5430 kilometrów wzdłuż Andów i wszerz pampy. We dwóch samochodem objechali Argentynę

Ireneusz Gębski
Pomysł samochodowego objazdu Argentyny wyszedł od znanego, nie tylko w Gdańsku, podróżnika Wojciecha Dąbrowskiego. To była nasza trzecia wspólna podróż, w tym druga samochodowa. Poprzednio byliśmy razem w Tadżykistanie i Kirgistanie. Opłynęliśmy też wspólnie Wyspy Brytyjskie.

Podczas lądowania na lotnisku Ezeiza z pewnym zaskoczeniem stwierdziłem, że w Argentynie, podobnie jak w Polsce, pasażerowie klaszczą po wylądowaniu. Z hali przylotów w terminalu A udałem się do terminalu C, bo właśnie z tego ostatniego miałem odbyć lot do Cordoby. Podczas kontroli bagażu wypatroszono mi plecak, bo skaner pokazywał jakieś długie kostki, a to były... zwykłe czekoladki w kartonach.

W Cordobie czekałem na lotnisku przez ponad trzy godziny na przylot Wojciecha Dąbrowskiego. Po drobnych perturbacjach udało nam się odnaleźć wypożyczalnię samochodów, w której mieliśmy opłacony wynajem Renault Logan, naszego głównego środka lokomocji podczas tej wyprawy.

Do miejsca pierwszego noclegu było tylko 45 kilometrów, ale w mieście trwały jednak remonty dróg, czego nawigacja z Map Google nie przewidziała. W efekcie trochę pobłądziliśmy, wjeżdżając nawet raz w ulicę jednokierunkową. Nawiasem mówiąc nie było tam znanych u nas znaków zakazu wjazdu. Kierunek jazdy wyznaczają strzałki umieszczone na tabliczkach z nazwami ulic.

***

5 grudnia rozpoczęliśmy właściwy objazd Argentyny. Trasa tego etapu liczyła 643 kilometry. Droga z początku była kręta i wiodła przez górzyste okolice. Ruch dość spory, a krajobraz pustynny. Za to od Dolores aż do San Luis szosa prosta jak strzała i równa jak stół. Momentami jadę 140 km/h. Podczas rutynowej kontroli policji widzę zdziwienie na twarzy młodego funkcjonariusza na widok polskiego prawa jazdy.

Droga nr 40, bardziej znana jako Ruta, ciągnie się na przestrzeni ponad pięciu tysięcy kilometrów i niemal na całej długości przebiega wzdłuż Andów.
Droga nr 40, bardziej znana jako Ruta, ciągnie się na przestrzeni ponad pięciu tysięcy kilometrów i niemal na całej długości przebiega wzdłuż Andów. Widoki zapierają dech w piersiach
fot. Ireneusz Gębski

W San Luis oglądamy katedrę, plac Niepodległości z wszechobecnym - jak się później okazało - w argentyńskich miastach pomnikiem bohatera narodowego generała Jose de San Martina oraz kościół San Domingo. Odwiedzamy także Carrefoura. Najtańsze wino Michel Torino kosztuje tutaj 59 pesos, czyli niespełna dolara za butelkę, a półtoralitrowa butelka coli 88 pesos.

***

Popołudnie jest upalne. Do Mendozy mamy około 240 km. Po drodze liczne winnice. Od czasu do czasu trafiamy na punkty poboru opłat. W jednym przypadku wzięli od nas dolara, w innym przymknęli oko i przepuścili za darmo. Jednakże za trzecim razem nie było zmiłuj się. Nie masz pesos - nie przejedziesz! Trzeba było więc wycofać auto i szukać kogoś, kto zgodziłby się sprzedać trochę pesos. Ostatecznie kupiliśmy je od szefa tego punktu poboru opłat.

Do Mendozy docieramy tuż przed wieczorem. Meldujemy się w naszym hostelu i niemal natychmiast idziemy na spacer. Przede wszystkim w poszukiwaniu punktu wymiany walut. Po kilkukrotnym zasięganiu języka znajdujemy stosowną instytucję. Pobieramy numerek i czekamy w kolejce. Sama wymiana waluty wiąże się ze sporą biurokracją. Trzeba dać paszport do przeskanowania i podpisać odpowiednie formularze. Wreszcie następuje moment wymiany: za 200 dolarów dostaję 12 000 pesos!

***

Rano, po zatankowaniu naszego Logana (44,56 litrów za 2450 pesos) wjeżdżamy na drogę nr 40. Ta słynna trasa widokowa, zwana też Ruta, ciągnie się na przestrzeni ponad pięciu tysięcy kilometrów. My zamierzamy dotrzeć tego dnia do Chos Malal. Mamy więc do przejechania 655 kilometrów.

Droga jest niemal pusta. Po prawej stronie widzimy niekończący się łańcuch Andów, po lewej zaś rozległe pustkowia. Od mostu nad Rio Grande, gdzieś w okolicy Bardas Blancas, niespodziewanie natykamy się na drogę pozbawioną asfaltu. Nie wiemy jeszcze wtedy, że przed nami będzie znacznie więcej odcinków pokrytych szutrem. Tym razem jechaliśmy po chroboczącej i kurzącej się nawierzchni przez około 110 km. W kabinie momentalnie pojawiła się warstwa pyłu. Podobnie zresztą w bagażniku, nie mówiąc już o karoserii auta.

W Cordobie - niemiła niespodzianka. Poprze-dni właściciele wypro-wadzili się do Brazylii, a nowi nic nie wiedzą o żadnej rezerwacji

***

Następnego dnia rano udajemy się na punkt widokowy Torreon. Spod białej wieży roztacza się widok na meandry rzeki Curi Leuvu i na okoliczne wzgórza.

Chos Malal, chociaż to stolica departamentu w prowincji Neuquen, jest małym miastem. Liczy bowiem zaledwie kilkanaście tysięcy mieszkańców. W miasteczku jest tylko jedna stacja benzynowa. Stoją do niej długie kolejki aut. Nie mieliśmy o tym pojęcia i podjechaliśmy bezpośrednio pod dystrybutor. Natychmiast nam uświadomiono, że mamy czekać w ogonku. Dopiero wtedy zrozumieliśmy, że stojące na ulicy samochody oczekują na możliwość zatankowania paliwa, a nie zwyczajnie parkują.

W Las Lajas zjeżdżamy z Ruta 40 w drogę nr 242. Biegnie ona w stronę granicy z Chile. Teren jest górzysty, a powietrze ostre. Przy drodze pojawiają się żółte krzewy podobne do forsycji. Pojawia się też kłopot ze znalezieniem kwatery. Mapy Google nie mogą odnaleźć adresu, a właściciel nie odbiera telefonu. Po długich poszukiwaniach i rozpytywaniu miejscowych, wjeżdżamy krętymi serpentynami na stromą górę za miastem. Znajdujemy tu mały domek wśród lasu z pełnym wyposażeniem. Jest otwarty. Z okna widać tylko drzewa. W nocy jest niemal idealna cisza. Śpi się świetnie.

***

W niedzielę zrywamy się przed szóstą. W centrum San Martin de los Andes. Zaopatrujemy się w pieczywo, które w Argentynie częściej sprzedaje się na wagę niż na sztuki.

Miasteczko jest bardzo urokliwe. Przyczynia się do tego jego położenie nad jeziorem Lacar i widok na okoliczne szczyty Andów. Jest tu też mnóstwo kwiatów. Budki z jedzeniem rozlokowane w pobliżu plaży są jeszcze zamknięte. Zwracamy uwagę na jedną z przyczep, na której jest wyraźny czerwony napis „Mamusia”. Potem dowiadujemy się, że po wojnie osiadł w tym miasteczku Zbigniew Fularski, harcerz Szarych Szeregów i żołnierz Batalionu „Parasol” AK. Wraz z żoną Anną otworzyli cukiernię „Mamusia”. Cukiernia istnieje do chwili obecnej, a pan Fularski zmarł w wieku 96 lat przed prawie pięciu laty.

***

Za nami już 1800 km.

Jako pierwsze na trasie do San Carlos de Bariloche odwiedzamy jezioro Machonico. W jego tafli odbijają się ośnieżone szczyty, między innymi Mocho, Olvlis i Tres Dientes. Następnie zatrzymujemy się przy punkcie widokowym, z którego obserwujemy oddalony nieco od drogi wodospad Vullignanco. Spływająca z niego woda trafia do krętej rzeczki, która nieco dalej wpada do jeziora Falkner. Nad tym ostatnim też wkrótce się zatrzymujemy. Jest tu ładna piaszczysta plaża, a nieopodal kemping. Turystów jeszcze niewielu, bo grudzień to przecież dopiero początek lata.

Bez przesady można powiedzieć, że widoki są tu bajeczne, wręcz zapierające dech w piersiach. Jeżeli ktoś był na przykład na norweskim archipelagu Lofoty, to wie o czym mówię…

El Condor. Tutaj, w ścianie ogromnego klifu, zamieszkuje  największa na świecie kolonia papug patagonek. Ich liczbę ocenia się na 35 tysięcy par lęg
El Condor. Tutaj, w ścianie ogromnego klifu, zamieszkuje największa na świecie kolonia papug patagonek. Ich liczbę ocenia się na 35 tysięcy par lęgowych
fot. Ireneusz Gębski

Do Bariloche docieramy ok. 16.00 i niemal natychmiast wyruszamy zwiedzać miasto, które słynie przede wszystkim z produkcji czekolady. Poza tym jest to ośrodek sportów wodnych i narciarskich. Nic zatem dziwnego, że jednym z jego miast partnerskich jest Zakopane. Z promenady z daleka widać wieżę neogotyckiej katedry. Tu ciekawostka - diecezję San Carlos de Bariloche ustanowił w 1993 roku Jan Paweł II.

W trakcie kilkukilometrowego spaceru odwiedzamy także supermarket. Nabywam tu wino Resero Tinto w litrowym opakowaniu za jedyne 56 pesos, czyli niespełna dolara. Nieco gorzej wygląda sprawa z piwem. Za litrową butelkę miejscowej cervezy zapłaciłem 110 pesos plus 49 kaucji.

***

Kolejnego dnia tuż po minięciu rogatek Bariloche witają nas cudne widoki. Niekończące się pasma górskie, błękitne jeziora, kwitnące przy drodze łubiny i forsycje.

Do Esquel docieramy tuż przed czternastą. Aby nie marnować wolnego popołudnia, decydujemy się jechać do odległego o kilkadziesiąt kilometrów Parku Narodowego Los Alerces. Za wjazd na jego teren płacimy po 400 pesos. Czy było warto? Chyba niespecjalnie, bo poza drzewami ficroi cyprysowatej nie ma tam niczego takiego, czego nie można by zobaczyć gdzie indziej. Zresztą najstarszego okazu tego drzewa (mającego 60 metrów wysokości i 2,20 m obwodu), którego wiek szacowany jest na 2600 lat i tak nie zobaczyliśmy. Trzeba bowiem dopłynąć do niego statkiem, a ten o tej porze dnia już nie kursował.

Natykamy się za to na tablicę ostrzegającą przed pumami. Po krótkim spacerze zawracamy.

***

Wczesnym rankiem ósmego dnia naszej podróży budzi mnie kocie zawodzenie. Wyglądam przez okno, a tam trwa właśnie zawzięta walka dwóch kotów. Dzięki temu udało mi się jednak obejrzeć piękny wschód słońca nad otaczającymi Esquel górami.

Tego dnia czekał nas jeden z najdłuższych przejazdów (667 km). Mieliśmy przemieścić się spod Andów nad Atlantyk. Na tej długiej trasie, w poprzek Argentyny, minęliśmy tylko pięć miejscowości: Trelev, Pampa de Agnia, Paso de Indios, Los Altares i Las Plumas. Monotonię krajobrazu urozmaicały na niektórych odcinkach ciekawe formacje skalne. Coś w rodzaju lądowych kolorowych klifów. Trafiały się także typowe ostańce.

Po prawie dziewięciu godzinach dojechaliśmy do Puerto Madryn. Tym razem mieliśmy zabukowaną kwaterę na dwie noce. W gruncie rzeczy był to zwykły dom, którego właścicielka dorabiała wynajmem pokoi. Tu zapłaciliśmy po 17 dolarów za noc ze śniadaniem. Trochę drogo, ale warunki lokalowe były wyśmienite. Do brzegu Atlantyku niespełna kilometr. Niestety, plaża brudna i kamienista. Upał odczuwalny o wiele bardziej niż u podnóża Andów.

***

Do Punta Norte od naszej kwatery jest 174 kilometry. Krajobraz podobny jak na równinach całej Patagonii: trochę karłowatych krzewów, nieco traw. Po drodze spotykamy stadka gwanako. Zwierzęta te z daleka wyglądają jak sarny. Są ciekawskie, ale raczej płochliwe. Na plaży wylegują się foki, lwy morskie oraz para młodych słoni morskich. Poprzedniego dnia widziano ponoć aż cztery orki, jednak podczas naszej wizyty nie pokazała się ani jedna.

Zjeżdżając około 45 kilometrów na południe, zatrzymujemy się przy kolonii pingwinów Magellana. Niektóre z nich siedzą w wygrzebanych norkach, inne stoją „na baczność”, wygrzewając się w słońcu, a jeszcze inne spacerują po kamienistej plaży lub unoszą się na falach.

San Martin. Cukiernię „Mamusia”, do której należy widoczny na zdjęciu food-truck, założył po wojnie były harcerz Szarych Szeregów i żołnierz „Parasola”
San Martin. Cukiernię „Mamusia”, do której należy widoczny na zdjęciu food-truck, założył po wojnie były harcerz Szarych Szeregów i żołnierz „Parasola” Zbigniew Fularski z żoną Anną
fot. Ireneusz Gębski

Jeszcze bardziej na południe w zatoce Caleta Valdes spotykamy trochę wylegujących się słoni morskich. Można je jednak obserwować tylko z daleka.

***

Następnego dnia wyruszamy na północ. Na przestrzeni ponad dwustu kilometrów nie widać prawie żadnych osad. Zatrzymujemy się w Las Grutas i przez piaszczyste diuny idziemy na skraj atlantyckiego klifu. Robimy zdjęcia i filmujemy panoramę, gdy nagle rozlega się wrzask i spod klifu wylatują setki ptaków. Jak się okazało, miały tam swoje gniazda, a nasze kroki je po prostu spłoszyły.

Przez Viedmę przepływa Rio Negro. Po drugiej stronie rzeki znajduje się osiemnastowieczne miasteczko Carmen de Patago-nes. Można tam dojechać przez dwa mosty. Ale jeśli jest się pieszo, to można przepłynąć niewielką łodzią motorową. Kurs - tylko 20 pesos. W biurze informacji turystycznej zostaliśmy poproszeni o zgodę na zrobienie zdjęcia. Pracująca tam kobieta powiedziała, że w tym miesiącu byli już u niej Brazylijczycy i Francuzi, więc teraz do kolekcji chce mieć też Polaków.

***

W piątek, 13 grudnia, jeszcze przed wyruszeniem na właściwą trasę, jedziemy do La Loberia, do której nie udało nam się dotrzeć poprzedniego dnia. Po drodze zatrzymujemy się w El Condor. Tutaj, w ścianie ogromnego klifu, zamieszkuje największa na świecie kolonia papug patagonek. Ich liczbę ocenia się na 35 tysięcy par lęgowych. Proszę wyobrazić sobie ten ogrom-ny gwar i równie ogromne ilości guana…

W rezerwacie przyrody Punta Bermeja znajduje się jedno z największych skupisk lwów morskich. Ich populację w tym miejscu szacuje się na cztery tysiące osobników. Jest na co popatrzeć: kłębiące się cielska, ryk, smród, szum oceanicznej wody - potęga natury. Podchodzimy do brzegu prawie pionowego zbocza klifu i pstrykamy bez opamiętania…

***

Przedostatni samochodowy odcinek naszej trasy prowadzi do Winifredy. Jedziemy przez pampę. Jest ciepło, choć pochmurnie. Droga jest prosta i dość mało uczęszczana. Po bokach trochę zieleni, gdzieniegdzie pastwiska i stada czarnych krów. Teren płaski. Sto kilometrów przed Santa Rosa lekki deszcz. Pierwszy podczas całej podróży.

Cały koszt wyprawy: bilety lotnicze - 4 tys. zł, wynajem auta i paliwo - ok. 1300 zł na osobę, zakwatero-wanie - około 800 zł

Winifreda to małe ciche miasteczko z nieodłącznym placem i pomnikiem Jose San Martina. Podziw wzbudzają niezwykle szerokie ulice. Tego dnia mamy w zasadzie pierwsze całkowicie wolne popołudnie, a zatem pełny relaks i luz. W moim przypadku to uzupełnianie notatek, piwo i oglądanie filmu „Tarzan” w hiszpańskiej wersji językowej. Zawsze to coś nowego…

W niedzielę rano po deszczu nie było już ani śladu. Znowu jedziemy przez pampę. Z rzadka pojawiają się jakieś drzewa, jeszcze rzadziej pola obsiane kukurydzą. Przeważa, sprawiająca wrażenie uschniętej, trawa.

***

O 15.30 zaczynamy piesze zwiedzanie Cordoby, a właściwie jej niewielkiego fragmentu, bo to przecież półtoramilionowa metropolia i drugie największe miasto w Argentynie. Oglądamy z zewnątrz kościół jezuitów, wchodzimy na chwilę do katedry, zaglądamy do siedziby rady miejskiej, fotografujemy fasadę kościoła San Domingo. Wreszcie zajeżdżamy na ulicę Fray Luis Beltrán 2729, gdzie miała być nasza kwatera o nazwie Casa Lugones. Czeka nas tu niemiła niespodzianka. Okazuje się, że poprzedni właściciele wyprowadzili się do Brazylii, a nowi nic nie wiedzą o żadnej rezerwacji i w ogóle nie trudnią się wynajmem pokoi. W końcu jednak dali się przekonać i zgodzili się nas przenocować.

Rano odprowadziliśmy samochód do wypożyczalni. Został przyjęty bez zastrzeżeń. Mimo przejechanych 5430 kilometrów, często po trudnych żwirowych drogach, karoseria nie doznała żadnych uszkodzeń. Zużyliśmy 363 litry benzyny (średnie spalanie wyniosło 6,69 litra/100 km), co kosztowało każdego z nas około 600 zł.

Cały koszt wyprawy: bilety lotnicze - 4 tys. zł, wynajem samochodu i paliwo - ok. 1300 zł na osobę, natomiast zakwaterowanie około 800 zł.

***

Przed południem polecieliśmy do Buenos Aires. Stolica Argentyny przywitała nas upałem. Z lotniska Jorge Newbery’ego do centrum pojechaliśmy autobusem linii 45. Koszt przejazdu wyniósł 21 pesos. Aby jednak móc jechać środkiem komunikacji miejskiej, trzeba mieć specjalną kartę. Ja takiej nie posiadałem. Ale i na to jest sposób. Trzeba w takim wypadku poprosić kogoś o użyczenie jego karty i po prostu oddać mu gotówkę.

Wysiadamy przy najszerszej ulicy świata - Avenida 9 de Julio. Ma ona 140 metrów szerokości. Idziemy przez kilka przecznic w stronę naszego hotelu El Porteno. Po drodze mijamy charakterystyczny obelisk o wysokości 67 metrów. El Obelisco - bo tak go tutaj nazywają - zbudowano w 1936 roku dla upamiętnienia 400. rocznicy osiedlenia się hiszpańskich osadników. Obecnie odbywają się pod nim różnego rodzaju manifestacje. Podczas naszej obecności też prowadzono tam jakąś akcję protestacyjną. W pobliżu stoi wieżowiec, na którego fasadzie widać stylizowaną twarz Evity Peron z mikrofonem przed ustami.

La Boca, włoska dzielnica Buenos Aires.  Oglądaliśmy tam zarówno charakterystyczne koloro-we domy, jak też pokazy tanga. Chętni mogli pozować do zdjęć
La Boca, włoska dzielnica Buenos Aires. Oglądaliśmy tam zarówno charakterystyczne koloro-we domy, jak też pokazy tanga. Chętni mogli pozować do zdjęć z tancerkami lub tancerzami
fot. Ireneusz Gębski

Po raz pierwszy od przyjazdu do Argentyny spotykam się z ostrzeżeniami, żeby uważać i pilnować smartfonów, aparatów i kamer. Ponoć złodzieje potrafią w biały dzień wyrywać z ręki takie przedmioty. Na szczęście nic podobnego nam się nie przydarzyło.

W katedrze metropolitalnej odwiedzamy grób wspomnianego wielokrotnie generała Jose San Martina. Stoi przed nim warta honorowa. Kim był ten człowiek, że każde miasto, nawet niewielkie, stawia sobie za punkt honoru jego upamiętnienie? Najkrócej rzecz ujmując, zaskarbił sobie wdzięczność - nie tylko mieszkańców Argentyny, także Chile i Peru, skuteczną walką o wyzwolenie spod dominacji hiszpańskiej. I mimo że z działalności publicznej wycofał się już w 1822 roku i resztę życia (28 lat) spędził w Europie, pamięć o nim nie przygasała. Wręcz przeciwnie, 30 lat po śmierci, jego szczątki sprowadzono do Argentyny i do dzisiaj jego nazwisko otaczane jest nimbem chwały.

Jak głosno ujadają nowe "Psy"?

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie