama pisała scenariusz. Nie był specjalnie fachowo napisany. Z wątkami nie do zrobienia w naszych warunkach, na przykład z bitwą kontrtorpedowców na Zatoce Gdańskiej. Po śmierci pani Stanisławy powstała fundacja. Przez lata kontaktowałem się z Joanną Konopacką, która często do mnie dzwoniła z pytaniem: - No, jak tam panie Andrzeju, robi pan ten film? A ja z niezmąconym spokojem odpowiadałem: - Jeszcze nie teraz pani Joanno, ale kiedyś zrobię. No i udało się. My, lwowiacy jesteśmy cierpliwi.

Dlaczego w PRL nie udało się zrobić tego filmu?
Początkowo myślałem o serialu. Zresztą "Miasto z morza" ma również serialowe wydanie (cztery odcinki). Ale wtedy nie było pieniędzy ani na serial, ani na film.
Przez dwadzieścia lat ten Pana pomysł na film pewnie przechodził różne przeobrażenia.
Przy filmie zdecydowałem się opowiedzieć tę historię głównie poprzez Łuckę i Krzysztofa. On przyjeżdża tu z dalekiej Polski, szukając pracy i swojego miejsca w życiu. Ona, miejscowa, piękna Kaszubka.

Mieszanka, z jakiej pochodzi pewnie wielu dzisiejszych gdynian.
Tak, a osiemdziesiąt lat to nie jest dużo. To może jedno życie. Z perspektywy kraju czy cywilizacji to jak mgnienie światła. A proszę popatrzeć, jakie dzisiaj stoi piękne miasto. I port, który się w swoim zarysie nie zmienił. Kiedy się na Gdynię popatrzy z morza, lądu czy z powietrza, widać fenomenalną pracę. I niesłychanie odważną, dalekowzroczną decyzję, żeby pod nosem Wolnego Miasta Gdańska, pod nosem Niemców, stworzyć miasto i port. Ta plaża, która jest przy bulwarze, osiemdziesiąt lat temu ciągnęła się aż po strumień Chylonka i Oksywie. A sama Gdynia powstawała, oczywiście z zachowaniem pewnych proporcji, podobnie jak piramida Cheopsa. Wtedy nie było koparek, spychaczy. Ludzie tworzyli ją własnymi rękami. To jest fascynujące! Kiedy przez lata przyjeżdżałem do Gdyni na festiwale, zawsze doznawałem uczucia jakiejś metafizyki. Świętojańska to przecież kiedyś była polna droga, na Kamiennej Górze nie rosły jeszcze drzewa, a na Skwerze Kościuszki było... morze.

W tym filmie o narodzinach Gdyni jest też romans, miłość. To, co widz kocha najbardziej.
Chcieliśmy pokazać historię poprzez emocje i uczucia, a nie tworzyć pomnik.

W filmie gra kilku znanych aktorów. Ale kilka ról obsadził Pan bardzo młodymi, nieznanymi jeszcze twarzami.
Poza Małgosią Foremniak, Olgierdem Łukaszewiczem czy Marianem Dziędzielem chciałem mieć młodych, "świeżych" aktorów, bo wydawało mi się, że oni poprzez tę swoją anonimowość będą bardziej prawdziwi, autentyczni. Że widz szybciej uwierzy w ich historię. Bo my nie wiemy, czy tak było, jak opowiadamy. Ale tak mogło być.

FLESZ: Elektryczne samoloty nadlatują.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie