A imię jego czterdzieści i cztery

    A imię jego czterdzieści i cztery

    Barbara Szczepuła, publicystka

    Dziennik Bałtycki

    Aktualizacja:

    Dziennik Bałtycki

    Gdybym mieszkała w Stanach Zjednoczonych, prawdopodobnie głosowałabym na Johna McCaina, bo wartości republikańskie są mi zdecydowanie bliższe, ale jednak cieszę się, że czterdziestym czwartym prezydentem USA został czarnoskóry Barack Obama.
    Myślę o tym, jak zmienia się świat na naszych oczach! Czterdzieści lat temu Martin Luther King "miał sen" i dziś ten sen się spełnił.

    Ann Applebaum, amerykańska żona ministra Radosława Sikorskiego, wyznała: "Miałam satysfakcję, że głosowałam na pierwszego czarnoskórego prezydenta USA". W telewizji widziałam, jak na wieść o zwycięstwie Obamy płakali ze wzruszenia czarnoskórzy Amerykanie.

    Płakała - z pewnością nieskłonna do łez - znana dziennikarka i pierwsza w świecie czarna miliarderka Oprah Winfrey, płakali ludzie starzy i młodzi, wykształceni i prości. Ktoś powiedział: - Dopiero teraz czarni i biali są równi.

    I tak chyba jest w istocie. Patrząc na tę radość, przypomniałam sobie - toutes proportions gardées - dzień szesnastego października 1978 roku, kiedy kardynał Karol Wojtyła został wybrany papieżem.

    Nam, zakompleksionym, zdławionym przez komunizm ludziom drugiej kategorii nagle otworzył się wtedy świat, błysnęło słońce. Nasz człowiek został doceniony, nasz człowiek stanął na szczycie!

    Podobnie myślą teraz pewnie nie tylko amerykańscy Murzyni, którzy jeszcze całkiem niedawno nie mieli równych praw z białymi, nie tylko Kenijczycy, którzy oczywiście szaleją z radości, bo ojciec Obamy wywodzi się z kenijskiej wioski, ale wszyscy "kolorowi" - jak się kiedyś mówiło z wyżyn białego człowieka. W miniony wtorek wzięli odwet za lata marginalizacji, upokorzeń, przymusowej drugorzędności. I ten odwet nie był prymitywną krwawą zemstą, ale wygraną w demokratycznym pojedynku, w świetle jupiterów, na oczach całego świata. Obama grał fair i zwyciężył.

    Być może ten wybór wpłynie też na to, co dzieje się w Afryce i zapoczątkuje na tym nieszczęsnym kontynencie jakieś pozytywne zmiany. Nie myślę tylko o Kenii, która już stała się pięćdziesiątym pierwszym stanem USA, a widomym znakiem, że nawet Opatrzność maczała palce w tym sensacyjnym wydarzeniu, jakim jest wybór syna tej ziemi na prezydenta największego światowego mocarstwa, był śnieg, pierwszy w tym kraju od niepamiętnych czasów.

    W tej wielkiej radości jest tylko jedna smuga cienia. Barack Obama zna Rona Asmusa! Ale cóż, nobody's perfect.

    Czytaj treści premium w Dzienniku Bałtyckim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo