80 rocznica wybuchu II wojny światowej. Obozowy numer 44357. Świadectwo najstarszej więźniarki

Tomasz Chudzyński
Tomasz Chudzyński
Zaktualizowano 
Lucyna Wojno z synem Jerzym - sierpień 2019 r. Tomasz Chudzyński
Życie Lucyny Wojno z Sopotu jest naznaczone. Szybko stała się sierotą, przeżyła - będąc sanitariuszką - walki we wrześniu 1939 r., niewolę sowiecką, niemieckie aresztowanie i brutalne przesłuchanie, grozę niemieckich obozów koncentracyjnych. Dziś ma 101 lat i bez wątpienia jest jedną z najstarszych, żyjących byłych więźniarek niemieckiego obozu zagłady KL Auschwitz. - Chciałbym, żeby starość mojej mamy była lepsza, by doczekała się uhonorowania - mówi Jerzy Wojno, syn pani Lucyny.

Papier jest pożółkły, rozdarty, pismo kopiowym ołówkiem bladoniebieskie, wyblakłe. Tekst jest napisany po niemiecku. Wyraźna jest za to pieczęć o złowrogim brzmieniu - Konzentrationslager Auschwitz i adnotacja Der Lagerkommandant oraz pocztowy znaczek z Hitlerem. To przetłumaczony list, jaki Lucyna Wojno napisała do rodziny z obozu koncentracyjnego, ocenzurowany przez Niemców. Jest jeszcze jeden, znacznie mniej sfatygowany dokument - zaświadczenie z 1975 r. wystawione przez Muzeum Auschwitz: „Wojno Lucyna została przywieziona do obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau w dniu 7.5.1943 r. W obozie oznaczona jako więźniarka polityczna Polka - P. Pole”. Do tego ankieta, jaką wypełniali byli więźniowie i dokumenty z Archiwum Arolsena - Międzynarodowego Centrum Prześladowań Nazistowskich (m.in. personalne karty więźniarskie). Owe, nieliczne dokumenty, świadczą o tym, co przeszła licząca 101 lat Lucyna Wojno z Sopotu. Wciąż widoczny jest za to numer na przedramieniu - 44357.

- Ten numer to nam zrobili od razu, jak tylko nas do lagru przywieźli. Pamiętam jak przechodziliśmy przez tę bramę z napisem Arbeit mach frei - mówi Lucyna Wojno. - Czekały już tam dwie więźniarki, one nam te numery wybijały. Kolejno - jednej za drugą.

Czytaj także

Synowski obowiązek
Mieszkanie przy jednej z charakterystycznych dla Sopotu wąskich, urokliwych uliczek nie jest duże. Dwa pokoje, kuchnia w korytarzu. Blisko morze. Lucyna Wojno mieszka w nim od 1949 roku.

- Teraz nie chodzę, bo mnie już nogi bolą. O dwóch kulach się poruszam, niech pan zobaczy, tam stoją - mówi pani Lucyna. - Setka minęła, to co tu gadać... Czas już tam przenieść się... Wszystkich nas ta droga czeka. Miałam sen, Matka Boska (wskazuje na święty obrazek wiszący w pokoju ) w tym śnie mnie po głowie głaskała... Ale jakoś trzeba żyć, do końca.

Jerzy Wojno, syn pani Lucyny, pokazuje historyczne dokumenty mamy. Opiekuje się nią. Codziennie gotuje, pierze, niekiedy wozi ją na wózku na spacery. Syna Lucyna Wojno wychowywała samotnie.

- Chciałbym, żeby starość mojej mamy była jak najlepsza, żeby jej codzienne życie było weselsze, rozświetlone - mówi Jerzy Wojno. - Staram się, to mój synowski obowiązek. Jednak sam mam już 70 lat i wiele z tych codziennych czynności jest dla mnie problemem. Na zdjęciach z początku lat 50 malutki Jerzy z mamą na sopockim Monciaku, w dziecięcym mundurku. Jeszcze młodszy na kolanach Lucyny Wojno przy barierce mola. Stylowe ubranka Jerzemu uszyła mama - zawodowa krawcowa. Maszyna do szycia do dziś stoi zakonserwowana w pokoju malutkiego mieszkania Lucyny Wojno.

- Byłam krawcową, szyłam. Dobrze to robiłam, byłam tego fachu nauczona. Dziś to już nie te ręce - wyznaje starsza pani.

Zapomniani świadkowie

Mniej więcej dekadę temu Muzeum Stutthof w Sztutowie zrealizowało projekt badawczy „Ostatni świadkowie”. Grupa muzealników poszukiwała żyjących jeszcze wówczas byłych więźniów niemieckiego obozu koncentracyjnego KL Stutthof. Chodziło o nagranie wspomnień tych spośród nich, którzy nigdy o swoich przeżyciach historykom nie opowiadali. Projekt zaowocował m.in. wystawą, dokumentalnym filmem. Podobny projekt (Auschwitz - Memento), realizowało Muzeum Auschwitz, jednak do Sopotu jego przedstawiciele nie dotarli.

Czytaj także

Jak się okazuje, takich żyjących, „zapomnianych” świadków historii niemieckich obozów koncentracyjnych z czasów II wojny światowej było wielu. Niektórzy starości dożywali samotnie. Sporo z nich, dopiero u schyłku życia było gotowych dzielić się traumą obozów.

- Mogę przypuszczać, że mama jest w Trójmieście najstarszą żyjącą „Oświęcimianką”. Oczywiście pewności nie mam. Starałem się to ustalić, było jednak trudno - mówi Jerzy Wojno. - Chciałbym, żeby Sopot wiedział, że ma mieszkankę z taką historią. Może w jakiś sposób miasto mogłoby ją uhonorować? Dla mnie jest to bardzo ważne, zwłaszcza, że mama całe swoje powojenne życie związała z Sopotem. Tu mieszka ponad 70 lat, pracowała dla tego miasta. Jest przyzwyczajona do samotności, wiele lat tak żyła. Wydaje mi się jednak, że gdyby ktoś ją codziennie odwiedzał, przywitał się, porozmawiał, może książkę jej poczytał, cieszyłaby się.

Byłym więźniom niemieckich obozów koncentracyjnych, o ile mają nadane uprawnienia kombatanckie (niegdyś przyznawał je tzw. Zbowid, obecnie Urząd ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych) przysługuje comiesięczne wsparcie finansowe w wysokości ok. 400 zł. Do tego wszelkiego rodzaju ulgi, pierwszeństwo w dostępie do lekarzy itp. Julita Turos z Urzędu przyznaje, że oprócz tego osoby z uprawnieniami kombatanckimi mogą wystąpić o dodatkowe wsparcie finansowe (wypłacane jednorazowo bądź okresowo).

- Minister Jan Józef Kasprzyk (szef Urzędu jest w randze ministra -red.) rozpatruje takie wnioski pozytywnie, bo po to te pieniądze są, by pomóc kombatantom - podkreśla Julita Turos. - Każdy kombatant może liczyć na wsparcie, także mieszkanka Sopotu - mówi Barbara Hejcz, pełnomocnik wojewody pomorskiego ds. kombatantów i osób represjonowanych. - Postaramy się znaleźć rozwiązanie problemów.

Czytaj także

Muzeum Auschwitz prowadzi biuro ds. byłych więźniów. Pracownicy biura sporządzają relacje i ankiety wśród więźniów oraz tworzą, w oparciu o archiwa, kartoteki z nazwiskami deportowanych do obozu . Udzielają także pomocy byłym więźniom i członkom ich rodzin przybywającym do Muzeum. Zapytaliśmy w biurze, czy Lucyna Wojno jest w gronie najstarszych, żyjących więźniów KL Auschwitz. Jego pracownicy obiecali to sprawdzić. Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej w Sopocie jest w stanie objąć Lucynę Wojno całkowicie bezkosztowym programem wolontariatu sąsiedzkiego (zaangażowani mieszkańcy odwiedzają seniorów w ich domach), o ile wyrazi ona na to zgodę.

- Muzeum Sopotu realizuje projekt pn. „Sopocianie”, swoistą encyklopedię mieszkańców, z notacjami ich historii, nagraniami, fotografiami pamiątek. Pani Lucyna Wojno zdecydowanie powinna się w niej znaleźć - mówi Magdalena Czarzyńska-Jachim, rzecznik sopockiego urzędu, gdy pytamy o byłą więźniarkę.

Strach i szczęście
Kolejny dokument - ankieta danych dotyczących byłego więźnia obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birenau, który osobiście wypełniła w 1975 roku Lucyna Wojno. „Urodzona w miejscowości Wojny w województwie białostockim. Miejsce zamieszkania przed aresztowaniem: ul. Bończa w Warszawie. Aresztowana w lutym 1943 r. w Warszawie, przy ul. Hożej 15, pod zarzutem przynależności do organizacji AK. Po aresztowaniu przewieziona na ulicę Skaryszewską w Warszawie (mieścił się tam obóz przejściowy dla więźniów, zwany Dulagiem Skaryszewska. Dziś znajduje się w tym budynku izba pamięci -red.). Po dwutygodniowym pobycie przewieziona do Oświęcimia. Numer obozowy 44357. Cały czas przebywała w komandzie 19 (kopanie rowów). Szefem był niejaki Jozef Skrobanek - Niemiec (w dokumencie narodowość ta jest napisana małą literą - red.) pochodzenia czeskiego. Aufzierkami (więźniarkami - nadzorczyniami, z niem. aufseherin) były Niemki - Rut i Ania - nosiły czarne winkle (w slangu obozowym winklem określano trójkąt z materiału oznaczający kategorię więźnia. Był naszywany wraz z numerem obozowym na pasiaku. Czarny nosili więźniowie tzw. aspołeczni, oskarżeni o sutenerstwo, prostytucję, narkomanię, alkoholizm, a także osoby bezdomne. Więźniowie polityczni nosili winkle czerwone -red). W rubryce Dokumenty oryginalne lub wspomnienia związane z obozem Lucyna Wojno wpisała: „List z obozu pisany do siostry w Warszawie, który załączam”.

- Okupacja niemiecka... Cóż, żyło się pod rygorem - mówi była więźniarka, tłumiąc gniew. - Niemcy potrafili ludzi z ulicy zabrać i wywieźć do lagru. Tak samo i ze mną było. Zabrali mnie do Oświęcimia. W „Auschwitzu” miałam szczęście. Lubiły mnie Niemki - strażniczki. Pracowałam przy kopaniu rowów, na polu. Umiałam to robić. Ta jedna strażniczka widziała, że potrafię pracować, chyba mnie nawet szanowała. Wychodziliśmy rano, wracaliśmy do baraków wieczorem. Do jedzenia była wodnista zupa. Codziennie żyliśmy w strachu, bo pięć kominów krematorium stale dymiło... A pociągi, wciąż przywoziły ludzi, prosto „do kominów”. Młodych, zdrowych, dzieci... Pamiętam starszego mężczyznę - gdy go zabierali na śmierć, klęczał, z wyciągniętymi rękami do modlitwy. Ciężko było.

Lucyna Wojno w obozie kilkakrotnie zajrzała w oczy śmierci. Wszechobecne zagrożenie uosabiali ss-mani z obozowej kadry strażniczej. KL Auschwitz - Birkenau, od kwietnia 1940 roku do listopada 1943 r, szefował komendant Rudolf Hoess, brutalny sadysta, nierzadko osobiście znęcający się nad więźniami. Ten uważany za największego mordercę w dziejach świata człowiek został po wojnie schwytany i w 1947 roku skazany na śmierć przez Najwyższy Trybunał Narodowy w Warszawie . Został powieszony na terenie byłego obozu Auschwitz-Birkenau. Szubienica, na której dokonano egzekucji, jest częścią muzealnej ekspozycji.

- Ten Hoess to był bydlak - wspomina spotkanie z komendantem Lucyna Wojno. - Stałyśmy na apelu, starsza kobieta, trzymała rękę w kieszeni. On przechodził, zobaczył to. Strasznie ją skatował. Myśmy poszły w pole, a ona na placu apelowym została. Nie ruszała się...

Ankieta z 1975 r.: „Pod koniec 1944 roku przewieziona do obozu Ravensbruck. Tu nr obozowy: 46283. Skierowana do fabryk amunicyjnych w Saksonii. Ewakuacja 12 kwietnia 1945 r. Wyprowadzono nas i zostawiono w polu, około 1000 „Oświęcimianek”. 13 kwietnia oswobodzona przez wojska amerykańskie”.

- Gdy byłam jeszcze w Auschwitz, Niemcy z fabryki zbrojeniowej w Altenburgu zażądali pracowników - wspomina Lucyna Wojno. - Mnie również do niej skierowali. Pracowałam przy produkcji amunicji, przy gilzach (łuskach - red.). W Ravensbruck byłam krótko, i Bogu dzięki. W tym obozie robili eksperymenty na ludziach. Wolność nas zaskoczyła, nikt się nie spodziewał, że nadejdzie, że zostaniemy wyzwolone. Uwolnili nas, całą grupę Polek, żołnierze amerykańscy.

Była więźniarka, w gorzkich słowach, których nikt nie ma prawa oceniać, rozprawia się z traumą obozów.
- Moje zdanie jest takie: Za to co zrobili w obozach Niemcy, całe to państwo i ludzie, powinni zniknąć. Owszem, mam znajomych z Niemiec, mili są, mówią, że są przeciwni hitleryzmowi, że sprzeciwiają się temu, co wyrządzili w czasie wojny. Ale ja zdania nie zmienię - mówi Lucyna Wojno.

Spokojne życie

- Po oswobodzeniu wróciłam do Polski, do Warszawy. Ciocia, która mnie wychowywała, otworzyła drzwi i mnie nie poznała po tych kilku latach w „lagrach” - mówi Lucyna Wojno. - Potem okazało się, że rodzina nie mogła mnie przyjąć, a całe miasto było w gruzach. Szukałam mieszkania, trafiłam na Wybrzeże, do „Sopot”. Szłam ulicą, chciało mi się pić. Wstąpiłam do kiosku, zaczęłam rozmawiać ze sprzedawczynią. Okazało się, że ona też jest z Warszawy, tak jak ja. Skierowała mnie do pewnej pani, która się mną zaopiekowała. Dostałam mieszkanie, pracę.

Życie nie rozpieszczało Lucyny Wojno.
- Ojciec umarł, gdy byłam malutka. W agonii trzymał mnie na swoich piersiach. Mama odeszła, gdy miałam dwa latka. Waliłam pięścią w drzwi, za którymi leżała martwa i ją wołałam... - wyznaje. - Przed wojną służyłam w Wojsku Polskim, w Pułku Lwowskim jako sanitariuszka. Przejęli nas (po klęsce we wrześniu 1939 r. -red.) Rosjanie. Ogłosili, że jak ktoś ma rodzinę po niemieckiej stronie, to wypuszczą. Przyłączyłam się do pewnych państwa, którzy do niemieckiej strefy jechali. Wróciłam do Warszawy, już pod koniec 1939 r. Potem były obozy. Jakoś to przeżyłam, Bogu dzięki. Dziś mam swój kąt, syn się mną opiekuje. Biedy nie klepiemy, emeryturę dostaję. Mam swoje lata, ale czuję się dość dobrze. Mam apetyt, śpię. Doczekałam się spokojnego życia.

80 rocznica wybuchu II wojny światowej. Obozowy numer 44357....

POLECAMY w SERWISIE DZIENNIKBALTYCKI.PL:

polecane: FLESZ: Zmiana w logowaniu na konto. Uwaga na oszustów.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie