A gdyby tak poskrobać Polaka? Historia rodziny Mathea

Barbara Szczepuła
Rodzinne spotkanie na Długiej. Atmosfera jak u Grassa. Od prawej Anastazja Mathea z córką i Edmund Mathea z synem
Rodzinne spotkanie na Długiej. Atmosfera jak u Grassa. Od prawej Anastazja Mathea z córką i Edmund Mathea z synem
Bernard Mathea ma przed oczami spotkania rodzinne, których atmosfera przypominała niekiedy sceny, jakie możemy oglądać w filmie Schlöndorffa „Blaszany bębenek”.

Każdy za czymś tęsknił. Pani Zofia Adamska, która zaraz po ślubie wyjechała z mężem za chlebem do Ameryki, tęskniła za Polską. Gdy pan Adamski zarobił na kupno kawałka ziemi pod Płockiem i wrócił wraz z żoną w latach 20. ubiegłego wieku, dopadł ich kryzys i wskutek denominacji stracili wszystko. Musiał znowu szukać szczęścia za granicą, tym razem znalazł zatrudnienie w regionie przemysłowym w okolicach Besançon. Tam urodziła się Anastazja. Wyrosła na piękną dziewczynę, wykształciła się we francuskich szkołach, chłopcy za nią biegali, ale pani Adamska, która stale tęskniła za Polską, powtarzała córce, że powinna wyjść za mąż za Polaka. Francuz na męża się nie nadaje, może zawrócić w głowie i zbałamucić. No dobrze, ale skąd wziąć w Besançon Polaka?

Szczęście uśmiechnęło się do Anastazji i do jej mamy, bo we Francji pojawił się Edmund Mathea. Był żołnierzem 2 Dywizji Strzelców Pieszych, która walczyła dzielnie w kampanii francuskiej w Alzacji, a „po ustaniu możliwości oporu” - jak piszą wojskowi, czyli w czerwcu 1940 roku, została internowana w Szwajcarii. Trzynaście tysięcy chłopa! A wszyscy młodzi i dorodni.

Jak podają niektóre źródła, przysporzyli temu pięknemu krajowi sporo nowych obywateli. Część Polaków Szwajcarzy skierowali do pracy, a kto chciał, mógł studiować. Edmund zdecydował się na pogłębianie wiedzy, tym bardziej że nie miał problemu z językiem, pochodził z Wolnego Miasta Gdańska, więc znakomicie znał niemiecki.

Zapisał się na studia w Handels-Hochschule w St. Gallen i jeszcze przed końcem wojny zdobył dyplom.

W 1945 roku żołnierze z 2 Dywizji Strzelców Pieszych rozjechali się po świecie, bo Szwajcarzy nie zamierzali już dłużej trzymać ich w swoim kraju. Edmund trafił do fabryki Peugeota w Sochaux, pod Besançon, i w tym mieście poznał Anastazję. Pokochali się i pobrali dość szybko, ku radości pani Adamskiej.

Edmund zdecydował się wrócić do Gdańska. Opowiadał młodej żonie, jakie to wspaniałe miasto, choć miasta przecież już nie było, spłonęło wczesną wiosną czterdziestego piątego jak pochodnia. No i w Polsce rządzili teraz komuniści, więc niełatwo było zdecydować się na powrót. Pragnienie powrotu okazało się jednak silniejsze niż strach i w 1948 roku Edmund Mathea z Anastazją, która nosiła już Bernarda pod sercem, pojawili się w Gdańsku. To nie było to samo miasto, które pamiętał Edmund, ale jednak był u siebie…

***

Pierwszy Mathea przyjechał na Kaszuby w XVIII wieku z Niderlandów. Był być może uchodźcą, szukał miejsca spokojnego, bezpiecznego od prześladowań religijnych. Osiedlił się gdzieś koło Dzierżążna. Po nim przyjechali inni, również menonici, jedni powędrowali wzdłuż Wisły, inni osiedli na Żuławach i na Kaszubach.

Ojciec Edmunda miał na imię Brunon Ignacy i ożenił się z Kaszubką, Władysławą, córką Józefa Labudy ze Stryszej Budy. Na Józefa Niemcy mówili ironicznie „Polnische König”, bo nie krył, że uważa się za Polaka. Był z tego dumny. Oprócz Władysławy, która wyszła za Brunona Ignacego, Józef Labuda miał jeszcze pięć córek i syna. I wszystkim demonstracyjnie dał polskie imiona: Stefania, Czesława, Bronisława, Pelagia i Wanda. Syn miał na imię Kazimierz, w rodzinie nazywano go Kadi. Córki powychodziły za mąż, jedna za polskiego kolejarza, inne za Kaszubów, a dwie za Niemców, bo serce nie sługa, ojciec musiał się z tym pogodzić. Podczas drugiej wojny światowej sytuacja się skomplikowała w wiadomy sposób, a po 1945 roku tylko jedna córka Józefa Labudy z rodziną wyjechała do Niemiec, pozostałe nie chciały opuszczać Polski.

Zięć Józefa Labudy, Brunon Mathea, wraz ze swoją żoną Władysławą przeprowadzili się do Gdańska jeszcze przed pierwszą wojną światową. Było to wówczas miasto pruskie, dla Kaszubów nie bardzo przyjazne, ale najważniejsze, że Brunon znalazł tam pracę. Zamieszkał przy ulicy Twardej.

Gdy jego wnuk Bernard Mathea wspomina czasy swojego dzieciństwa w latach 50. i 60. dwudziestego wieku, to ma również przed oczami spotkania rodzinne, których atmosfera przypominała niekiedy sceny, jakie możemy oglądać w filmie Schlöndorffa „Blaszany bębenek”. Zastawiany duży stół, kilkanaście osób, śledzie, wódeczka, kuchy, kawa, wszyscy rozgadani, roześmiani, dzieci plączą się pod nogami… Czasami spotykali się u kuzynki ojca, która miała duże mieszkanie obok katedry w Oliwie. Jeśli przyjęcia odbywały się u Edmunda przy Długiej, to dania były raczej francuskie, Anastazja przygotowywała zupę cebulową, dużo zielonej sałaty z oliwą i czosnkiem oraz tarty z owocami zamiast kucha.

Za Anastazją i jej mężem Edmundem do Gdańska ściągnęła z Francji jej mama, ta, która tak tęskniła za krajem, i ojciec, oraz dwie córki, jedna już z mężem, także Polakiem, bo pani Adamska pilnowała, żeby nie był to broń Boże Francuz. Szczęśliwie Irena wyszła za mąż za ex-żołnierza generała Maczka.

Historia rodziny Adamskich zakończyła się więc happy endem, ale jak się okazało, tylko pozornie, bo teraz zaczęła tęsknić Anastazja. Tęskniła za słodką Francją, za jej esprit, kulturą, krajobrazami, jedzeniem, za koleżankami z Besançon. W Gdańsku nie znała nikogo, oprócz rodziny męża, a szara peerelowska rzeczywistość coraz bardziej ją przygniatała. W dodatku w sklepach sprzedawano tylko dwa rodzaje sera: tylżycki i salami! Ożywiała się, gdy mogła porozmawiać po francusku, ale wielu okazji nie miała. Nawet z dziećmi nie rozmawiała w języku Moliera, czego do dziś jej syn bardzo żałuje. Faktem jest, że ojciec też nie mówił z Bernardem ani z jego siostrą po niemiecku, ale to była zupełnie inna historia, ponieważ w Gdańsku każda rozmowa po niemiecku była podejrzana, nawet stare gdańszczanki starały się na ulicy nie używać tego języka, by się nie narażać na afront. Ale francuski? No szkoda.

Kiedyś Anastazja natknęła się na wycieczkę turystów z Francji i wdała się oczywiście natychmiast w konwersację: - Pani jest Francuzką, madame? - zapytali, zaskoczeni jej świetną znajomością języka. Nie zaprzeczyła. - A od jak dawna jest pani w Polsce? - dopytywali. - Od 30 lat. - O mon Dieu, dlaczego pani nie wraca?

Jakoś musiała się dostosować do innego stylu życia, ale opowiedzmy o dwuipółletniej przerwie, kiedy to w 54 roku Edmund Mathea został wysłany jako przedstawiciel handlowy do Damaszku. Syria - która jak wiadomo - była wcześniej przez jakiś czas protektoratem francuskim i czuło się tu jeszcze romański duch i wszyscy mówili po francusku - panią Anastazję zachwyciła. Bernard zaczął chodzić do szkoły francusko-arabskiej. Rano lekcje prowadzone były po arabsku, po południu natomiast po francusku.

Pokazuje mi zdjęcia. Stoi w grupie arabskich chłopców w niebieskich fartuszkach w pepitkę, a pani nauczycielka uśmiecha się do obiektywu. Nauczycielka, mimo że Arabka, ma odkryte włosy i sukienkę bez rękawów. Bernard Mathea wspomina miło tamte lata. Piękną pogodę, wyprawy autem na plażę do Bejrutu, sympatycznych kolegów, szczególnie małego Ahmada, wspólne zabawy, zapachy ulicy, kebaby… Nigdy nie odczuł żadnej niechęci. W sercu więc pozostały mu wyłącznie przyjazne uczucia. Fatalne było tylko to, że po powrocie do Gdańska mama kazała mu założyć do szkoły ten niebieski fartuszek w pepitkę, co wywołało salwy śmiechu wśród kolegów.

Jako dorosły człowiek wiele razy wybierał się do Syrii. Nie to, żeby tęsknił, ale był ciekawy, jak się Syryjczykom żyje. Nie pojechał i przepadło, już nie pojedzie, wojna, Państwo Islamskie, ucieczka milionów ludzi. Ogląda w telewizji ten exodus i otacza ich dobrymi myślami. Słucha ich muzyki, która go porusza. Patrzy na Syryjczyków oczywiście zupełnie inaczej niż narodowcy, którzy wołają tak, jak choćby na spotkaniu w Klubie Biznesu, na które został zaproszony. Piękna dziewczyna z partii KORWiN, organizatorka gdańskiego marszu przeciw uchodźcom, krzyczała: - Gdy się dostaną do Polski, zgotują nam piekło. Wprowadzą szariat, będą gwałcić nasze córki i siostry. - A dżihad, który nakazuje im Koran? Ofensywny w dodatku?!

Poznaliśmy się podczas tego spotkania. Bernard Mathea, dyrektor Wydziału Spraw Obywatelskich i Cudzoziemców Pomorskiego Urzędu Wojewódzkiego, mówił spokojnie i lał oliwę na wzburzone wody. - Musimy pomagać tym, którzy potrzebują pomocy, ale w sposób roztropny. Możemy przyjąć tylu imigrantów, na ilu nas stać. Powinniśmy starać się zrozumieć inne kultury, a nie zrozumiemy ich, jeżeli odwrócimy się do nich plecami.

„Polska dla Polaków” - pod takimi hasłami narodowcy zorganizowali marsz 11 Listopada. Co to znaczy „dla Polaków”? - zastanawiamy się. Kto ty jesteś? Polak mały. Czy Polakiem jest ten, kto nim chce być, czy sprawdzamy życiorysy dziadków i pradziadków i tropimy obcych? Czy w ogóle można znaleźć osoby, które nie mają wśród przodków innych nacji, a przede wszystkim czy warto szukać? Teraz jest moda wśród polityków, że odmieniają słowo „Polacy” przez wszystkie przypadki. A gdyby tak poskrobać?

***

Jakiś czas temu ktoś przyniósł do „Gazety Kartuskiej” paszport Wolnego Miasta Gdańska na nazwisko Edmund Mathea. Jakaś pani znalazła go w piwnicy pod węglem. Najwyraźniej przeleżał tam kilkadziesiąt lat.

Pierwszego września 1939 roku Edmunda nie było w domu przy Twardej w Gdańsku, od wielu dni nocował już w Gdyni. Gestapowcy wpadli o świcie.

Syna nie ma - mówi mama.

Z zemsty aresztowali ojca. Wylądował w Stutthofie. Jego żonę Władysławę wyrzucono z mieszkania, tułała się po krewnych, wreszcie osiadła w Kartuzach. Tu przetrwała z mężem okupację, bo na szczęście udało się go wyreklamować z obozu po kilku miesiącach.

Wracamy do matki Bernarda, Anastazji, która tak tęskniła za Francją. W latach 70. pojechała do Besançon.

Wróciła lekko zawiedziona. Chyba nie bardzo udała jej się ta ekskursja. Tęskniła za swoją młodością, a na miejscu, ku swojemu rozczarowaniu, spotkała koleżanki, które były już starszymi, a niektóre schorowanymi paniami. Nie były już ani tak wesołe, ani pełne energii, jak je pamiętała, zajęte były swoimi kłopotami, dziećmi i wnukami.

***

A gdzie są pana dzieci? - pytam.

Najstarszy, Robert, od lat mieszka w Anglii, córka, Marta, wróciła, można powiedzieć - do korzeni, bo wyszła za mąż za Holendra i mieszka w Amsterdamie. Zaś najmłodszy Piotr został w Gdańsku. Jego girlfriend, Amerykanka, była już w Polsce, Gdańsk jej się podoba, więc może zdecyduje się tu za jakiś czas zamieszkać, co oczywiście państwu Mathea odpowiada.

- Ma zresztą dziewczyna szczęście, bo jak mówiła moja babcia Zofia, nie ma lepszych mężów niż Polacy - śmieje się Bernard.


barbara.szczepula@polskapress.pl

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

g
gdańszczanin
A może redaktorze byś przeczytał "Wspomnienia gdańskiego bówki" którego autorem jest Brunon Zwarra.Masz tam gotowy materiał na opowieść o dziejach tej rodziny mieszkającej w WM Gdańsku o rodowodzie kaszubskim. Jakby ci było mało to możesz odwiedzić Pana Brunona zamieszkałego w Oliwie przy ulicy Spacerowej.
Dodaj ogłoszenie