63 dni dla Warszawy, życie dla Polski. Historia pani Elżbiety Tatarkiewicz-Skrzyńskiej i pana Janusza Preyssa

Krzysztof Maria Załuski
Krzysztof Maria Załuski
Elżbieta Tatarkiewicz-Skrzyńska i Janusz Preyss. Dziś oboje mają grubo ponad dziewięćdziesiątkę, ale gdyby mieli jeszcze raz walczyć o wolność ojczyzny, nie zawahaliby się ani przez moment
Elżbieta Tatarkiewicz-Skrzyńska i Janusz Preyss. Dziś oboje mają grubo ponad dziewięćdziesiątkę, ale gdyby mieli jeszcze raz walczyć o wolność ojczyzny, nie zawahaliby się ani przez moment Fot. Krzysztof M. Załuski
Udostępnij:
Każdy człowiek ma podobno swoje pięć minut chwały. To moment, w którym można zostać albo bohaterem, albo… nikim. Te pięć minut w przypadku pani Elżbiety Tatarkiewicz-Skrzyńskiej i pana Janusza Preyssa trwało aż 63 dni. Dziś oboje mają grubo ponad dziewięćdziesiątkę, ale gdyby mieli jeszcze raz walczyć o wolność ojczyzny, nie zawahaliby się ani przez moment.

O ludzkim losie często decyduje zbieg okoliczności, albo przypadkowy impuls. W długim życiu pani Elżbiety i pana Janusza tych nieoczekiwanych splotów wydarzeń było sporo, jednak decyzję o przystąpieniu do konspiracji i udziału w Powstaniu Warszawskim podjęli całkiem świadomie. Jedynym powodem był patriotyzm, rozumiany jako wewnętrzny nakaz walki o wolność.

Szlachectwo zobowiązuje

Elżbieta Skrzyńska de domo Tatarkiewicz, urodziła się w Warszawie w 1924 roku. Jej dziadkiem, od strony matki był Teodor Krąkowski herbu Trąby, właściciel podwarszawskiego majątku Żaby. Ojcem Jan Tatarkiewicz, adwokat, młodszy brat jednego z najsłynniejszych polskich filozofów, Władysława Tatarkiewicza.

Janusz Preyss również pochodzi z warstwy ziemiańskiej. Rodzinnym gniazdem Preyssów był majątek Kościelna Wieś, leżący na Kujawach, herbem – Nabram, zwany także Waldorffem. Pan Janusz w Toruniu urodził się w zasadzie przypadkiem, bo akurat w maju 1928 jego rodzice tam właśnie mieszkali. Jego ojciec był działaczem Gdańskiej Polonii, zaś kuzyn Jerzy Preyss - znany jako Jerzy Waldorff – już po wojnie zasłynął jako meloman, recenzent muzyczny, restaurator Powązek oraz piewca szlacheckiej Polski. Oboje więc troskę o polskość mieli niejako zakodowaną w genach.

- Wierność Polsce, szacunek do symboli narodowych i języka, to wszystko nie wzięło się z niczego – mówi pani Elżbieta. – W naszym domu czytano na głos „Trylogię”. Ojciec grał na fortepianie Chopina. Nikt nie musiał zastanawiać się, czym jest patriotyzm. Czy jest naszym obowiązkiem. Po prostu mnie i moją młodszą siostrę Jankę wychowano w kulcie tożsamości narodowej.

- Tak… Patriotyzm, powinność wobec ojczyzny i odpowiedzialność za jej los wynieśliśmy z domu, ze szkoły, z harcerstwa. Konspiracja i walka w Powstaniu nie była dla nas przedmiotem wyboru. Była naturalną potrzebą i oczywistym obowiązkiem – dodaje pan Janusz. – Do Powstania szliśmy w imię najwyższej wartości, jaką jest wolność.

Rowerem na wojnę

1 sierpnia 1944 roku Janusz Preyss jechał tramwajem w stronę Śródmieścia, z Mokotowa, gdzie mieszkał. Dwa miesiące wcześniej skończył 16 lat. Dziś, po 77 latach, nie pamięta o czym wtedy myślał. Może patrzył po prostu w okno, na ulice zalane skwarem. Nagle ktoś klepnął go w ramię i szepnął do ucha, że ma się stawić na Chmielną 61, bo się zaczyna… Wrócił jeszcze na chwilę do domu, pożegnać się i zabrać najpotrzebniejsze rzeczy. Kilka godzin później wybiła „Godzina W” i rozległy się pierwsze strzały. Od tej chwili ryk armat, detonacje bomb, świst kul, wycie nurkujących samolotów i zgrzyt czołgów przerywały jedynie krzyki konających i płacz tych, którzy jeszcze żyli.

Tego samego dnia około południa pod domem Elżbiety Tatarkiewicz zatrzymał się Jerzy Bogdanowicz ps. „Hercum”. 20-letnia wówczas, filigranowa szatynka ucałowała matkę w dłoń. Żegnając się, powiedziała: „Idę do Powstania”. „Hercum” zawiózł ją na ramie rowerowej na Chmielną 61, do Zakładów Graficznych Braci Wierzbickich, które przez kolejne 63 dni były ich powstańczą redutą.

Janusz Preyss w konspiracji miał trzy pseudonimy: „Klon”, „Wierch” i „Kowalski”. Po wybuchu Powstania używał tylko tego ostatniego. Elżbietę Tatarkiewicz od momentu wstąpienia do Armii Krajowej nazywali „Żabska”. Teraz obydwoje został przydzieleni do II Harcerskiej Baterii Artylerii Przeciwlotniczej „Żbik” w IV zgrupowaniu „Gurt”, w III Rejonie Warszawa, Śródmieście Północ. Pan Janusz został kanonierem w I plutonie. Pani Elżbieta sanitariuszką. Tu właśnie się poznali.

- Naszym zadaniem było przejęcie i obsługa niemieckich działek przeciwlotniczych ustawionych na dworcu Warszawa Główna – wspomina pan Janusz. - Tego punktu nie udało nam się jednak nigdy zdobyć. Nasz budynek na Chmielnej znajdował się pod niemieckim ostrzałem praktycznie non stop. Z 70 osób, które tworzyły oddział w chwili wybuchu Powstania, zginęło 17.

- Przed 1 sierpnia roznosiłam po mieście biuletyny – mówi pani Elżbieta. - Dostawałam dwieście sztuk, czasem czterysta. Do domu wracałam z jednym egzemplarzem, dla siebie. Któregoś dnia znalazła je moja mama. „Elu, jak ty się narażasz…”, ale to było wszystko, co od niej usłyszałam. Pewnie wtedy jeszcze nie przyszło jej do głowy, że wkrótce razem z Janką znajdziemy się na pierwszej linii frontu. Że w ciągu dwóch miesięcy zginie 150 tysięcy cywilów i 16 tysięcy żołnierzy Armii Krajowej. Że Rosjanie będą bezczynnie stali na Pradze. Że pomoc dla Warszawy nie nadejdzie i miasto przestanie istnieć. Żadna z nas tego nie wiedziała. Wiedziałyśmy natomiast, że po tym, jak 28 lipca gubernator warszawskiego dystryktu Ludwig Fischer wezwał 120 tysięcy młodych ludzi do budowania okopów, Powstanie będzie musiało wybuchnąć. I wybuchło. To był najpiękniejszy dzień w moim życiu. Proszę sobie wyobrazić setki polskich flag, w oknach, na barykadach, wszędzie. Poczuliśmy się przez moment jakby Polska znowu była wolna.

I tylko ta upiorna cisza

Jest sobota, 2 października 2021 roku. Dokładnie 77 lat po kapitulacji Warszawy. Siedzimy we troje w suterynie przy sopockiej ulicy Czyżewskiego 13. Mieści się tutaj Okręg Pomorski Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej. Popijam herbatę, gorzką, bez cukru, bo o taką poprosiłem. Na stole leży dyktafon i jakieś ciasteczka. Pan Janusz streszcza przebieg akcji dywersyjnej, w wyniku której przerwane zostały tory kolejowe wzdłuż Alei Jerozolimskich. Opowiada o braku karabinów, amunicji i chałupniczej produkcji granatów – tak zwanych „sidolówek”. Wspomina sowieckie zrzuty w workach bez spadochronów, które nawet jeżeli trafiały do powstańców, były w takim stanie, że broń nadawała się na złom. Mówi też o głodzie i nadziei na pomoc zachodnich aliantów. Wreszcie o kapitulacji, o jakimś Szwabie, który odbierał defiladę pokonanych, stojąc w rozkroku na pancerzu „tygrysa” i o ostatecznym wypędzeniu z miasta. Na koniec wspomina niewolniczą pracę w stalagach, internowanie w Szwajcarii, przerzut do Francji i powrót do Polski, prosto do aresztu.

Pani Elżbieta nie chce już rozmawiać o Powstaniu. O jego sensie, o skutkach.

- Wszystko już zostało napisane. Koniecznie chce pan o tym jeszcze raz usłyszeć? – pyta. – Po 63 dniach koszmaru nagle nastała cisza. Nienaturalna, przerażająca wręcz, upiorna cisza. Straciliśmy wszystko. Przyjaciół, sąsiadów. Wszystko prócz honoru…

- Myślę, że Powstanie było potrzebne – pan Janusz ratuje sytuację. - Po tym, co Sowieci zrobili z AK we Lwowie i w Wilnie, było wiadomo, że i nas wymordują. Samo miasto też zostałoby zniszczone, jak Wrocław albo Gdańsk. Niemcy nie oddaliby Warszawy bez walki. Dlatego, mimo ogromnych strat, akcja powstańcza była słuszna. Uświadomiła późniejszym pokoleniom sens walki o odrodzenie Polski.

Nie zostawiamy swoich

Pierwsze lata komunistycznej dominacji były najtrudniejsze. Stalinowskie represje dotykały szczególnie przedwojenną inteligencję – ziemiaństwo, przemysłowców, właścicieli nieruchomości, duchowieństwo, wszystkich, których nowa władza uznała za „wrogów ludu”. Znacjonalizowane zostały majątki ziemskie, fabryki, kamienice, lasy, młyny, tartaki, pensjonaty, a nawet prywatne sklepy.

Praktycznie wszystko, co miało jakąkolwiek wartość, przeszło na własność skarbu państwa. Właściciele przejmowanych dóbr trafiali do więzień, obozów pracy, często tracili życie. Mordowani byli żołnierze Armii Krajowej i antykomunistycznego podziemia. Ludziom obciążonych „burżuazyjnym pochodzeniem” uniemożliwiano wykonywanie pracy. Ich dzieciom zabraniano wstępu na wyższe uczelnie. Powszechnym stało się ukrywanie konspiracyjnej przeszłości.

- Wojna zabrała nam wszystko, dorobek pokoleń, dom. Ale nigdy tego nie żałowałam. Uważam, że skoro przeżyłam, skoro przeżyli moi najbliżsi, to jest dar, za który powinnam być wdzięczna – mówi pani Elżbieta. – Dopiero po roku 1989 przestaliśmy ukrywać, że byliśmy powstańcami. Państwo zaczęło o nas dbać. Wybudowano Muzeum Powstania Warszawskiego. Władze Warszawy wsparły nas finansowo. Kilka lat temu zarząd gdyńskiego portu zapowiedział, że upamiętnienie Powstania Warszawskiego nie skończy się na uroczystościach rocznicowych. Że o nas nie zapomną… I rzeczywiście, zwłaszcza w okresie pandemii, otoczono nas opieką. Wolontariusze dostarczali nam do domów niezbędne artykuły, zakupy i ciepłe posiłki. Jesteśmy za to bardzo wdzięczni.

W pomoc członkom Światowego Związku Armii Krajowej i uczestnikom Powstania Warszawskiego zaangażował się nie tylko Port Gdynia. Do akcji „Dzielmy się dobrem” dołączyło wiele innych trójmiejskich firm, m.in. Grupa Lotos, korporacja budowlana Doraco i Invest Komfort.

Jackiewicz stawia warunki MMA VIP - zajawka

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie