Adaś Miauczyński epoki Instagrama. Krystian Nowak opowiada,...

    Adaś Miauczyński epoki Instagrama. Krystian Nowak opowiada, dlaczego "Wszyscy ludzie, którzy znam są chorzy psychicznie"

    DW

    Dziennik Zachodni

    Aktualizacja:

    Dziennik Zachodni

    Adaś Miauczyński epoki Instagrama. Krystian Nowak opowiada, dlaczego "Wszyscy ludzie, którzy znam są chorzy psychicznie"

    ©Agata Krajewska

    Czy jest życie poza mediami społecznościowymi? Mieć czy być? Czy można płacić lajkami? O millenialsach w swoim przepełnionym groteską debiucie "Wszyscy ludzie, których znam są chorzy psychicznie" opowiada Krystian Nowak autor popularnego fanpage'u "Zdelegalizować coaching i rozwój osobisty".
    Adaś Miauczyński epoki Instagrama. Krystian Nowak opowiada, dlaczego "Wszyscy ludzie, którzy znam są chorzy psychicznie"

    ©Agata Krajewska

    Twoja powieść opowiada o młodym pisarzu, który żyje w groteskowym, nieprzyjaznym świecie. Ile jest Krystiana - autora w Krystianie - postaci?

    Trochę jest. Nie jest to moje alter-ego, ale mamy cechy wspólne. Wydaje mi się, że tworząc postacie zawsze czerpie się ze swoich doświadczeń. Nie sądzę, aby inna droga była możliwa. Bohater miał oddawać moje doświadczenia i odczucia związane z problemami z jakimi zmaga się duża część mojego pokolenia.


    Na czym polegają te problemy?
    Wieczna niepewność pomieszana z ciśnieniem, aby "robić swoje", "realizować marzenia" czy "stać się panem swojego losu". Z jednej strony tysiące osób zatrudnionych na umowach o dzieło, bez oszczędności, bez "pleców", bez państwowej poduszki na którą mogliby spaść, gdy się przewrócą. A z drugiej ciągłe namawianie: idź na swoje, weź los w swoje ręce, nikt za ciebie sukcesu nie osiągnie. Obecnie mamy swego rodzaju przesilenie tej "sukcesowej" narracji. Ludzie trochę dojrzali i głośniej domagają się swojego, choć wciąż uciekają przed odpowiedzialnością i ryzykiem. To zrozumiałe, bo choć strategia walki o swoje odnosi skutki, to nie oznacza, że automatycznie uwalniasz się od tego, co wmawiane ci było przez większość życia: że gonienie za marzeniami i robienie "na swoim" - i nie ważne czy to będzie własny start-up, warzywniak, czy kariera artystyczna - jest wartością wyższą, niż spokojna posada na bezpiecznym etacie. Systemu wartości, który zakorzenił w nas świat wokół, nie da się tak łatwo zmienić.


    Czy to ciśnienie aby za wszelką cenę realizować marzenia nie jest przywilejem tzw. młodych, wykształconych, z wielkich miast? Twój bohater spotyka na swojej drodze np. baristów z sieci kawiarni lub pracownicę KFC. Czy oni też mają ten luksus aby poszukiwać dróg samorealizacji?

    To czasem bywa nie tyle luksusem, co swego rodzaju przymusem. Przynajmniej dla pokolenia dzisiejszych 30-latków. Sam pracowałem w tego typu miejscach. Praca w KFC, sklepie, czy korporacji, nie zwalnia z pędu ku "realizowaniu siebie". Gdyby praca w przykładowym KFC zapewniała nie bytowe minimum, ale powiedzmy średnią jakość życia, tak żeby móc pozwolić sobie na zażywanie kultury - i nie mam tu na myśli chadzania do opery, tylko choćby kino czy koncert raz w tygodniu - oraz jakieś hobby, to pewnie to ciśnienie, aby "realizować marzenia", co najczęściej oznacza przecież "zarabiać na tym co się lubi" (kolejne, jakże modne hasło) nie byłoby tak silne.

    Zarabianie na tym co się lubi często oznacza pracę za kiepską pensję, a stworzenie wymarzonego biznesu – wieloletnią spłatę kredytów. Co w wypadku, gdy spełnione marzenie nie spełnia naszych oczekiwań? Radzimy sobie z porażką? Mamy na to strategie?

    Jak to w warunkach systemu, który w żaden sposób cię nie chroni i nie wyciąga pomocnej dłoni - każdy pewnie ma jakiś plan we własnym zakresie. No, poza tymi, którzy go nie mają i idą na hurra. Symptomatyczny jest wzrost liczby pacjentów różnych terapii czy zażywających niekoniecznie potrzebne leki. Wielu pewnie zwraca się po pociechę do różnych manipulatorów-motywatorów, którzy zarabiają na cudzej porażce, twierdzących, że mają receptę na to, jak się z niej podnieść.


    Czy w tym systemie ktokolwiek ma obowiązek podawać przysłowiową rękę? Książkowy Krystian na pytanie „dlaczego” co rusz zderza się z odpowiedzią „tak działa wolny rynek”. O ile jest to frustrujące, wydaje się prawdziwe. Nikt nie obiecywał nagród za same ambicje.
    Obowiązku nie ma, ale trzeba się liczyć z konsekwencjami takiego postępowania. Jest też różnica pomiędzy nie pomaganiem, a utrudnianiem. "Wolny rynek" zakłada bardzo często, że "chcącemu nie dzieje się krzywda", a chyba każdy z nas, na podstawie własnych doświadczeń, może stwierdzić, że jest niewiarygodna wręcz brednia.
    Krystian w książce jest irytujący w swojej nieżyciowości. Bohater, tak jak wielu moich rówieśników, dostrzega skutki, ale nie przyczyny i brnie dalej w to z czym powinien dać sobie spokój. Alternatywy jednak brak, bo przecież sam niewiele może zmienić. Nie tylko w "systemie", ale i w swoim życiu. Robi to, co na co mu pozwalają warunki. Miota się, frustruje, ale też żyje ułudą, którą mu wciśnięto i nie podejmuje konkretnych działań. Wierzy w swój talent, którego prawdopodobnie nie ma. Nie podejmuje ryzyka, bo wie, że, cytując klasyka "upadł i sobie głupi ryj rozwalił".

    Książkowy Krystian jest dodatkowo pełen hipokryzji. Z jednej strony irytuje się na szefa za sposób traktowania, a z drugiej utrudnia życie pracownikom kawiarni. Widoczne jest to również w rozmowach z jego sympatią. Krystian, choć sam żebrze o uwagę i uznanie, nazywa blogerów „ludzkimi s…….”
    Bo ludzie są hipokrytami, a "millenialsom" jakże często zarzuca się bycie narcyzami, czy arogantami. Chciałem oddać również ten obraz mojego pokolenia.

    Większość postaci w twojej powieści definiuje się poprzez jeden element życia np. crossfit, weganizm, pisarstwo. Napotykają obojętność – a nawet pogardę. Wspieramy się we własnych plemionach – a na zewnątrz?
    Z jednej strony moja książka ma w zamyśle rozśmieszyć – rzeczy w niej są przerysowane. Nie roszczę sobie prawa do wiernego i dokładnego oddania obrazu całego pokolenia.
    Ale tak trochę jest, że ludzie definiują się czasami poprzez jedną rzecz, jedno zainteresowanie. Dzieje się tak często dlatego, że na więcej nie starcza im czasu czy środków. A to i tak ci z tak zwanej klasy średniej, którzy mogą sobie pozwolić by w ten sposób wyrazić swój status, nie zaś całość społeczeństwa. Sam crossfit to fajny system treningowy. Uprawianie go na własną rękę nic nie kosztuje, ale powstał wokół niego wielki biznes i jeśli chcemy uczestniczyć oficjalnie w crossfitowej zabawie musimy wydać przynajmniej 200-250 zł na karnet. To nie jest tania zabawa, a wyznacznik statusu, którym ludzie uwielbiają się chwalić.
    Często widzę też, że dużo osób ma problem z zakwalifikowaniem ludzi, którzy robią więcej niż jedną rzecz. Króluje przekonanie, że jak robisz wiele rzeczy na raz, to w niczym nie będziesz dobry. Jak ktoś jest i muzykiem i aktorem, to ludzie wariują, bo nie wiedzą jak go zakwalifikować. Tak, jakby człowiek nie mógł wyrażać się na wiele sposób, jak gdyby było to nienaturalne. "Tom Hanks napisał książkę? Ale przecież to aktor..." itp.

    Czym innym mogą się chwalić? Z pewnością nie pracą. Raczej nie powierzchownymi znajomościami. Czym innym jeżeli nie zainteresowaniami?
    Ależ ja im tego nie odmawiam. To naturalny odruch. Nie znaczy to jednak, że nie można się z tego pośmiać. Co irytuje, to zafiksowanie. Jeśli ktoś non stop mówi o tym, że studiuje prawo, pisze książki, trenuje crossfit, podporządkowuje temu swoje otoczenie, to dla tego otoczenia będzie to irytujące. Czy to dlatego, że zwyczajnie mają dość, czy że sami by trochę tak chcieli, ale nie mogą… Obnoszenie się w dzisiejszych czasach, przy dzisiejszych możliwościach technologicznych, jest jednak powszechne i raczej nie do powstrzymania. Musimy nauczyć się z tym żyć i to oswajać. Najłatwiej zrobić to poprzez pośmianie się.

    A czy to obnoszenie nie irytuje nas również dlatego, że uwaga otoczenia przenosi się na kogoś innego niż my sami? Porównując millenialnego Krystiana z Adamem Miauczyńskim (który mógłby być jego ojcem), to Adaś również miał problemy z relacjami i też pracował na kiepskich posadach, ale pragnął bardziej świętego spokoju niż uwagi.
    Absolutnie tak. Ale to jest chyba właśnie to największe kuriozum zmiany pokoleniowej w Polsce. Że nie zmieniło się prawie nic wokół, problemy pozostają te same, zmienia się natomiast sposób ich komunikowania oraz wymagania ludzi co do tego, czego by chcieli, co tak samo pozostaje poza ich zasięgiem jak kiedyś.


    W powieści znajduje się wiele nawiązań do memów i internetowych osobliwości. Biorąc pod uwagę tymczasowość treści Internetowych – jak długo te wątki będą czytelne dla kolejnych czytelników?

    Będą czytane jako krótkie wspominki. Współczesny pamiętnik to statusy na fejsie. Najpopularniejszy sposób komunikowania się mojego pokolenia, które brzydzi się np. dzwonieniem do siebie, a nawet SMS-ami. Moja koleżanka wyznała mi kiedyś na czacie, że nie umie komunikować się bez gifów. Tak to teraz wygląda. Niektóre nawiązania będą czytelne krótko. Sam miałem taką refleksję, że gdyby wszystko w książce było nie przebrzmiałe i aktualne, to powinienem pisać książkę nie dwa lata, a maksymalnie 2 miesiące, a wydać już następnego dnia...

    Czytaj treści premium w Dzienniku Bałtyckim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (2)

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    Korektor pilnie potrzebny

    Abc (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 3

    Te byki bardzo psują całość. Błędy są na poziomie 5 klasy szkoły podstawowej. Nie możecie zatrudnić w redakcji kogoś, kto zna ortografię?

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    Korektor

    Podpis (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 8 / 4

    Korektor by się wam bardzo pilnie przydał, bo tego nie da się czytać. Już w tytule jest błąd, później tylko gorzej np. "mogli by", brak przecinków, tony błędów.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo