Alan Parsons LIVE Project i The Waterboys w Dolinie...

    Alan Parsons LIVE Project i The Waterboys w Dolinie Charlotty [zdjęcia, wideo]

    Max Nałęcz

    Głos Pomorza

    Aktualizacja:

    Głos Pomorza

    W sobotę w amfiteatrze w Dolinie Charlotty odbyła się druga odsłona 12. Festiwalu Legend Rocka. Publiczność bawiła się przy utworach Alana Parsonsa i
    1/54
    przejdź do galerii

    W sobotę w amfiteatrze w Dolinie Charlotty odbyła się druga odsłona 12. Festiwalu Legend Rocka. Publiczność bawiła się przy utworach Alana Parsonsa i zespołu The Waterboys. Zobaczcie zdjęcia.

    ©Łukasz Capar

    Na papierze trudno o bardziej kuriozalny tandem - szaleństwo The Waterboys i skrupulatność Alana Parsonsa to dwa bieguny muzycznej filozofii. A jednak, oba występy zamknęły 12. Festiwal Legend Rocka z należytym przytupem.
    Wyjątkowo zabawnym jest fakt, że zespoły pokroju The Waterboys, w latach 80-tych przywracające muzyce rockowej jej spontaniczność i pierwotny, nieokiełznany charakter, były swoistą reakcją na wypolerowane, pedantyczne wręcz megaprodukcje tuzów rocka progresywnego, z którego patosem Alan Parsons jest wręcz synonimiczny. To zderzenie świetnie sprawdziło się w Dolinie Charlotty: solidnie wypełniony amfiteatr przeżył wieczór eklektyczny, można by rzec, bardzo festiwalowy.

    The Waterboys są, na papierze, najbardziej niszową gwiazdą w historii Festiwalu. I nie jest to zarzut - status legendy zdobyli nie tyle milionami sprzedanych płyt i pstrokatymi teledyskami w dobie MTV, co muzyczną odwagą, niezależnym duchem, i niepohamowaną potrzebą poszukiwania. Nawet w przypadających na połowę lat osiemdziesiątych latach największych sukcesów Mike Scott z ekipą królowali nie tyle na dyskotekach, co na nocnych posiadówkach w akademikach. Nie zmienia to faktu, że trudno przy energicznej i eksplozywnej muzyce The Waterboys usiedzieć na pewnej części ciała. Mike Scott zebrał niebywały, ośmioosobowy zespół bez jednej wyróżniającej się gwiazdy: niemożliwym było skupienie uwagi na jednej części sceny. Niebywałe wrażenie robiły wokalistki Zeenie Summers i Jess Kavanagh - hipnotyzujące śpiewem i ruchem, nadając utworom jeszcze bardziej uduchowiony ton. Paul Brown, którym muzyka dosłownie telepała, momentami traktował swoje klawisze niczym instrument perkusyjny, chwilę później tworząc subtelne organowe ozdoby. Scott, który jest założycielem, mózgiem i wodzirejem zespołu, chwilami chował się w ciemnościach, czasem odwracając się nawet plecami od publiczności. Ani na chwilę nie ulegało jednak wątpliwości, że jest kapłanem odprawiającym ten rytuał, zarówno, kiedy zamieniał scenę w pogańską maskaradę w trakcie “We Will Not Be Lovers”, jak i podczas poruszającego, intensywnego zakończenia “Fisherman’s Blues”, wieńczącego koncert. Bezwzględnie jeden z najlepszych w 12-letniej historii festiwalu.
    Dyskretnym, potajemnym, dyrygentem okazał się również Alan Parsons, twórca, zdawałoby się, pierwotnie stworzony do konsolety w studio muzycznym, nie zaś sceny. A jednak, udało mu się zręcznie przenieść wielowarstwową, wyrafinowaną muzykę swoich projektów na scenę amfiteatru.

    Orkiestra Parsonsa na tle zwariowanej ekipy Waterboys prezentowała się niczym dżentelmeński wieczór kawalerski (ośmiu chłopa). Dostojny i stoicki lider również wycofywał się na drugi plan, akompaniując utworom na gitarze i klawiszach, sporadycznie tylko śpiewając główne partie. Dzięki temu rozszaleć mogli się jego podopieczni: brzmienie Stratocastera Jeffreya Kollmana było totalnym hołdem dla Hendrixa i Blackmore’a, zaś klawiszowiec Tom Brooks zdobył publiczność oddając pokłon Korze Jackowskiej cytatem z “Boskiego Buenos”.

    Część publiczności ceniąca sobie surowość i nieprzewidywalność rock’n’rolla mogła przerazić się, kiedy Parsons zapowiedział wykonanie CAŁEJ płyty I Robot: ambitnej interpretacji powieści Isaaca Asimova. Tymczasem, z tego pozornie napuszonego przedsięwzięcia muzycy stworzyli ciekawą interpretację, w którą co chwilę angażowali publiczność. Przypominając, że patetyczność rocka progresywnego końca lat 70-tych nie była wcale taka straszna (nawet, jeśli była ona bezpośrednią przyczyną powstania punk rocka).
    Występ zakończył 12 edycję festiwalu, bezdyskusyjnie, najbardziej eklektycznego - każda z czterech gwiazd prezentowała zupełnie inną stronę muzyki rockowej. Eklektyzm popłacił: świetnymi występami, i zasłużenie dużą frekwencją.

    Czytaj treści premium w Dzienniku Bałtyckim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (1)

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    Oprócz 'Buenos Aires'

    xo (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 1

    zagrał także kilka taktów Chopina.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo