75. urodziny "Dziennika Bałtyckiego". Redakcja nad „Delicjami” i zawikłane losy ludzi pierwszego zespołu naszej gazety

Dorota Abramowicz
Dorota Abramowicz
Przed 75 laty, 19 maja 1945 r. wydano w Gdyni pierwszy numer „Dziennika Bałtyckiego”. Dzięki rodzinom pierwszego redaktora naczelnego Bolesława Święcickiego i ówczesnej fotoreporterki Ludgardy Thrun-Skelnik dotarliśmy do unikatowych zdjęć, rysunków i dokumentów z pionierskich czasów gazety

Wnuk pierwszego redaktora naczelnego wychował się w mieszkaniu, gdzie roczniki przedwojennego „Kuriera Wileńskiego” i powojennego „Dziennika Bałtyckiego” były traktowane jak świętość. Syn Ludgardy Thrun dopiero jako dorosły mężczyzna zobaczył wydaną w 1945 roku legitymację mamy - fotoreporterki „Dziennika”.

19 maja 2020 mija 75 lat od wydania pierwszego numeru „Dziennika Bałtyckiego”. W 1945 roku za jedną złotówkę można było przeczytać w nim anonsowaną dużym tytułem informację o powrocie Polski na morze, zapowiedź, że to Niemcy oczyszczą Europę z gruzów i wieści o delegalizacji partii hitlerowskiej w Austrii. Pierwsze numery wydawał w Gdyni zespół kierowany przez łódzkiego ... ginekologa, dr. Anatola Mikułko, pracowali w nim m.in. Tadeusz Ulanowski, Maria Mikulska, później Truskolaska i Mirosława Żelawska, po mężu Walicka.

Na początku lipca pojawił się w Trójmieście 44-letni Bolesław Wit Święcicki, pierwszy mianowany oficjalnie redaktor naczelny „Dziennika Bałtyckiego”, tuż przed wojną zastępca redaktora naczelnego „Kuriera Wileńskiego”. W połowie października Delegatura Gdańska „Czytelnika”, wydawca pierwszego powojennego dziennika na Pomorzu wydała 24-letniej Ludgardzie Thrun legitymację fotoreportera.

Redaktor

- Dziadek zmarł, gdy miałem 15 lat - mówi Tytus Święcicki, wnuk Bolesława i syn Wojciecha, dziennikarza „Wieczoru Wybrzeża”. - W rodzinie zawsze mówiło się, że dziadek był pierwszym redaktorem naczelnym „Dziennika Bałtyckiego”.

Bolesław Wit-Święcicki już jako student związał się z dziennikarstwem. Od 1923 roku pracował w prasie wileńskiej, w czasie wojny był współpracownikiem organu Okręgu Wileńskiego Armii Krajowej „Niepodległość”.

- Z rodzinnych opowieści wiem, że podczas okupacji dziadek co rusz musiał się ukrywać - opowiada wnuk Bolesława. - Gdy 17 września 1939 r. Rosjanie weszli do Wilna, był, jako znany redaktor, na ich liście. Po wkroczeniu Niemców w 1941 r. też musiał się ukrywać , bo był na liście niemieckiej. Kiedy Rosjanie ponownie weszli do Wilna, dziadek już się nie ukrywał. I tak został aresztowany. Przesiedział pięć miesięcy w więzieniu w Łukiszkach. Pod koniec ważył niespełna pięćdziesiąt kilogramów.

Życie Święcickiemu uratował przedwojenny kolega, Jerzy Borejsza, po wojnie wpływowy działacz komunistyczny zakładający Spółdzielnię Wydawniczą „Czytelnik”. Wyciągnął dziennikarza z sowieckiego więzienia (ponoć późniejszy naczelny „Dziennika” wyglądał jak żywy kościotrup) i wysłał na początku lipca 1945 r. do Gdyni. Kilka dni później Wit Święcicki został mianowany redaktorem naczelnym pierwszej pomorskiej gazety codziennej.

Jak pisze Małgorzata Sokołowska w przygotowywanej właśnie do druku książce „Zebrała się w Gdyni klika. Lata 1945-1947 (od płk. Siergiejenki do sfałszowanych wyborów)” już na początku maja „ekipa, pod dowództwem mjr Romana Zagórskiego, z przedstawicielem centrali „Czytelnika” do spraw poligraficznych Czesławem Kuleszą upatrzyła sobie przedwojenną Drukarnię „Express” Franciszka Petrymusza przy ul. Mściwoja 7(...). Po ustaniu okupacji drukarnia stała się miejscem, gdzie zostały wydrukowane pierwsze numery „Dziennika Bałtyckiego”. W roku 1948 drukarnia została upaństwowiona z rażącym naruszeniem prawa i przekazana w użytkowanie Gdańskim Zakładom Graficznym 1. (...) Na mieszkania dla redaktorów przeznaczono czteropiętrową kamienicę przy ul. 10 Lutego 27. Zarząd Miejski budynki te, choć miały przedwojennych właścicieli, ochoczo spółdzielni przydzielił.”

- To budynek, gdzie do dziś są „Delicje” - mówi Tytus Święcicki. - W tym samym domu mieszkała połowa składu dziennikarskiego redakcji „Dziennika Bałtyckiego”, w tym dziadkowie. Pamiętam, że Ryszarda Thoma mieszkała na pierwszym piętrze pod nami. Na naszym piętrze było mieszkanie dyrektora delegatury „Czytelnika” Mariana Gregorka. Mieszkał tu też red. Witold Kiszkis, kuzyn znanego aktora.

Jedna z pierwszych dziennikarek DB, Maria Truskolaska opowiedziała w 2002 r. red. Tadeuszowi Woźniakowi o wspólnym mieszkaniu w „dziennikarskiej kamienicy”, gdzie zajmowała jeden lokal z rodziną Święcickich. I choć było im ciasno - pani Maria gnieździła się w jednym pokoju z mężem, matką i dzieckiem - nikt nie narzekał na warunki.

- Przez kilka pierwszych miesięcy wydawania ,Dziennika Bałtyckiego”, w dwóch pokojach na I piętrze po lewej stronie mieściła się redakcja - wspominała dziennikarka. -A potem w końcu lat 40 i 50 budynek przy ul. 10 Lutego 27 zamieniony został w dziennikarski „Hotelowiec”, gdzie na wspólnych korytarzach, we wspólnych kuchniach spotykało się dobrze znajome twarze, i wszyscy żyli niczym jedna wielka dziennikarska rodzina.

Fotoreporterka

Ludgarda (imię dostała na cześć żony Przemysła II) Thrun urodziła się w 1921 r. pod Skarszewami, w rodzinie zasłużonej w walce o polskość. Jej dziadek, Augustyn Przybielski, prezes Banku Ludowego w Skarszewach, był przywódcą lokalnej polskiej społeczności w walce z Hakatą.

Miała 14 lat, gdy przyjechała do Gdyni. Siedemnaście, gdy zaczęła się wojna.

- Mama w czasie wojny była silnie zaangażowana w podziemnym ruchu oporu - mówi Julian Skelnik, syn zmarłej przed dwoma laty Ludgardy. - Współpracowała ze swoim kuzynem Janem Belau, oficerem wywiadu Inspektoratu AK „Wybrzeże” i dowódcą samodzielnego ośrodka dywersyjno-wywiadowczego Armii Krajowej.

Dziewięć lat starszy od Ludgardy Belau to wyjątkowa postać. Organizował i brał udział w słynnych akcjach zbrojnych i wywiadowczych w Gdyni.

Osobiście kierował też nieudanym zamachem na na zbrodniarza wojennego, Obersturmführera SS Otto Rascha w 1943 r. Lęborku. Organizował przerzuty ludzi do Szwecji. Wydany przez konfidenta Gestapo został rozstrzelany we wrześniu 1944 r.

Jego młodsza kuzynka brała, między innymi, czynny udział w ratowaniu więźniów obozu Stutthof z Marszu Śmierci i akcji Tajnego Hufca Harcerzy w Gdyni o kryptonimie „B2”, polegającej na zbieraniu informacji na temat rozmieszczenia niemieckiego uzbrojenia oraz umocnień. - Podczas tej ostatniej akcji mama współpracowała z Joachimem Joachimczykiem - opowiada Julian Skelnik. - Była bardzo aktywna zwiadowczynią, świetnie znała niemiecki, więc zagadywała żołnierzy. Wtedy też nauczyła się robić zdjęcia.

Nigdy nie została aresztowana.

Jak po wojnie została fotoreporterką?

- Unikała tematu - mówi syn.- Bliżej opowiedziała o tym etapie swego życia, gdy byłem już dorosły. Wiem, że była to jej pierwsza praca po okupacji.

Jasnowłosa kobieta zgłosiła się do „Czytelnika” i dostała legitymację podpisaną przez Mariana Gregorka.

Już jako starsza pani Ludgarda Skelnik opowiadała synowi, że jeździła z redaktorem pociągiem i samochodem po okolicy. Z nazwisk wymieniała tylko Wincentego Kraśkę, późniejszego komunistycznego dygnitarza. Była na Helu po jego zdobyciu, fotografowała ślady walk, pozostałości po Niemcach. Uwieczniła jakąś uroczystość harcerską w Pucku. Jeździła na Żuławy

Zachowały się zdjęcia z tamtych czasów. Z uroczystości z okazji wydania setnego numeru „Dziennika Bałtyckiego”. Na schodach przy wejściu do redakcji.

Po niespełna roku Ludgarda odeszła z redakcji. Przestała się jej podobać praca w komunistycznej propagandzie. Wyjechała do Szczecina. Tam poznała męża, kapitana Leona Skelnika.Ale to już temat na inne opowiadanie.

Od deski do deski

Bolesław Wit Święcicki przestał być redaktorem naczelnym „Dziennika” mniej więcej w tym samym czasie - 4 września 1946 r. Dwa lata później jako redaktor techniczny trafił do „Głosu Wybrzeża”. Potem został publicystą i krytykiem kulturalnym. W 1966 r. przeszedł na emeryturę. Współpracował z powojennymi władzami, w 1951 r. został prezesem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

- Dziadek był działaczem Stronnictwa Demokratycznego, ojciec należał do PZPR. Na tematy polityczne w domu, prawdopodobnie wskutek starań mojej babci, nie rozmawiano - wspomina Tytus Święcicki. - Jak go jeszcze pamiętam? Był człowiekiem ciekawym i ujmującym. Szarmanckim wobec kobiet Zagadał, w rączkę pocałował. Po śmierci dziadka, 4 stycznia 1976 roku przez wiele lat jego pokój był nie do ruszenia. Były tam całe przedwojenne roczniki „Kuriera Wileńskiego” i duża część roczników „Dziennika Bałtyckiego”. Ojciec prawdopodobnie przekazał je albo do muzeum, albo na Wydział Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego.

- I jeszcze jedno - dodaje wnuk - Dziadek regularnie, do końca życia czytał „Dziennik Bałtycki”.

75. urodziny "Dziennika Bałtyckiego". Redakcja nad „Delicjam...

Rząd znosi kolejne ograniczenia.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie